Chcemy być kolorowi

Chcemy być kolorowi

Sytuacja w Strefie Gazy wyglądałaby inaczej, gdyby więcej kobiet sprawowało władzę?

– W filmie jest scena, w której kobiety rozmawiają o tym, co by zmieniły, gdyby zajmowały wysokie stanowiska. Mężczyzn interesuje sam konflikt, kobiety znają codzienne życie. Mężczyźni wykłócają się i walczą o granice, nazewnictwo, terytoria. Kobiety – o poprawę warunków, o wodę, elektryczność i inne udogodnienia, które na świecie są przecież standardem. Te wypowiedzi naszych bohaterek nie są żartem, nie są okiem puszczonym do widza. One wyrażają przekonania moje i mojego brata. Kobiety nie chcą sprawować kontroli, one chcą zmieniać sytuację.

Właśnie – rozmowy. Kobiety w filmie dyskutują o seksie, rolach społecznych, władzy. Czy takie tematy są faktycznie codziennością w patriarchalnym przecież społeczeństwie palestyńskim?

– Oczywiście jest niemała grupa konserwatystów, która na tego typu rozmowy zareagowałaby alergicznie. Ale nie tworzą oni całości narodu. Spora część Palestyńczyków jednakowo traktuje kobiety i mężczyzn pod względem ich praw, pozwala im mówić, na co tylko mają ochotę, szanuje ich poglądy i wolność słowa. Staraliśmy się pokazać te różnice w filmie. W „Stopniowaniu” widzowie mogą zobaczyć też ofiarę systemu patriarchalnego – kobietę bitą przez męża, która nie wie, jak się wyplątać z tej sytuacji. Ale spójrzmy prawdzie w oczy – czy takie przypadki zdarzają się jedynie w kulturach krajów muzułmańskich? To akurat problem uniwersalny.

Zaskakuje mnie to, co pan mówi o wolności słowa, także w kontekście obawy przed szpiegami. Palestyńczycy nie przejmują się obecnością agentów Mosadu i Hamasu na swoim terenie? Nie uważają na nich?

– Nie tworzyłbym z tej sytuacji wyjątku odróżniającego Autonomię Palestyńską od innych krajów. Spójrzmy na Jordanię, Egipt, Irak czy Iran. Tam też można w prosty sposób pogrążyć sąsiada czy nieprzyjaciela, donosząc na niego służbom państwowym. Z tego tytułu w wielu miejscach człowiekowi mogą się przytrafić nieprzyjemności, ale czy wierzy pan, że takie zagrożenie skutecznie zamknie ludziom usta? W moim odczuciu jest odwrotnie – tylko mówiąc, co się myśli, można sobie w Palestynie zaskarbić szacunek otoczenia. Palestynki są bardzo dumne, to ich cecha narodowa. Nie pozwoliłyby się tak łatwo uciszyć, chociaż oczywiście to generalizacja. Zdarza się mnóstwo wyjątków, ale nie patrzmy na cały naród właśnie przez te wyjątki.

Jak być filmowcem w kraju, w którym nie ma przemysłu filmowego?

– To podstawowy problem. Żeby zrobić film, trzeba pokonać górę problemów. Ale – co istotniejsze – największym utrudnieniem jest własny punkt widzenia. Film jest komunikatem wysyłanym w świat, nie ogranicza się do rozmów z przyjaciółmi czy sąsiadami. W rozmowach możesz zachować wolność, ale kiedy produkujesz film, wypowiadasz się niejako za Palestyńczyków – tak przynajmniej rozumują władze.

Ma pan na myśli Hamas.

– Tak, to oni myślą radykalnie. Ponadto uważają, że sztuka nikogo nie obchodzi, albo że nie powinna nikogo obchodzić w czasie, kiedy kraj mierzy się z takimi problemami. Na terenie Autonomii Palestyńskiej nie ma kin ani firm produkcyjnych.

Czyli Palestyńczycy nie zobaczą pańskiego filmu?

– My z bratem możemy w prosty sposób zorganizować projekcję dla naszych rodaków. Wystarczy rozwiesić prześcieradło i z projektora wyświetlić na nim film. To jest zresztą nasz pomysł na wskrzeszenie zainteresowania kinem wśród Palestyńczyków. Kiedy czegoś nie ma, zapomina się o jego istnieniu. Kiedy się o nim przypomni, wraca zapotrzebowanie.

I znów – jak w swoim filmie – nie mówi pan o problemie wojny, tylko życia codziennego Palestyńczyków.

– Bo my naprawdę mamy mnóstwo problemów, które zajmują nam głowę na co dzień, które nie są powiązane z wojną, przynajmniej bezpośrednio. Ludzie nie zdają sobie z tego sprawy. Dla mnie jako artysty ważne jest kino, dla kobiet, które pracują w zakładzie fryzjerskim – zwalczenie przerw w dostawie elektryczności, dla młodzieży – sposoby spędzania wolnego czasu inne niż zabawa w wojnę na podwórku. To zresztą znamienne – sztuka i rozrywka, które się pojawiają w Strefie Gazy, również są powiązane z wojną. Zdaje się, że konflikt rezonuje na każdą sferę życia, ale kiedy przyjrzeć mu się baczniej, okaże się, że wcale tak nie jest.

Sam ma pan na koncie wystawę plakatów wymierzoną w wojnę. Po niej wyprowadził się pan z bratem z Autonomii Palestyńskiej.

– Po naszej wystawie plakatów filmowych, w których tytuły filmów zastąpiliśmy nazwami operacji wojskowych, mieliśmy problemy z radykałami islamskimi. Powiedzieli nam, że możemy opuścić Autonomię Palestyńską i przemawiać własnym głosem na innym terenie. To było cztery lata temu. Przenieśliśmy się więc do Jordanii, wierząc, że nieważne, skąd się mówi, tylko o czym się mówi. Nie zabroniono nam jednak odwiedzać ojczyzny.

Uchodzicie z bratem za kontrowersyjne osoby wśród Palestyńczyków?

– Na pewno przykuwamy uwagę ze względu na nasz styl. Obaj z bratem nosimy bujne fryzury, na nogach zawsze mieliśmy przeszmuglowane z Egiptu trampki marki Convers, lubimy też obwieszać się różnego rodzaju łańcuchami. Chcemy być kolorowi i wyraźni, a nie pokorni i zastraszeni. Nasz styl ma nie prowokować, tylko pokazać, że nie należy się bać normalnego życia w kraju, w którym trwa wojna. Dostrzegamy to normalne życie wśród Palestyńczyków i pokazujemy je w naszych filmach, sami zaś demonstrujemy je ubiorem. To komunikat.

Jest pan w stanie się utrzymać ze sztuki w takich okolicznościach?

– My z bratem nie potrzebujemy wiele do życia. Mamy tysiąc euro na kwartał – żyjemy za to, mamy mniej – żyjemy za mniej. Ale są artyści – a proszę mi wierzyć, jest ich w Autonomii Palestyńskiej mnóstwo – którzy są w trudniejszej sytuacji. Mają rodziny na utrzymaniu, potrzebują stałego dochodu. Oni nie mogą się utrzymać ze swojej pracy, z tego, co kochają. My dajemy jakoś radę, ograniczając wymagania i potrzeby do minimum.

Foto: AFP EASTNEWS

Strony: 1 2

Wydanie: 32/2015

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy