Listy

Listy

*Kiedy nastąpi normalność?
Myślę, że od lat trawi nas jakiś wirus, który nie pozwala nam znormalnieć. W środkach przekazu kreuje się jakiegoś nowego samozwańczego “prezydenta” na uchodźstwie i robi się z niego kolejnego władcę Polski, który jakoby pozostając na emigracji, aby “trwać na posterunku”, “zaświadczać swoim istnieniem”, “ustanowić żywy protest”, “nie dać zabliźnić się sumieniu świata”, spełniał jakąś misję. To emigracja, szczególnie londyńska, stworzyła “ideowe” uzasadnienie takiej postawy dla wielu emigrantów. Ryszard Kaczorowski jest jednym z wielu ludzi, którzy “zaświadczają” i wyciągają rękę po nienależną emeryturę, sięgającą ok. 8 tys. złotych. Samozwańczy “prezydent” nie wpłacił do ZUS-u ani jednego grosza, ale był całkiem śmiesznym “prezydentem” na uchodźstwie od 19.07.1989 r. do 22.12.1990 r. (aż 17 miesięcy). Skąd się wziął ów “prezydent”, nikt nie wie, nikt też nie wie, jakie to emigracyjne gremium wybrało p. R. Kaczorowskiego aż na fotel “prezydenta”.
Czyżby już zapomniano o drugim samozwańczym “prezydencie” w Paryżu – generale Juliuszu hr. Nowinie Sokolnickim, nieprzerwanie sprawującym “prezydencką władzę” od 1972 r. (znacznie dłużej od R. Kaczorowskiego), który na prawo i lewo rozdawał (nie bezinteresownie) ordery wojenne i pokojowe, stopnie generalskie i kontradmiralskie oraz oficerskie, szczególnie osobom duchownym? Mianował nawet Marszałkiem Polski gen. Antoniego Z. Przyznał w 1989 r. Order Orła Białego Lechowi W. oraz osobie duchownej – Henrykowi J. Aktu dekoracji dokonał ksiądz gen. Bernard Witucki. Naturalnie, że był to swoisty sposób na zarobkowanie. Henryk J. został mianowany kontradmirałem w Marynarce Wojennej.
Jest jeszcze trzeci władca Polski -w Brazylii. Jest nim z nadania P. Sokolnickiego ppor. Kazimierz Sienkiewicz, awansowany do stopnia gen. dywizji, z tytułem wicepremiera. Ów pan również nadaje ordery i tytuły szlacheckie oraz Krzyże Oficerskie Orderu Świętego Stanisława. Można się o nie zwracać za odpowiednią gratyfikacją. Sam paraduje przepasany Wielką Wstęgą Orderu Polonia Restituta.
To wszystko zakrawa na groteskową szopkę, gdyż Rządowi RP na uchodźstwie, na podstawie decyzji poczdamskich z 5.08.1945 r. wielkie mocarstwa cofnęły uznanie. W kraju nad Wisłą od 28.06.1945 r. działał już Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej.
Warto w tym miejscu powołać się na opinię o londyńskiej emigracji, wyrażaną podczas wojny przez Premiera Rządu i Naczelnego Wodza gen. Władysława Sikorskiego. Opinię tę zawarł w jednym, jakże celnym określeniu: “studnia ze śmierdzącą wodą”. Z tego środowiska “studni z cuchnącą wodą” wywodzi się też nasz “bohater” z londyńskiej kamaryli. Pan R. Kaczorowski w swoich wystąpieniach często powołuje się na Marszałka Polski Józefa Piłsudskiego, zapominając o tym, że Marszałek nie wyciągnął ręki do państwowej kasy, a 300 dol., które przysyłała mu Polonia Amerykańska, oddawał wdowom po legionistach. Kaczorowski w tym względzie nie naśladuje Piłsudskiego, lecz bierze od polskich podatników 8 tys. zł. Nie jestem odosobniony w twierdzeniu, że człowiek z tej “londyńskiej studni” nie ma honoru, jest obłudny i fałszywy w tej “prezydenckiej” pozie.
Prasa z dn. 10.02.2000 r. donosiła, że “emigracyjny prezydent” II RP na obczyźnie, R. Kaczorowski, ma podpisać akt erekcyjny pod budowę pomnika marszałka J. Piłsudskiego w Koszalinie. Co ma z tym wspólnego R. Kaczorowski? Przecież emigracyjny rząd T. Arciszewskiego – T. Bieleckiego 13 lutego 1945 r. oprotestował uchwały jałtańskie przyznające Polsce ziemie zachodnie i północne z 694 km dostępu do Morza Bałtyckiego, nazywając je “piątym rozbiorem Polski” i odrzucił je w “imieniu Narodu Polskiego”. Można pytać dalej, co ma wspólnego Koszalin z pomnikiem J. Piłsudskiego, który nigdy nawet nie pomyślał i być może nie napisał o Pomorzu Zachodnim?
Myślę, że byłoby zrozumiałe, a nawet logiczne, postawienie w Koszalinie pomnika wybitnemu morskiemu specjaliście, byłemu wicepremierowi i współtwórcy COP-u, Eugeniuszowi Kwiatkowskiemu – kierownikowi delegatury Rządu Polskiego 1945-47 ds. odbudowy wybrzeża morskiego. To on w pełni zasłużył, jako budowniczy, aby w końcu być na wysokim cokole.
Myślę, że czas ku temu wielki, aby zracjonalizować działanie i zaprzestać honorowania różnych wewnętrznych i zagranicznych spryciarzy, wyciągających chciwe ręce po pieniądze z państwowej kasy!
Jan Szyszkowski, Płk dypl. w stanie spoczynku, Szczecin

*Bezrząd
W marcu 1871 roku Józef Szujski, znany historyk, pisarz i działacz polityczny, wygłosił prelekcję pt. “Dawna rzeczpospolita a jej pogrobowce”. Zastanawiając się nad przyczynami upadku Polski w XVIII wieku i nad wadami rodaków, stwierdzał, że bezrząd był główną wadą rzeczypospolitej. I nie chodziło mu o to, że nie było odpowiednich instytucji w dawnej Polsce, lecz brakowało poszanowania dla prawa. Mówił, że naród szlachecki pozostawił w ręku króla rozdawnictwo urzędów, mając nadzieję, iż łatwiej u króla dosłuży się nagrody. A więc otrzymanie urzędu traktowano jako nagrodę za zasługi, a nie dopiero drogę do zasług. Urzędnik – podkreślał Szujski – stawał się bojaźliwy, bo nie służył sprawiedliwości, tylko możnym. A samo prawo gięło się w zależności od tego, do kogo miało być zastosowane.
Bardzo mocno akcentuje Szujski rolę odwagi i stwierdza, że bardzo mało było tego towaru w apteczce naszych ojców. Podaje przykład liberum veto – na które szlachcic wyrzekał w domu, a milczał na sejmiku. Przez dwa wieki kilka zaledwie nieśmiałych głosów wystąpiło przeciw tej zgubnej praktyce. Jan Kochanowski pisał: Bóg z niczego świat stworzył, ale i my / Tym słowem: Nie pozwalam, Polskę obalimy.
A więc świadomość, że liberum veto jest złe – była, lecz nie było odwagi cywilnej, by się temu przeciwstawić. Gdzie nie ma odwagi, tam wkrada się fałsz – i to on zaczyna malować obraz rzeczywistości. Przytacza fakt szumnych mów posłów wynoszących pod niebiosa stan rzeczypospolitej, gdy była już “zajezdną karczmą wojsk Fryderyka i Rosji”. Przepaść zasypywano różami – trafnie konstatuje Szujski – a ponadto, gdy przyjdzie zgryźć twardy orzech niepopularności, wtedy wybiera się wygodną postawę asekuranctwa. Stąd w Polsce szlacheckiej brak było uznania dla rzeczywistych rezultatów pracy, a ostrożni, i – jak byśmy to dzisiaj powiedzieli – będący w zgodzie z zasadą politycznej poprawności, mieli się dobrze.
Dawna Polska była właściwie jedną wielką szlachecką rodziną, a państwo zbiorem interesów szlacheckich. Wyniszczano chłopa i mieszczanina, a demokracja była przeznaczona dla jednej grupy społecznej, która uważała siebie za jedyne uosobienie Polski i patriotyzmu. Stąd postawy zachowawcze miały jedynie utrwalać szlacheckie zdobycze. Ten konserwatyzm wynikał ze swoistej niwelacji umysłowej, nędzy w edukacji, literaturze, ludziach politycznych. Ze szkół wypuszczano ludzi ukształtowanych według jednego szablonu, nie mądrzejszych i nie głupszych, tylko takich sobie – podobnych do innych. Takie chore społeczeństwo nie pozwalało nikomu nic zrobić, z ludzi czyniło figurantów, a kłótnie i kwasy dominowały w społecznej atmosferze. Nikt nie chciał się niczego dowiedzieć od innych, ale każdy chciał sądzić innych. Królowało uprzedzenie, a nie chęć zrozumienia kogokolwiek, zwłaszcza gdy głosił różne od naszych poglądy. Weto stawiano wszystkiemu temu, co powstawało nie tam, gdzie my jesteśmy. To najstraszniejszy rak, który toczył polskie życie – mówił Szujski – przeważała demagogia i podziały na tych, co nie mają głosu, i na tych, którzy wiedzą lepiej.
Co więc proponował ten
XIX-wieczny historyk, widząc, jak niewiele się zmieniło w porównaniu z XVIII wiekiem? Marzyło mu się, aby zapanował duch krytyczny, a praca i nauka oraz praktyczne dokonania były jedynym sposobem oceny i rozjemcą w sporach.
Nam się też to marzy – w 2000 roku. I tylko taka nauka może wynikać z historii, która niczego nauczyć nas nie może. Waldemar Kania, Kraków

*Emeryci znowu kozłami ofiarnymi
W imieniu własnym i moich kolegów, pracujących emerytów, zwracam się do rzecznika praw obywatelskich i pana premiera z prośbą o wyjaśnienie, czy ustawa, która ma wejść w życie z dniem 1 lipca br., dotycząca pracujących emerytów, ma cokolwiek wspólnego ze sprawiedliwością?
Dlaczego to właśnie emeryci stali się znowu kozłami ofiarnymi rządu? Dlaczego muszą zwolnić się z pracy, jeśli nie chcą, by z dniem 1 lipca została zawieszona im emerytura?
Według nas, jest to dyskryminowanie tej ciężko doświadczonej grupy ludzi. To ich rękami i ogromnymi wyrzeczeniami została odbudowana nasza Ojczyzna. A dzisiaj takie podziękowanie?
Czy ludzie, którzy tę ustawę ustanawiali, zastanowili się chociaż przez chwilę, dlaczego, mimo że jesteśmy sterani życiem, musimy nadal pracować?
Otóż – dlatego, że nie jesteśmy w stanie wyżyć z tych groszowych emerytur.
To wstyd, że rząd nas tak traktuje. Uważamy, że ustawa ta powinna być bezwzględnie wycofana.
Z pracy się nie zwolnimy, ponieważ nie mamy żadnych szans na ponowne zatrudnienie. A nie chcemy stać się pospolitymi żebrakami po tylu latach ciężkiej pracy.
Nie odczuwamy żadnej troski ze strony rządu, a przeciwnie – wszystko zmierza w tym kierunku, by nas jak najszybciej unicestwić.
J. Wieczorek, Katowice
*Rzecznik Spraw Państwowych
Nawiązując do listu czytelnika A. K. z Suwałk, opublikowanego w “Przeglądzie” z 8.05.2000 r. pt. “W biurze rzecznika są zmęczeni”, ja również wnoszę swoje uwagi. Wystąpiłam do Rzecznika Praw Obywatelskich z prośbą o pomoc w sprawie wyegzekwowania rekompensaty za wkład na książeczce oszczędnościowo-premiowej zgromadzony w latach 1937-1939.
Uzyskałam odpowiedź, że wkłady te zostały wypłacone w terminie do 5.05.1992 r. na żądanie właścicieli. Moja książeczka oszczędnościowo-premiowa Pocztowej Kasy Oszczędności nie została przedstawiona do wypłaty z powodu braku informacji w tej sprawie, mieszkaliśmy na prowincji – w powiecie kutnowskim. Po raz pierwszy zgłosiłam swoją książeczkę oszczędnościowo-premiową w 1993 r. do ówczesnego Ministerstwa Przekształceń Własnościowych. Uzyskałam informację, że wpisano moje roszczenie do rejestru w Banku Gospodarstwa Krajowego w Warszawie.
Wyjaśnienie RPO nie satysfakcjonuje mnie, cyt.: “Z prawnego punktu widzenia roszczenia uległy przedawnieniu”, zwłaszcza że pisze dalej, cyt.: “Jednocześnie uprzejmie informujemy, że RPO występował w latach ubiegłych – kiedy? – z postulatami dotyczącymi zmiany stanu prawnego i możliwości zaspokojenia roszczeń wkładców, którzy nie zrealizowali tych wkładów w ustalonym terminie” – jednakże bez efektu. Ponieważ RPO nic nie uzyskał, z tą sprawą ponownie występować nie będzie, a ja i inni właściciele książeczek oszczędnościowych winniśmy wziąć pod uwagę sytuację ekonomiczną państwa, która nie daje możliwości przyjmowania do realizacji dalszych zobowiązań.
Jeśli Rzecznik Praw Obywatelskich stoi na straży finansów państwa, to powinien niezwłocznie zmienić nazwę na Rzecznika Spraw Państwowych, a wtedy przypadkowe społeczeństwo nie będzie zaprzątało mu głowy swoimi drobnymi sprawami. T. G., Gdynia
(nazwisko i adres do wiadomości redakcji)

*Vilcacora a penicylina
W swoim liście do redakcji p. Antoni Pawlak pisze: “… proszę przypomnieć sobie, co na przełomie lat 20. i 30. mówiło się i pisało w środowiskach medycznych o penicylinie. Ale to temat na inną dyskusję”. (“Przegląd”, 22 maja). Rzeczywiście, warto. Tylko może nie w kontekście vilcacory. Historia penicyliny, odkrytej w roku 1929, jest przykładem rzetelności naukowców, którym dopiero na początku lat 40. udało się wyprodukować penicylinę w postaci możliwej do zastosowania w leczeniu. Podanie leku człowiekowi poprzedzone było szczegółowymi badaniami laboratoryjnymi. Marzeniem naukowców było odkrycie leku, który ratowałby życie ludzkie, a nie żeby przyniósł im fortunę. Wykazywali się oni przy tym bezinteresownością, a efekty ich odkrycia nie zostały nawet opatentowane. Może pan Pawlak, zanim zastosuje uwłaczające odkrywcom penicyliny porównania, rzeczywiście wszystko to by sobie “przypomniał”. Polecam w tym celu “Życie Aleksandra Fleminga” André Maurois. Wojciech Lemańczyk
*Jaki rzecznik?
Mimo że staram się pamiętać, co wieki temu zalecał Eurypides: “Abyśmy nigdy nie płakali nad rozwojem wypadków, ponieważ nasza opinia nie ma nań żadnego wpływu” – jednak od czasu do czasu nie mogę nie płakać.
Jeśli ktokolwiek miał jakiekolwiek wątpliwości, czy Polska jest państwem wyznaniowym, to po zafundowaniu obywatelom przez Sejm nowego rzecznika praw obywatelskich nikt już chyba nie ma wątpliwości, w jakim państwie ostatecznie wylądowaliśmy.
Andrzej Zoll w swojej dotychczasowej działalności publicznej pokazał, jak buduje się państwo wyznaniowe, jak należy normy religijne wprowadzać w system prawny.
Wystarczy zapoznać się z uzasadnieniami Trybunału Konstytucyjnego, podjętymi pod świątobliwym przewodem Andrzeja Zolla, np. w sprawie aborcji czy nakazu respektowania wartości chrześcijańskich w telewizji publicznej, by zrozumieć, że nie nadaje się on na rzecznika praw obywatelskich. Śmiem twierdzić, że jest wręcz zagrożeniem dla obywateli, którzy nie podzielają jego osobistego systemu wartości religijnych.
W uzasadnieniu do nakazu respektowania wartości chrześcijańskich w telewizji publicznej szczególnie wyraźnie widać, jak poprzez ewidentne matactwo intelektualne wprowadza się normy religijne do systemu prawnego. Trybunał m.in. stwierdził, że “intencją ustawodawcy, wyrażoną zresztą w debacie parlamentarnej, było wskazanie na te wartości należące do kręgu kultury chrześcijańskiej, które równocześnie stanowią podstawowe uniwersalne zasady etyki” i dalej “nie można utożsamiać pojęcia wartości chrześcijańskich, o których mowa w tym przepisie, z religią. Wyraża ono natomiast uniwersalne zasady etyki kręgu kultury śródziemnomorskiej”. Wcześniej jeszcze Trybunał przypomniał swoje ustalenia z innej sprawy, że “Z zasady demokratycznego państwa prawnego wynika, że każda regulacja prawna, nawet o charakterze ustawowym, dająca organowi państwowemu uprawnienie do wkraczania w sferę praw i wolności obywatelskich musi spełnić wymóg dostatecznej określoności”. Istotnie, tak być musi. Tylko, jak to funkcjonuje w przypadku nakazu respektowania wartości chrześcijańskich? Kto ma określić w systemie prawnym, które wartości chrześcijańskie są uniwersalne, a które tylko religijne? Otóż debata parlamentarna – to znaczy, że posłowie w swoich wypowiedziach wskazują, które to wartości chrześcijańskie są uniwersalne i basta. Krótko mówiąc, Andrzejowi Zollowi “dostateczną określoność” zapewnia poseł Niesiołowski.
Nie można mieć najmniejszej wątpliwości, że Andrzej Zoll w wykonywaniu obowiązków służbowych będzie się kierował swoim światopoglądem, gdyż w wypowiedziach dla prasy osobiście i jednoznacznie o tym poinformował.
Wśród posłów SLD – partii, która w końcu w samej nazwie ma słowo lewica – znalazło się tylko pięćdziesięciu, którzy wiedzieli, jak należy się zachować. Wprawdzie ponad stu wstrzymało się od głosu, co w przypadku wymogu większości bezwzględnej jest głosowaniem negatywnym, ale zabrakło odwagi cywilnej, by dać zdecydowany odpór tej absurdalnej kandydaturze. W ten sposób – moim zdaniem – sprzeniewierzyli się jednej z fundamentalnych zasad demokratycznego państwa prawa – prawa obywatelskie nie mogą być w najmniejszym stopniu określane normami religijnymi.
Wniosek z tego jest taki, że obywatele powinni sami sobie wybierać rzecznika swoich praw, bo posłowie – mimo że są ich przedstawicielami – nie rozumiejąc istoty praw obywatelskich, dokonują wyborów skandalicznych.
Anna P., Warszawa

*Express z nazwy
Kolej wprowadziła nowe pojęcie do rozkładu jazdy “pociąg regularnie opóźniony”. To nie jest żart. Tak jest naprawdę.
Przykładem może być tzw. “Express Barbakan” ze Świnoujścia do Krakowa, który od kilku (!) lat spóźnia się codziennie o około 30 minut (!).
Rozkłady jazdy były już różnie zmieniane – pociąg ten niezmiennie ma w nosie pasażerów, którzy płacą teraz za “ekspres”, ale tylko z nazwy. Jak w cywilizowanym państwie można tak bezkarnie oszukiwać ludzi? Stefan Mielcarek, Puszczykowo k. Poznania

Wydanie: 25/2000

Kategorie: Od czytelników

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy