Teoria i praktyka wojny

Znakomita książka profesora Michała Jaskólskiego z Uniwersytetu Jagiellońskiego „13 różnych esejów o historii myśli politycznej i nie tylko” zaciekawia z różnych względów. Autor jest cenionym historykiem doktryn politycznych i prawnych, książka przyciąga uwagę bogatą – że się tak marketingowo wyrażę – ofertą tematyczną i problemową, a wyszukana strona graficzna publikacji sprawia, że się ją chętnie bierze do ręki i wertuje. Nie mogę pisać o wszystkich esejach ani nawet o kilku, muszę się w tym miejscu zdecydować na jeden. Wybieram szkic o Carlu von Clausewitzu z przyczyn subiektywnych, aby skonfrontować to, co myślę o tym filozofie wojny, z tym, co napisał profesor Jaskólski, ale nie tylko z tego powodu. Sądzę, że coś niedobrego zbliża się do naszej części Europy i to coś może być wojną. Czas byłby pomyśleć o wojnie, a jeżeli już o tym myśleć, to z kim jak nie z Clausewitzem.
Autor „13 różnych esejów” słusznie stwierdza, że chociaż nowe techniki zabijania dużą część teorii Clausewitza czynią nieaktualną, to jednak główny politologiczny temat „Vom Kriege”, jakim jest stosunek zachodzący między wojną a polityką, pozostaje nadal równie aktualny, jak był 200 lat temu, a nawet ważniejszy, odpowiednio do wielokrotnie, wprost bajecznie powiększonej zdolności niszczycielskiej współczesnej wojny.
Każdy słyszał, że Clausewitz to ten, co powiedział, że wojna jest polityką prowadzoną innymi środkami. I ten „każdy” dointerpretowuje sobie, że kto tak mówi, musi być strasznym militarystą, podżegaczem wojennym i wrogiem demokracji. Należałoby w takim razie „każdego” skłonić do chwilowego choćby skupienia uwagi na tym, co tak raptownie potępia. Są dwie możliwości: albo wojna jest zależna od polityki jako jej konsekwencja i narzędzie, albo odwrotnie: polityka jest wojną prowadzoną innymi środkami. Na temat tej alternatywy snuje rozważania Raymond Aron w swej grubej monografii poświęconej Clausewitzowi. Rodzaj polityki będącej wojną prowadzoną „innymi środkami” nazywa się w naszych czasach zimną wojną. Można się oderwać od tego, cośmy zapamiętali pod tą nazwą, i wyobrazić sobie nieco inne stosunki polityczne będące sposobem prowadzenia wojny, a niebędące wojną. Coś „może być mniej albo więcej wojną”, mówi generał myśliciel. Wojnę „gorącą” Clausewitz rozpatruje jako zjawisko społeczne, ale wyodrębnione od codzienności społeczeństwa obywatelskiego, ograniczone w czasie, o własnej hierarchii wartości. A czym jest polityka jako wojna prowadzona innymi środkami? Społeczeństwo jako całość pobudzane jest bezustannie do wrogości, jego wyobrażenia moralne są spaczone, zatrute tą wrogością, na czoło z natury rzeczy wysuwają się krzewiciele złych uczuć, prawda pada ofiarą takiej polityki, jak pada ofiarą prawdziwej wojny. Gdy w gorącej wojnie patriotyzm przejawia się w gotowości poświęcenia własnego życia, to w polityce, która jest wstydliwą, niewyznaną wojną, jest on kłamliwą demagogią ułatwiającą sprawowanie władzy lub sięganie po nią.
Jeśli istnieje demokratyczna teoria wojny, to jest nią teoria Clausewitza, bo nikt przed nim tak zasadniczo nie sformułował zasady, że wojna, jeśli nie ma się stać bezsensownym niszczeniem bez celu, musi podlegać władzy politycznej, dopowiedzmy: cywilnej. Michał Jaskólski zestawia w pewnym fragmencie kanclerza Bismarcka i feldmarszałka Helmuta Moltkego. Ich role były różne, ale zarówno jeden, jak drugi wyznawali teorię wojny Clausewitza, z tą różnicą, że Bismarck dzieła „O wojnie” nie czytał, a o autorze zaledwie coś słyszał, Moltke natomiast zaliczał to dzieło do pięciu najbardziej przez siebie cenionych książek. Ciekawym, zastanawiającym faktem jest wynik ankiety ogłoszonej w 1899 r. przez popularną niemiecką gazetę na temat, kto w wieku XIX był największym myślicielem. Na pierwszym miejscu znalazł się feldmarszałek Moltke, przed Kantem, Schopenhauerem, Nietzschem… Miał on wiele zainteresowań, w tym niekiedy zaskakujące. Napisał na przykład studium o ustroju Polski, utrzymane w życzliwym dla naszych przodków tonie, w przeciwieństwie do Clausewitza, którego spostrzeżenia były miażdżące i obawiam się, że prawdziwe.

Wiedza o wojnie światowej lat 1939-1945 w młodszych pokoleniach słabnie, patrzą na nią jak na akcję filmową, która mogła być inna, niż była, a najmłodsi, o duszy przygodowej, żałują, że nie wzięli w niej udziału. Słyszałem o dziewczynie, która po zwiedzeniu Muzeum Powstania Warszawskiego rozegzaltowana mówiła do rodziców: marzę o tym, żeby zginąć w kanale w czasie powstania!
Gdy piszę, że prawica wybucha nienawiścią do „ruskich” z powodu, że zburzyli jej Gdańsk i inne miasta pomorskie i śląskie, starsi przyjmują to z niesmakiem jako zbyt już tanią retorykę, a młodzi pytają: w czym rzecz, o co chodzi, czy nie tak było?
Wojny, jakie znamy z codziennych doniesień prasowych i telewizyjnych, są dalekie od teorii Clausewitza. Są to przeważnie wojny domowe: w Afganistanie, Libii, Syrii, innych krajach muzułmańskich. Swoją wojnę z Irakiem Amerykanie potrafili przerobić w iracką wojnę domową. Jeżeli polskie media prawdziwie przedstawiają sytuację na Ukrainie, to i w tym kraju można obawiać się najgorszego. Bohaterska polska klasa politykująca tego się nie boi i nie ukrywa, że chętnie wzięłaby w tym udział.

W Polsce i niektórych innych krajach sądzi się prawie powszechnie, że przynależność do Paktu Północnoatlantyckiego i UE gwarantuje bezpieczeństwo i stabilizację, na co dowodem ma być, że do tej pory tak było. Jednak NATO nigdy nie zostało wystawione na próbę pod tym względem. Zachód jest strefą stabilizacji i pokoju nie dlatego, że istnieją NATO i Unia, lecz NATO i UE istnieją, ponieważ Zachód jest strefą stabilizacji i pokoju. Nie mylmy przyczyn ze skutkami.
Jeśli chodzi o nadzieje pokładane przez „nową Europę” w punkcie 5. statutu Sojuszu, Clausewitz odpowiada następująco: „Nigdy się nie zdarza, aby pewne państwo, które występuje w sprawie innego państwa, traktowało ją tak jak swoją własną. Wysyła się skromną armię pomocniczą, a jeżeli nie ma ona szczęścia, uważa się sprawę za załatwioną i troszczy się o to, aby ponieść możliwie małe koszty. W polityce europejskiej przyjęło się, że państwa zobowiązują się drogą układów obronno-zaczepnych do wzajemnej pomocy, lecz nie w tej mierze, aby nieprzyjaciel oraz interesy jednego stawały się przez to automatycznie interesami drugiego, ale w ten sposób, że bez względu na przedmiot wojny i wysiłek przeciwnika przyrzekają sobie z góry pomoc pewnych, zazwyczaj bardzo skromnych sił zbrojnych. Przy takim akcie przymierza sprzymierzeniec nie uważa właściwie, że jest w stanie wojny z przeciwnikiem i że wojna powinna koniecznie rozpocząć się wypowiedzeniem i zakończyć pokojem”.
W innym miejscu pisze, że w sprawach wojny „ściśle logiczne wnioskowanie często gubi się całkowicie i staje się w ogóle bardzo niezaradnym i niewygodnym instrumentem umysłu”. Dlatego można zarazem powiedzieć, że „wojna może być zjawiskiem, które jest wojną raz mniej, raz więcej”, jak też, że „wojna i pokój są w gruncie rzeczy pojęciami, które nie podlegają żadnej gradacji”.

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy