Czy to już koniec?

Czy to już koniec?

Kto przejmie SLD po Leszku Millerze i w którym kierunku pożegluje

Hm… Jeśli popatrzeć na to, jak krzątają się liderzy SLD, można pomyśleć, że prawdziwa walka dopiero się zaczyna.
Sojusz Lewicy Demokratycznej ma już rozpisany plan na najbliższe tygodnie, wiadomo, co będzie się działo. Najpierw odbędzie się konwencja SLD, krótka, ale ważna. Zmieni ona statut partii – wprowadzi do niego punkt o nadzwyczajnym kongresie. To istotne, ponieważ w obecnym statucie nie ma paragrafu, który by precyzował, jak zmienić władze partii; wiadomo, że może to zrobić kongres, więc potrzebny staje się zapis umożliwiający zwołanie go między kadencjami. Dziś bowiem sytuacja wygląda tak, że nawet gdyby Leszek Miller chciał złożyć rezyg­nację, nie może tego zrobić, gdyż obecny statut takiego rozwiązania nie przewiduje.
Nadzwyczajny kongres partii mógłby się odbyć 5 albo 12 grudnia 2015 r. Wszystko po to, by jeszcze w tym roku wyjaśnić wszelkie sprawy kadrowe. A w zasadzie nie tylko kadrowe. SLD stoi bowiem przed odpowiedzią na kilka kluczowych pytań.
Po pierwsze: dlaczego lewica tak słabo wypadła w wyborach? Po drugie: czy gdyby SLD szedł oddzielnie, przeskoczyłby pięcioprocentowy próg? Innymi słowy, czy formuła Zjednoczonej Lewicy nie była błędem? Po trzecie: kto powinien zastąpić na fotelu przewodniczącego Leszka Millera, który już w czerwcu zapowiedział, że nie będzie kandydował na stanowisko szefa partii? No i po czwarte, co wiąże się z poprzednim pytaniem: jak Sojusz widzi swoją przyszłość? Czy w formule Zjednoczonej Lewicy, czy też wąsko, jako SLD? Jaką politykę powinien prowadzić w najbliższym czasie i jak powinien się określać programowo?
Te cztery pytania dzielą SLD i tak naprawdę splatają się w jedno – kto przejmie partię po Leszku Millerze i w którym kierunku z nią pożegluje?

Kandydatów tłum

A wysyp kandydatów na przewodniczącego jest zadziwiający, tak jakby SLD miał przed sobą świetlane perspektywy, nie zaś widmo czterech lat działania poza parlamentem.
Niektórzy już zgłosili swoją kandydaturę, inni jeszcze czekają. Można ich podzielić na dwie grupy. Pierwsza chce utrzymania formuły Zjednoczonej Lewicy, poszerzania jej, tak by wyjść z getta postkomuny. Druga uważa, że pójście do wyborów w koalicji było błędem, że SLD jest wystarczająco dobrym szyldem, by funkcjonować pod nim przez najbliższe lata.
Pierwszą grupę tworzą politycy młodszego pokolenia – Krzysztof Gawkowski, Dariusz Joński, Marek Balt. Wśród nich najpoważniejszym kandydatem jest ten pierwszy, co nie znaczy, że swoich kandydatur nie zgłoszą Joński czy Balt.
Drugą grupę otwiera Jerzy Wenderlich. A za nim są Włodzimierz Czarzasty i Joanna Senyszyn, swoje także chciałby ugrać Zbyszek Zaborowski.
Gdzieś w oddali czai się też Grzegorz Napieralski. Senator. Czyli jedyny parlamentarzysta spośród kandydatów.
Ten podział na dwie grupy: zwolenników szerszej formuły i „patriotów SLD”, jest w Sojuszu kluczowy i zapowiada twardą walkę. Na razie kandydaci walczą o poparcie.
Joanna Senyszyn na blogu atakuje koncepcję Zjednoczonej Lewicy i Barbarę Nowacką: „Słaby wynik ZL wynika przede wszystkim z obciążenia, jakim dla SLD była partia Palikota. Większość kandydatów TR, także posłów, uzyskała znikome poparcie, bo dawny elektorat Palikota nie głosował na ZL. Niestety, nie został też w domu, tylko przeniósł poparcie na inne ugrupowania. Na ZL głosowali głównie wyborcy SLD z 2011 r. Dlatego w pełni uzasadnione jest moje twierdzenie, że SLD, startując samodzielnie, uzyskałby wynik porównywalny z osiągniętym przez ZL. A wtedy mielibyśmy kilkudziesięciu posłów. ZL przegrała wyścig do Sejmu, bo rąk ani nóg nie miała, więc nie miała jak biec i odpychać konkurentów. Nie miała też głowy, z którą robiono by kampanię. Miała jedynie twarz, co okazało się niewystarczające”.
Z kolei Zbyszek Zaborowski pisze w liście do członków partii: „Najwyższa pora wyciągnąć wnioski, dokonać reorientacji programowej, zmiany przywództwa i doprowadzić do prawdziwego pojednania na lewicy. Nie można jednak dekretować zmian w wąskim kręgu ulicy Złotej; w gronie autorów koncepcji formalnej koalicji wyborczej z ośmioprocentowym progiem i ludzi odpowiedzialnych za kampanię wyborczą. Trzeba skończyć z rządami »warszawki« w Sojuszu Lewicy Demokratycznej! (…) Kongres jest niezbędny, aby dokonać oceny przebytej drogi i określić przyszłość polskiej lewicy, ale Kongres musi być poprzedzony otwartą debatą na wszystkich poziomach naszej Partii i w różnych środowiskach lewicowych”.
Na tej fali płynie również Włodzimierz Czarzasty. Przed wyborami opowiadał się jako wielki zwolennik Zjednoczonej Lewicy, ale teraz jest „patriotą SLD”. On także szuka zwolenników. Czy znajdzie?

Wenderlich? Czarzasty? Senyszyn?

W opinii moich rozmówców Czarzasty, Senyszyn i Zaborowski mogą zrobić szum, mogą rozgrzać delegatów, ale mają ten problem, że nie cieszą się w SLD większą popularnością. Jeśli chodzi o Senyszyn, to jeszcze przed wyborami europejskimi liderzy małopolskiej organizacji Sojuszu przyjeżdżali do Warszawy, lobbując, by nie wpisywać jej na krakowską listę.
Czarzasty ma z kolei opinię osoby konfliktowej i mało wiarygodnej. Młodsi działacze dworują sobie z jego wypowiedzi medialnych. Z tego, jak swego czasu zachwalał Grzegorza Napieralskiego, mówiąc, że jest „ciacho”. Albo z tego, jak opowiadał o Magdalenie Ogórek – najpierw krzyczał, że jest świetna i że jako jedyna spośród kandydatów ma potencjał wzrostowy, a potem, że świeciła gołą d… na cmentarzu. I tak dalej, od ściany do ściany.
Na ich tle błyszczy Jerzy Wenderlich. On także był przeciwnikiem Zjednoczonej Lewicy i zwolennikiem samotnego startu SLD. W przegranych wyborach uzyskał najlepszy wynik ze wszystkich polityków Sojuszu. Jeżeli więc „patrioci SLD” zdobyliby na kongresie większość, ich naturalnym kandydatem na przewodniczącego byłby wicemarszałek Sejmu. Zwłaszcza że teraz, po wyborach, ma więcej czasu.

Młodzi Zjednoczeni

A czy zdobędą? Po drugiej stronie barykady mamy młodsze pokolenie, które chciałoby nadać lewicy większy rozpęd i któremu podoba się idea Zjednoczonej Lewicy. I Gawkowski, i Joński byli zaangażowani w kampanię, to oni najbliżej współpracowali z Barbarą Nowacką. Oni zatem są dzisiaj głównymi wrogami „patriotów”, to ich wskazują jako winnych wyborczej porażki Senyszyn, Zaborowski i Czarzasty.
Na razie Gawkowski z Jońskim się bronią. Przypominają, że po wyborach prezydenckich SLD notował w sondażach 2-3% poparcia, i to stale, więc szanse na samodzielne przekroczenie pięcioprocentowego progu były iluzoryczne. Potwierdzają to zresztą symulacje dokonane już po wyborach przez ekspertów Sojuszu. Według nich, SLD otrzymałby 25 października 4,56% głosów.
Koncepcja Zjednoczonej Lewicy i Barbary Nowackiej jako jej twarzy dawała szansę na odbicie się, na premię za jedność, brak kłótni. I tak też się stało, ZL w sondażach stale plasowała się powyżej 10% poparcia, tąpnięcie nastąpiło w ostatnim tygodniu kampanii, po debacie wyborczej.
Krzysztof Gawkowski podkreśla też, że koncepcja zjednoczenia daje szansę na odbudowanie się lewicy, na współpracę z kolejnymi środowiskami, na zaistnienie w przestrzeni publicznej. Szczególnie teraz, gdy podział na postkomunę i postsolidarność się zatarł, przeszedł do historii. I kiedy rzeczywistość będzie wymuszała działanie poza parlamentem, na ulicach. Jest to więc wybór między szansą, nadzieją a wegetacją.
Gawkowski jest zdeterminowany – mówi, że jeżeli nie uda się obronić Zjednoczonej Lewicy i SLD zdecyduje się na jej likwidację, nie widzi dla siebie przyszłości w takiej partii.
Możliwy jest zatem i taki scenariusz, że na grudniowym kongresie Sojusz pęknie, dzieląc się na SLD i ZL. Wszystko będzie zależało od nastrojów delegatów. Na razie większość liderów wojewódzkich opowiada się za Zjednoczoną Lewicą. Nastroje dołów trudniej zmierzyć, z jednej strony działaczy boleć może porażka, ale z drugiej ona ich nie dotyczy, to kłopot dwudziestu paru dotychczasowych posłów. Może więc zadecyduje to, kto nakreśli atrakcyjniejszy i bardziej wiarygodny scenariusz na przyszłość?
Obok tych gier będzie stał Leszek Miller. Nie wystartuje, ale to nie znaczy, że odejdzie na polityczną emeryturę. Zobaczymy go niejednokrotnie, gdy będzie komentował wydarzenia polityczne w programach telewizyjnych. Jako były premier i polityk lewicy. Ten szyld mu wystarczy.

Wydanie: 46/2015

Kategorie: Publicystyka

Komentarze

  1. Mateusz
    Mateusz 10 listopada, 2015, 17:30

    tych toje po lewej to odpad i nieszczęście SLD , a ta z prawej to pusta jak bęben Niemena marionetka Palikota nie mająca nic wspólnego z Sojuszem , taki zwykły rynsztok

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. sass
    sass 11 listopada, 2015, 12:37

    To było jakieś tragiczne nieporozumienie, żeby zawierać sojusz ze skrajnymi liberałami gospodarczyki (a więc ludźmi prawicy), którzy nie istnieją w terenie, a do wyborów samorządowych w większości okręgów nie zarejestrowali swoich list. SLD samodzielnie nie tylko przekroczyłby próg 5%, ale miałby poparcie wyższe niż wynik osiągnięty razem z palikotowcami (którzy ewidentnie ciągnęli koalicję w doł). Prawicy i liberałów gospodarczych w Polsce jest aż nadto, SLD aby przetrwać musi stać się AUTENTYCZNĄ lewicą.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na „sassAnuluj pisanie odpowiedzi