Co wyrosło pod Okrągłym Stołem

Co wyrosło pod Okrągłym Stołem

Przez piętnaście lat cierpieli katusze z powodu złych umów zawartych przy Okrągłym Stole i wreszcie doczekali się tej szczęśliwej chwili kiedy „układy” okrągłostołowe, mocno obrosłe tajnymi agentami, można rozbić w drobny mak. Jeszcze zobaczymy, czy można, na razie dziwi nas, kto tego pragnie. Na zdrowy rozum pokrzywdzona przez Okrągły Stół powinna się czuć postpeerelowska lewica. Kilka milionów ludzi uważa, zgodnie z faktycznym stanem rzeczy, że Trzecia RP przyniosła im degradację. Ekonomicznie zdegradowani są bezrobotni. Spora ilość obywateli czuje się zdegradowana pod względem prestiżu. Z tych grup rekrutowali się wyborcy partii „postkomunistycznej”. Nie szukali oni w tej partii „lewicowych wartości”. Jedni spodziewali się, że stanie się ona wyrazicielką ich interesów ekonomicznych, drudzy albo i ci sami mieli w pełni, wydawało się, uzasadnioną nadzieję, że będą bronieni pod względem moralnym. Jedno i drugie wymagało krytyki i ograniczenia skutków Okrągłego Stołu oraz zakwestionowania nadmiernych przywilejów obozu postsolidarnościowego. Tymczasem sprawy przybrały taki dziwny obrót, że SLD występuje jako główny obrońca Trzeciej RP, tego „bękarta Okrągłego Stołu”, jak się wyrażają co niecierpliwsi zwolennicy Czwartej.
Nazwa Sojusz Lewicy Demokratycznej kieruje naszą uwagę w dwie różne strony: na wyborców i na liderów partii. O wyborcach już wspomniałem, teraz o liderach: w przeciwieństwie do swoich wyborców oni są benificjentami Trzeciej RP, podobnie jak elita postsolidarności, i wcale tego nie kryją. Żeby zatrzeć wrogość, jaka ich dzieli i łączy z postsolidarnością, podkreślają, że w PRL takich karier ministerialnych, marszałkowskich czy prezydenckich by nie zrobili. Jeden mówi, że mógłby co najwyżej zostać dyrektorem departamentu, drugi, że ambasadorem w Wietnamie itp. A ponadto, i tu się trzeba z nimi w pełni zgodzić, o ileż przyjemniej jest być politykiem w demokracji, niż wiecznie czytać z kartki w socjalizmie. Uprzytamniając sobie ten stan rzeczy, oswajamy się rozumowo z cokolwiek dziwnym faktem, że partia ludzi w Trzeciej RP zdegradowanych przygotowuje się do wyborów pod hasłem obrony Trzeciej RP i postanowień Okrągłego Stołu. Obrony przed tymi, których Okrągły Stół katapultował na szczyty władzy i awansował na nieomylnych nauczycieli narodu.
Przy Okrągłym Stole zasiadały dwa ugrupowania, dwie strony, z których każda po kolei uznawała się za jedyną prawomocną reprezentację narodu: kierownictwo PZPR i przywództwo Solidarności. Rutynowani aparatczycy, polityczni biurokraci z jednej strony i bojowo nastroszona cyganeria polityczna z drugiej. Narodowi dano wybór między tymi dwiema stronami. W pierwszych po pięćdziesięcioletniej przerwie wolnych wyborach prawie czterdzieści procent narodu uznało, że nie ma w czym wybierać, i nie poszło do urn. Było to zachowanie prawie niezrozumiałe, jeśli się uwzględni przełomowość momentu i oczekiwania zazwyczaj wiązane z wolnymi wyborami po długim okresie rządów niedemokratycznych. Nie da się tego faktu skwitować banalnie prawdziwym stwierdzeniem, że zawsze istnieje w społeczeństwie szeroki margines obojętnych na sprawy publiczne. Już w wyborach prezydenckich okazało się, że znaczna część aktywnych obywateli szuka sobie reprezentanta, który by nie wywodził się ani z PZPR, ani z Solidarności. Wystąpił w tej roli jakiś magik z Paragwaju. Wygrał z Tadeuszem Mazowieckim i omal nie pokonał Lecha Wałęsy będącego wówczas u szczytu popularności w kraju i za granicą. Nadzieja na to, że znajdzie się Ktoś spoza dualizmu okrągłostołowego utrzymuje się nadal. Dla kilkunastu procent wyborców nowym Tymińskim był do niedawna Lepper. Partie postsolidarnościowe, oprócz zagubionej i ciągle gubiącej się Unii Wolności, udają, że stanowią nową jakość, że nie miały nic wspólnego z rządzeniem. Chlubią się rodowodem solidarnościowym ale potępiają Okrągły Stół, bez którego, mówiąc hiperbolicznie, „krówki by pasali”.
Generałowie dobrali sobie do Okrągłego Stołu może nie tych, których by najbardziej chcieli, lecz tych ludzi, którzy rzeczywiście wydawali im się wówczas autentyczną reprezentacją społeczeństwa. O nich systematycznie informowała jawna i tajna Służba Bezpieczeństwa. O niczym innym tylko o solidarnościowej opozycji mówiła Wolna Europa, mająca wówczas siłę oddziaływania wszystkich dzisiejszych gazet i kanałów telewizyjnych. Poza „władzą” i opozycją solidarnościową nawet oko socjologa wówczas niczego innego w Polsce nie widziało, cóż dopiero mówić o oczach generałów czy „aktywu partyjnego”.
A jednak cóż innego istniało: istnieli twórcy i kierownicy przemysłu, budownictwa, komunikacji, nauki. Istniała, krótko mówiąc merytokracja, grupa społeczna zajmująca wyższe stanowiska w społeczeństwie dzięki realnym zasługom i kwalifikacjom. Z natury rzeczy legalistyczna, nie mogła nadać sobie „społecznej podmiotowości”, do czego potrzebne jest głoszenie swoich poglądów. Opozycja głosiła nielegalnie, co chciała; warstwy merytokratyczne były oniemione przez cenzurę i inne środki kontroli wypowiedzi.
Okrągły Stół miał dobre skutki w wielkiej skali historycznej, ale miał też złe. Dominująca rola cyganerii politycznej w Trzeciej RP należy do złych skutków. Ta grupa narzuca pracującemu (i bezrobotnemu) społeczeństwu swoje ideały, swój system wartości, swoje widzenie spraw krajowych i międzynarodowych. W chwili obecnej sprawuje już niemal tyranię umysłową. Fantasmagorie zrodzone w grupkach konspiracyjnych przejęło już młodsze pokolenie i dodało do nich nieświadomość początków tych zmyśleń. W grupie konspiracyjnej tematem najbardziej absorbującym jest: kto jest agentem policji, kto donosi. Temat ten pod nazwą lustracji został już narzucony całemu krajowi, przynajmniej tak głoszą media. Senaty uniwersytetów z całą powagą, na jaką je stać, debatują i podejmują uchwały w sprawie lustracji i dostępności „teczek”. Po co im były te stopnie i tytuły naukowe, te habilitacje i profesury belwederskie, te niekiedy wybitne osiągnięcia naukowe? Sprawę lustracji i „teczek” dali sobie narzucić jak wszyscy inni, zniwelowała ona ich umysły do poziomu niższego niż przeciętny w społeczeństwie. O osiągnięciach naukowych, nagradzanych pieniędzmi, prestiżem i awansami mają takie mniemanie, że nic one nie ważą, jeśli na drugiej szali położyć teczkę kandydata na tajnego współpracownika. Taką siłę zniewalania umysłów uzyskała polityczna cyganeria dzięki Okrągłemu Stołowi. Skutek niezamierzony, ale przez wielu przewidywany.

Wydanie: 9/2005

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy