Antypostkomunistyczna mowa-trawa

Antypostkomunistyczna mowa-trawa

Można przypuszczać, że sektor bankowy poniósł stratę wskutek odejścia Mateusza Morawieckiego, ale pewności mieć nie można. Pewne jest natomiast, że polityka ponosi stratę z powodu jego wejścia do gmachów rządowych. Wyuczona ignorancja Mateusza Morawieckiego w dziedzinie polityki historycznej owocuje dziwnymi oświadczeniami, które dziennikarze mediów liberalnych ścierają na proszek. Nie wszystko jednak, co w związku z tymi oświadczeniami trzeba powiedzieć, zostało powiedziane. Słusznie zostało wyśmiane to, co premier głosił w kraju i za granicą na temat stanu sędziowskiego rzekomo przepełnionego sędziami o rodowodzie PRL-owskim, orzekającymi w stanie wojennym i skazującymi „towarzyszy broni” premiera Morawieckiego na wieloletnie więzienie. Trudno byłoby ustalić, czy młody Morawiecki posiadał jakąkolwiek broń lub czy jego koledzy byli uzbrojeni. Żadnego huku, który by się rozległ w pobliżu jego „towarzyszy broni”, nikt nie słyszał, wiadomo tylko, że obecny jego towarzysz sejmowy okradał samochody w celu zdobycia środków na zakup broni, który to zakup jednak nie doszedł do skutku. Fiaciki pozostawione bez dozoru to były Bezdany obecnego posła. Pośledniejszych działaczy Solidarności nazwano żartobliwie kombatantami (aluzja do ZBOWiD-u), a oni przebiegle przechwycili słówko i nadali mu sens dosłowny. Ta operacja na słowach okazała się płodna finansowo, bo przecież wszędzie na świecie po wojnie kombatantom przyznaje się renty w takiej lub innej postaci, czyż nie?

Ci prawnicy, którym się zarzuca orzekanie w czasie stanu wojennego, przynajmniej wiedzą, co im się zarzuca. Ale co mogą zrozumieć ci, których się oskarża o udział w postkomunizmie? Co to jest postkomunizm? Dosłownie biorąc, oznacza stan po komunizmie, czyli taki, który komunizmem nie jest. Kaczyści (to nie tylko PiS-owcy, ale także frakcje Gowina i Ziobry i ich zwolennicy z Platformy, bo trzeba wiedzieć, że takich mają) twierdzą jednak dogmatycznie, że stan po komunizmie dopiero oni wprowadzają, a przed nimi był postkomunizm. Jedna literka różnicy, a jak poważne konsekwencje!

„Postkomunizm” to tandetne pojęcie, każdy, za przeproszeniem, idiota może udawać mądrego, stawiając „post” przed rzeczownikiem: „posthistoria”, „postkapitalizm”, „postprawda”, „postnaród”, czyli Niemcy, „postchoroba”, czyli wyzdrowienie albo śmierć. Ten ostatni przykład pokazuje, że za pomocą „post” możemy nazywać coś i przeciwieństwo tego czegoś. Ośmiela do takiego postponowania języka popularne, a zarazem „prestiżowe” słowo „postmodernizm”, wprowadzone do kulturalnej „narracji”, a wymyślone wskutek bezradności wobec nowego, pod koniec minionego wieku zaistniałego stanu ducha czy kontrkultury. Co znaczy postmodernizm? Wszystko, co chcecie, i przeciwieństwo wszystkiego. Podobnie postkomunizmowi można nadać polityczny sens niemal dowolny i widzimy, że jego znaczenie ewoluuje w stronę nazwy już nie tylko czegoś złego, jak przedtem, ale nieokreślonego na razie przestępstwa. Sędzia, którego się opisze jako zamieszanego w postkomunizm, traci zagwarantowaną pewność swojej pozycji i prawo zasiadania w takim czy innym trybunale, np. w Sądzie Najwyższym. Dwa słowa nieokreślonego znaczenia występują jako zapowiedź karania.

W konflikcie, jaki toczy się między środowiskami liberalnymi a partią Kaczyńskiego, Gowina i Ziobry, chodzi o sprawę dla państwa fundamentalną: czy Polska ma mieć rządy konstytucyjne oraz niezależne, a zarazem sprawiedliwe sądownictwo, czy odwrotnie: ma tu panować anarchia połączona z dowolnością stosowania przemocy, jak w Polsce przedrozbiorowej, tylko w zmodernizowanej formie. Jeżeli obrońcy rządów konstytucyjnych przegrają, Polska upodobni się do dzisiejszej Ukrainy. Zagęszczająca się atmosfera Wschodu, jaka przygnębia wielu Polaków, świadczy, że już się upodabnia. Niektórzy nam wmawiają, że ta atmosfera dowodzi przesuwania się w stronę „Rosji Putina”, co jest wierutnym głupstwem, bo Rosja ma ustrój w zasadzie monarchiczny, obcy polskiemu charakterowi narodowemu. Polskim żywiołem jest anarchia połączona z selektywną tyranią.

Walka o fundamentalne wartości powinna mieć w sobie trochę patosu, a przebiega niestety w sposób obciążony trywialnym pragmatyzmem. Platforma Obywatelska ma zbyt dużo na sumieniu, żeby mogła rozwinąć zasadniczą argumentację – powtarzanie frazesów o „monteskiuszowskim podziale władz” itp. nie jest żadną argumentacją.

Władza solidarnościowa w pierwszych swoich krokach ogłosiła – wybijał się tu głos pewnego ważnego senatora – że niezawisłość sędziowska jest tak wielką wartością, że sędziowie, którzy ośmielą się być zawiśli, powinni być karani. Groźbę spełniono w stosunku do sędziów, którzy wydali wyroki skazujące opozycjonistów PRL, ignorując immunitet, jaki opozycjonistom przysługiwał na mocy powszechnie panującej opinii. Mimo tego odstraszającego przykładu nie zabrakło w III RP sędziów ośmielających się być zawisłymi w głośnych procesach politycznych. W sumie jednak sądy zdobyły się na niezależność i powstrzymały tam, gdzie było możliwe, pęd nowej władzy do odwetu na poprzedniej. I to głównie nie daje spokoju premierowi Morawieckiemu.

Nieprawdopodobny ze swoim doktoratem prawa pan prezydent Andrzej Duda uważa konstytucję za regulamin dla społeczeństwa, który można pragmatycznie zmieniać odpowiednio do celów, jakie rząd sobie stawia. Zanim zabrał się do łamania obowiązującej konstytucji, zanim ogłosił rozweselający projekt referendum konstytucyjnego, dał poznać swoje rozumienie praworządności przy okazji jakiegoś zamysłu ustawodawczego: żeby nam Trybunał Konstytucyjny nie zakwestionował ustawy, powinniśmy przedtem znowelizować odpowiednio konstytucję. Powiedział to całkiem serio. Jako dobry patriota kroczy śladem naszych przodków, którzy zostawili nam mądrą sentencję: Polska nierządem stoi.

Wydanie: 29/2018

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy