Ambasada, której nigdy nie zbudują

Ambasada, której nigdy nie zbudują

MSZ ma swój niekończący się serial. Nazywa się on budowa ambasady w Berlinie. Ten serial trwa 20 lat. Bo właśnie 20 lat temu zdecydowano, że trzeba coś zrobić ze starą ambasadą, jeszcze z czasów NRD, mieszczącą się w biurowcu typu Lipsk, za to położonym pięknie, bo przy reprezentacyjnej Unter den Linden, przy samej Bramie Brandenburskiej. Coś zrobić, to znaczy zbudować w tym miejscu nową, reprezentacyjną ambasadę.

Ogłoszono więc konkurs na projekt, wygrała go pracownia BBK (Badowski, Budzyński, Kowalewski). Później, zgodnie z nowymi potrzebami ministerstwa, projekt poprawiano. Ostatecznie okazało się, że jest nie taki, jakiego ministerstwo potrzebuje. Ale pracownia za swój wysiłek skasowała 17,5 mln zł. A MSZ zostało z kartonem niepotrzebnych papierów.

Potem była idea, by budynek Lipsk wyremontować. Ale też szybko upadła. Narady trwały, a opustoszała rudera w centrum Berlina straszyła.

Gdy szefem MSZ został Radosław Sikorski, sprawy miały ruszyć z kopyta. Sikorski co roku w swoim exposé zapowiadał, że ambasadę zbuduje. Ostatecznie udało mu się zbudować… makietę, którą pokazywano dziennikarzom. To było w roku 2012, a mediom nowy projekt, tym razem autorstwa pracowni JEMS Architekci, prezentował podsekretarz stanu Jerzy Pomianowski. Który mówił: „Dzisiaj fatum ciążące nad tą inwestycją zostało przełamane. W ciągu trzech lat ten budynek stanie w Berlinie i będzie godnie nas reprezentował”.

Mówił też, że budowa nowej ambasady będzie kosztować ok. 40 mln euro i że inwestycja zostanie rozłożona na trzy lata, więc MSZ poradzi sobie z kosztami. A nowa ambasada będzie funkcjonować w roku 2016.

Mamy rok 2017 i nic.

To znaczy, przepraszam, MSZ złożyło w sprawie ambasady doniesienie do prokuratury. To było w listopadzie zeszłego roku, wtedy też anulowało przetarg na wykonawcę. Dlaczego? Otóż według obecnego kierownictwa MSZ przy realizacji inwestycji doszło do „rażącego niedbalstwa” przy planowaniu, szacowaniu kosztów i odbiorach dokumentacji, co spowodowało stratę kilkudziesięciu milionów złotych (!). Znów zaprojektowano ambasadę za dużą i za drogą. Mimo że wiceminister Pomianowski zapowiadał, że zostanie ona zbudowana za ok. 40 mln euro, najtańsza oferta budowy opiewała na 60 mln euro. Czyli powtórnie wydano pieniądze na projekt i makietę, ale niekoniecznie na to, czego nasza dyplomacja potrzebuje.

W związku z tym obecne MSZ rozpoczęło działania, by znaleźć inwestora w ramach partnerstwa publiczno-prawnego, co pewnie potrwa kolejne lata. Bo znów trzeba będzie projektować budynek (po raz trzeci!), dokonywać stosownych uzgodnień itd.

Dodajmy jeszcze jedno – zawiadomienie do prokuratury w sprawie zmarnotrawienia dotyczy „ponad 10 wysokich urzędników MSZ, którzy pełnili funkcje w latach rządów PO-PSL, w tym dwojga dyrektorów generalnych”. Czyli kogo? Znajomość gramatyki podpowiada jedno nazwisko – otóż jedyną kobietą, która w tym czasie pełniła funkcję dyrektora generalnego, była Grażyna Sikorska. W przeszłości m.in. szefowa kadr MSZ i ambasador w Czarnogórze. Osoba, której Radosław Sikorski bardzo ufał. No to trafiła na odstrzał.

Wydanie: 6/2017

Kategorie: Kronika Dobrej Zmiany

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy