Czekoladka posłanki Senyszyn

Czekoladka posłanki Senyszyn

Wybrańcy narodu są przeróżni. Bywają dziwolągi i numeranci, w których poczynania normalsom trudno nawet uwierzyć. Bo jak uwierzyć, że kandydatką SLD do Parlamentu Europejskiego będzie Joanna Senyszyn? A skoro będzie, to warto poszerzyć wiedzę wyborców o tekst Michała Krzymowskiego z „Newsweeka”.
„Joanna Senyszyn to ścisła czołówka polskich eurodeputowanych. Jej majątek – oszczędności w złotych, w euro, fundusz inwestycyjny, kilka nieruchomości w Polsce i mieszkanie w Brukseli – jest wart dziś ok. 4,5 mln zł. Gdy kilka miesięcy temu jeden z tabloidów umieścił ją na pierwszym miejscu listy »upasionych europosłów milionerów«, Senyszyn była oburzona. Nie chodziło jej jednak o samą lustrację majątku czy styl, w jakim ją przeprowadzono. Przeciwnie. Jak opowiadają działacze Sojuszu, pani poseł pożaliła się na jednym z partyjnych spotkań, że »brukowiec chciał z niej zrobić dziadówę«. Kiedy dziś pytam ją o europarlamentarną pensję, odpowiada bardzo szczerze: – Zarabiam tyle samo, co wszyscy europarlamentarzyści, ale nie mam dzieci, a mąż prowadzi własną kancelarię. A że dużo pracuję, to nie nadążam z wydawaniem zarabianych pieniędzy.
Inna rzecz, że Senyszyn jest oszczędna. W Sojuszu legendą obrosły już anegdoty na temat jej sknerstwa. Takie choćby jak ta o częstowaniu gości czekoladkami z Lufthansy. Albo ta o jej biurze w Świętokrzyskiem, do którego posłanka przyjęła człowieka na staż finansowany przez urząd pracy, mimo że europarlament daje jej na pensje dla pracowników ponad 70 tys. zł miesięcznie. Warunek był jednak taki, że po zakończeniu stażu Senyszyn zatrudni tego pracownika na normalną umowę o pracę. – Czyli on nadal u pani pracuje? – upewniam się. – Już nie. Po sześciu miesiącach nie przedłużyłam z nim umowy.
Działacz krakowskiego SLD kręci głową:
– Nie znam drugiej równie skąpej osoby. Kilka tygodni temu podczas jednego ze spotkań pani poseł oświadczyła, że podobnie jak Barack Obama chciałaby zorganizować wśród partyjnych działaczy i sympatyków zrzutkę na swoją kampanię. Byliśmy w szoku. Kobieta ma kilkumilionowy majątek, sama do niczego się nie dokłada i jeszcze chce, żeby się na nią zrzucać.
Senyszyn przyznaje, że rzeczywiście zgłosiła taki pomysł: – Powiedziałam tylko, że byłoby miło, gdyby ludzie spontanicznie wpłacali pieniądze tak, jak robili to sympatycy Obamy. Bardzo by mi się podobało, gdyby na przykład milion Polaków wpłaciło po złotówce na nasz fundusz wyborczy. Uznałabym to za dowód sympatii i dowód ideowej identyfikacji”.

Wydanie: 7/2014

Kategorie: Przebłyski

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy