El Niño może w tym roku zabić niemal pół miliona ludzi
W popularnym amerykańskim serialu „Lioness”, wyprodukowanym przez guru tamtejszego prawicowego show-biznesu Taylora Sheridana, Nicole Kidman gra wysokiego szczebla urzędniczkę w CIA, funkcjonującą w sporym konflikcie interesów. Choć jej związek od dawna jest papierowy, mąż, zarabiający krocie jako prezes wielkiego koncernu naftowego, niejednokrotnie ma pretensje, że nie raczyła go uprzedzić o akcjach amerykańskich służb przeciwko państwom na Bliskim Wschodzie. Najciekawszy jest moment, w którym operacja CIA przeciwko Iranowi grozi eskalacją nuklearną. Urzędniczka wraca wściekła do domu, a mąż rzuca pod jej adresem złowieszczy tekst, że „przestaje się przejmować katastrofą klimatyczną, bo lęk o klimat zakładałby przeświadczenie, że ludzkość będzie istnieć wystarczająco długo, by zniknąć z powodu wysokich temperatur”.
W dzisiejszym świecie nikt z tego żartu nie powinien się śmiać. Zresztą to nawet nie jest żart, tylko stwierdzenie faktu. Zmiany klimatyczne, nawet postępujące w tak szybkim tempie jak obecnie, wciąż są zbyt mało drastyczne, by zadziałać na zbiorową wyobraźnię. Widać to zwłaszcza w ostatnich tygodniach, kiedy umysły najważniejszych polityków, filozofów i liderów opinii owładnęła wizja apokalipsy wywołanej sztuczną inteligencją zrywającą się z łańcucha.
To symptomatyczne, bo choć takich scenariuszy nie wolno bagatelizować (nie są też w całości zabiegiem marketingowym spółek z Doliny Krzemowej), to jednak od katastrofy klimatycznej różni je zasadnicza cecha. Wszyscy wpadamy w panikę, że maszyny nas wyeliminują, nawet jeśli groźba jest ogólnikowa, tymczasem scenariusz katastrofy klimatycznej znamy doskonale. Od lat go symulujemy, wskazujemy własne błędy i czułe punkty. Wiemy, w kogo zmiany uderzą najszybciej i gdzie nie będzie ratunku. A mimo to wzruszamy ramionami przy każdej kolejnej fali gorąca, tysiącach nadmiarowych zgonów czy nawet huraganach – bo z europejskiego punktu widzenia dzieją się w miejscach tak odległych, że równie dobrze mogłyby nie istnieć.
Dzieciątko się rozkręca
Podobnie wygląda debata wokół tegorocznego El Niño, cyklicznego zjawiska na Oceanie Spokojnym, które tym razem z powodu rosnących temperatur i innych zmian klimatycznych może przynieść katastrofę humanitarną na olbrzymią skalę. W dużym skrócie: raz na kilka lat, nie częściej niż co dwa i nie rzadziej niż co siedem, na wysokości Peru, Ekwadoru i północnego Chile woda w oceanie w wyniku słabnięcia lub odwrócenia się wiejących ze wschodu pasatów osiąga znacznie wyższą temperaturę. W normalnych warunkach ciepłe wody powierzchniowe przemieszczają się w kierunku zachodnim. U wybrzeży Ameryki Południowej chłodne wody głębinowe są zaś wynoszone ku powierzchni oceanu. Gdy pasaty słabną, ciepła woda zostaje w środkowej oraz wschodniej części Pacyfiku, a zimna, bogatsza w składniki odżywcze woda głębinowa nie przedostaje się bliżej powierzchni.
Kiedy na Pacyfiku w okolicach Bożego Narodzenia pojawia się „dzieciątko”, bo to po hiszpańsku oznacza El Niño, pogoda zmienia się na wszystkich krańcach oceanu. W Peru, Ekwadorze, Kolumbii, Meksyku znacznie więcej pada, z kolei w Indonezji, Australii i na Filipinach – czyli w krajach o relatywnie dużej produkcji rolniczej – notuje się długie okresy suszy.
Huraganów jest mniej na Atlantyku, ale więcej na Pacyfiku. Australijski interior cierpi z powodu dłuższego sezonu wielkich pożarów, azjatyccy hodowcy ryżu zbierają słabsze plony. A że wiele z tych krajów to eksporterzy netto żywności, konsekwencje rozlewają się szybko na całe globalne Południe.
W tym roku sytuacja pod względem bezpieczeństwa żywnościowego jest jeszcze trudniejsza z powodu irracjonalnej eskapady Donalda Trumpa przeciwko Iranowi. Reżim w Teheranie zablokował cieśninę Ormuz, przez co do krajów Afryki Subsaharyjskiej, Bangladeszu, Indii czy na Sri Lankę dociera znacznie mniej nawozów. A teraz i tak mocno nadwerężony sektor rolniczy musi się mierzyć z potencjalnie najbardziej katastrofalnym w skutkach El Niño…
Climate Impact Lab, jednostka badawcza przy Uniwersytecie w Chicago zajmująca się modelowaniem zmian klimatu, szacuje, że między wrześniem tego roku a lutym 2027 r., kiedy efekty odwrócenia się układu wiatrów zaczną zanikać, El Niño może doprowadzić do aż 451 tys. nadmiarowych









