Chiny niezapomniane

Chiny  niezapomniane

W pobliżu klasztoru na świętej górze buddystów Emei Shan, jednego z największych sanktuariów buddyjskich i taoistycznych w Chinach, wiszą girlandy kłódek. Przybywający tu wieszają je i zamykają, by móc tu jeszcze powrócić. Andrzej Kotnowski, podróżnik i fotograf, swojej nie zawiesił, ale Chiny odwiedzał czterokrotnie, a efektem jego fascynacji tym niezwykłym, różnorodnym krajem jest ukazujący się właśnie album „Państwo Środka”.
Niezatarte wrażenie wywarła na nim już pierwsza podróż, zorganizowana w 1987 r. w ramach Towarzystwa Przyjaciół Nauk o Ziemi i Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Chińskiej. – Wyjazdy były wówczas możliwe, tylko trudniejsze – wspomina. – Nasza waluta nie była wymienialna i z paszportem były kłopoty, jeśli się nie miało pokrycia dewizowego. Ja na cały przejazd miałem 350 dol. Dziś aż się wierzyć nie chce, że za tę sumę można coś takiego zrobić, ale wtedy za 1-1,5 dol. dawało się przeżyć. Polecieliśmy do Pekinu, potem komunikacją publiczną przecięliśmy całe Chiny, Tybet, Nepal, do Delhi i stamtąd wracaliśmy LOT-em.
Podróż pociągiem czy autobusem przez Chiny bez przewodnika i biura turystycznego nie była łatwa, jednak największym sprawdzianem okazała się próba przedostania się z Golmudu, ostatniej stacji kolejowej na północno-wschodnim pobrzeżu Tybetu, do Nepalu. Z powodu zamieszek w Lhasie Tybet stał się niedostępny. Dopiero po tygodniu niecierpliwego oczekiwania w hotelu, w którym skoszarowanych było już 150 cudzoziemców, udało się ruszyć w dalszą drogę. – Przy pomocy chińskiej policjantki dowiedzieliśmy się, że można jechać, kupiliśmy bilet na trasę Golmud-Lhasa (trzy dni jazdy autobusem na dystansie ok. 1850 km i przeciętnej wysokości 3600-4700 m n.p.m., najwyższa przełęcz, Largen-La, 5132 m). To cała historia, jak się odbywa taka podróż, jak się nocuje, gdy nie ma ogrzewania, a w nocy jest minus 25 stopni…
W Lhasie sytuacja się powtórzyła, okazało się, że nie można z niej wyjechać. Tu również utknęło wielu cudzoziemców i do autobusu, który raz na tydzień kursował do granicy nepalskiej, ustawiła się już długa kolejka. Na szczęście udało się wynająć autobus prywatnie. Ale kłopoty wcale się nie skończyły. – Dążyliśmy do mistycznej krainy szczęśliwości, Szangri-La, którą dla nas był Nepal, a znaleźliśmy się w piekielnych kręgach zimna, jak to sformułowano w tybetańskiej Księdze Umarłych, i bar-do, co oznacza stan przejściowy między życiem a niebytem.
Po drodze nastąpiło załamanie pogody, z powodu wcześniejszego nadejścia monsunu. – Im wyżej podjeżdżaliśmy, a przed nami była przełęcz 5220 m n.p.m., tym było gorzej. Autobus to się ślizgał, to trzeba było go popychać. Popchnąć samochód na tej wysokości już jest potwornym wysiłkiem, ale dogonić go… W końcu śnieg zgęstniał tak, że kierowca nie widział drogi, bo to, co się nazywa Transtibetan Highway, jest tak naprawdę szutrówką bez żadnych barier, a przepaście robią wrażenie! Wreszcie utknęliśmy na noc. Jak się rano zbudziliśmy, było ok. 2 m śniegu. Przymusowy postój w zdezelowanym autobusie, na wysokości ok. 4700 m, bez ogrzewania, jedzenia i z ograniczoną ilością wody, po którą trzeba było schodzić 400 m do strumienia, potrwał osiem dni. Radziliśmy sobie, jak nas nauczono w dawnym harcerstwie, a uratowaliśmy się, przekupując kierowców terytorialnej władzy.

AP

Z Andrzejem Kotnowskim można się spotkać 30 października o godz. 18 w Muzeum Etnograficznym w Warszawie, ul. Kredytowa 1, z okazji promocji albumu „Państwo Środka” wydanego w cyklu „Z prac Muzeum Azji i Pacyfiku”.

Wydanie: 43/2007

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy