Ekologia i Przegląd

Kto kupi bobra?

W wielu miejscach Polski spiętrzane przez tamy bobrów wody powodują lokalne podtopienia łąk, pól uprawnych i terenów leśnych

W Polsce bobry były pod ochroną królewską już w średniowieczu, ale wraz z upływem czasu, rozwojem urbanizacji i zagarnianiem coraz to nowych terenów przez rolnictwo zwierzęta te znikały. Zostały po nich do dziś nazwy miejscowe wsi, uroczysk leśnych, rzek. Po kilku stuleciach o bobrach wspominały tylko stare kroniki, archiwalne inwentarze dóbr królewskich, pozostały w opowieściach leśników i literaturze łowieckiej. Dziś tak zaszczytna funkcja i zawód jak bobrowniczy należy do narodowych tradycji. W rzeczywistości nieśmiało wspominają o ustanowieniu podobnej funkcji – i mają nawet na to stanowisko kandydata – działacze w Wigierskim Parku Narodowym.
Ale nie dlatego, że bóbr jest zwierzęciem herbowym tego parku. Dlatego, że współczesne dzieje udanej ochrony bobrów liczy się od ponownego zasiedlenia Suwalszczyzny, przede wszystkim okolic jeziora Wigry, przez te bardzo inteligentne zwierzęta, zwane „inżynierami bez dyplomów”. Od 1919 r. bobry znajdują się w spisie najcenniejszych zwierząt żyjących i wymagających ochrony w Polsce. Dzięki temu zaliczono je do gatunków chronionych i wpisano do pierwszej ustawy o ochronie przyrody z 1934 r. Dzisiaj najbardziej znane siedliska bobrów występują już nie tylko w północno-wschodniej Polsce. Coraz więcej siedlisk bobrów jest w dorzeczu Biebrzy, Narwi, Ełku, Czarnej Hańczy i innych mniejszych rzek. W latach 1974-1986 przesiedlono 220 bobrów do 20 rejonów w dorzeczu Wisły. O powodzeniu przenosin świadczy m.in. osiedlenie bobrów

w okolicach Warszawy,

w parkach narodowych: Kampinoskim, Mazurskim, Drawieńskim, Roztoczańskim, Poleskim, Ojcowskim, Borów Tucholskich. Dyrektor tego ostatniego, Janusz Kochanowski, pokazuje ostoję bobrową na półwyspie Dębowa Góra nad jeziorem Ostrowite: – Tutaj 27 lat temu nadleśniczy Marian Paetsch z Rytla miał pod opieką trzy pierwsze pary bobrów przesiedlonych znad jeziora Wigry. W tym miejscu zaczynało się przywracanie bobrów na tereny, gdzie dawniej były naturalnym składnikiem przyrody. Przedsięwzięciem kierował dr Wergiliusz Żurawski ze Stacji Badawczej PAN w Popielnie.
W wielu okolicach spiętrzane przez tamy bobrów wody powodują lokalne podtopienia łąk, pól i terenów leśnych. Za takie zniszczenia można dostać odszkodowanie po wycenie strat przez służby rolne i urzędników wydziałów ochrony środowiska w województwach i powiatach. Niestety, cięcia budżetów od kilku lat sprawiają, że chociaż konserwatorzy przyrody, leśnicy i samorządy opiniują wypłacanie odszkodowań, wojewodowie rozkładają ręce, bo kasa jest pusta. Nic dziwnego, że

złość rolników

rośnie w szybkim tempie. Nie ma również wypłat odszkodowań za szkody wyrządzane przez wilki, niedźwiedzie, żubry, o czym mówią obowiązujące przepisy.
Nie sposób dotrzeć do wiarygodnych informacji o wypłatach Wiadomo, że w podkarpackich powiatach: bieszczadzkim, jasielskim, krośnieńskim, brzozowskim, sanockim, lubaczowskim i mieleckim w 1999 r. było 710 bobrów. Za szkody wyrządzone przez bobry oraz wilki, niedźwiedzie i żubry wypłacono rolnikom w tym regionie tylko ponad 30 tys. zł. Nic dziwnego, że są rozżaleni.
Pola i łąki zalewa woda spiętrzana przez tamy bobrów, odszkodowań się nie wypłaca. Słychać bardzo natarczywe żądania redukcji tych zwierząt. Owszem, powodują szkody, ale proponowane wystrzelanie kilkuset sztuk to mrzonka ignorantów. Zamiast do nich strzelać konieczne jest stosowanie prostego zabiegu spuszczania wody przy użyciu kilku rur w pobliżu tam zbudowanych przez bobry. Koszty takich zabiegów są wielekroć niższe niż kwoty ewentualnych odszkodowań. Podpisana 27 lat temu umowa miedzy Polskim Związkiem Łowieckim i Państwową Radą Ochrony Przyrody stanowi, że gdy liczba bobrów wzrośnie ponad miarę i możliwości środowiska, będą one uznane za zwierzynę łowną. Bobry w niespełna 30 lat z pomocą człowieka skolonizowały wiele polskich rzek i kanałów na terenach nizinnych i podgórskich, w południowej i zachodniej części kraju, także w dorzeczu Sanu, Warty, Odry, wielu rzek na Pomorzu, Kaszubach, Mazurach, na Mazowszu, Podlasiu, Roztoczu, w wielu rejonach Wielkopolski. Ocenia się, że obecnie mamy w kraju ponad 15 tys. bobrów. Ich obecność w naszej przyrodzie jest pewna, mogą być zatem uznane za gatunek łowny.
Nie wystarczą przesiedlenia bobrów na nowe tereny, np. pozbawione wody obszary leśne, opuszczone poligony, jak chociażby Muszaki w woj. warmińsko-mazurskim czy w Przemkowskim Parku Krajobrazowym koło Legnicy. Do zmniejszania ich liczby muszą zabrać się fachowcy, właśnie wspomniani bobrownicy. Historia polskiego łowiectwa i kultura współżycia z przyrodą pouczają, że do bobrów potrafili podchodzić i łowić je tylko specjaliści wysokiej klasy. Ale takich nie ma. Bobry są znacznie bardziej inteligentne od wielu myśliwych, za dnia nie pozwolą im zbliżyć się na odległość strzału. Zwierzęta te nie mają naturalnego wroga w środowisku. Kłopot w tym, że są płochliwe, znaczną część życia spędzają pod wodą i najbardziej aktywne stają się w nocy. Czyli skór, na które nie ma od dawna popytu, łatwo nie oddadzą.
Co roku jesienią m.in. w Wigierskim PN, gdzie jest dużo bobrów na niewielkim terytorium (około 250 sztuk, czyli jakieś 70 rodzin), odławia się je do przesiedlenia na inne tereny. Jesienią 1999 r. i 2000 r. odłowiono kilkanaście par bobrów. Operacje takie przeprowadza się już ponad 30 lat. Ostatnio zgodnie z przepisami międzynarodowych konwencji, nasze bobry są eksportowane do krajów, które od dawna nie mają ich wśród swojej fauny. Kilkanaście bobrów jesienią 2000 r. wysłano do Wielkiej Brytanii, aby poprawiły tamtejszą różnorodność biologiczną.
Postulat zabijania bobrów zgłosiła niedawno Komisja Ochrony Środowiska Senatu RP, tymczasem przepisy dopuszczają lokalną redukcję ich liczby, wydawane są na nią zezwolenia za zgodą Państwowej Rady Ochrony Przyrody, ale Rada ta proponuje ciągłe monitorowanie problemu przez krajowego bobrowniczego nie tylko na Suwalszczyźnie. Jest to szansa na łagodzenie lokalnych konfliktów i podniesienie poziomu edukacji ekologicznej. Niewielu amatorów tępienia bobrów zdaje sobie sprawę, że Dyrektywa Siedliskowa Unii Europejskiej ma pod opieką także bobra – odpowiedział senatorom prof. dr Zbigniew Głowaciński, wiceprzewodniczący Rady i przewodniczący Komisji Ochrony Zwierząt w tejże Radzie. W okresie negocjacji naszego unijnego dostosowania w dziedzinie ochrony środowiska do sprawy bobrów trzeba zaprosić specjalistów i to

bez sztucerów

z przyrządami optycznymi.
Przy tej okazji warto odnotować, że ukaże się niebawem drugie wydanie Polskiej Czerwonej Księgi Zwierząt, czyli jedno z najważniejszych wydawnictw, prezentujących stan zachowania i zagrożenia polskiej przyrody. Znalazły się w niej szczegółowe charakterystyki występujących w naszej przyrodzie gatunków zwierząt rzadkich, zagrożonych wyginięciem i tych, których już nigdy nie zobaczymy. Po prawie 10 latach treść Księgi uległa niewielkim zmianom.

Grzegorz T. Tylmaniak


EKO-INFORMACJE

– Tworzone przez Polskie Towarzystwo Ochrony Przyrody „Salamandra” obserwatorium nietoperzy „Batmanówka” zdobyło główną nagrodę konkursu „Planet Partners” na najlepszą polską kampanię z dziedziny ochrony środowiska naturalnego. W szkole podstawowej w Kopankach k. Opalenicy (Wielkopolska) powstał pierwszy w Polsce punkt obserwacyjny kolonii rozrodczej nietoperzy. Strych stuletniej szkoły na letnie schronienie od wielu lat wybiera około 400 nocków dużych. Z powodu remontu strychu kolonii nietoperzy groziło unicestwienie. Polskie Towarzystwo Ochrony Przyrody „Salamandra” przekonało władze szkoły i gminy do takiego doboru terminu i sposobu remontu, by nietoperze nie ucierpiały.
Drugie miejsce w pierwszej edycji konkursu „Planet Partners” zajęło Stowarzyszenie „Przyjaciele Helu” za projekt edukacyjny „Sojusz z Naturą”. Przyznano także cztery wyróżnienia: Północnopodlaskiemu Towarzystwu Ochrony Ptaków („Ochrona kolonii lęgowej bociana białego w Pentowie koło Tykocina”), Redakcji „EKOświata” („Najpiękniejsze polskie drzewa”), Polskiej Zielonej Sieci („System obiegu informacji ekologicznych”) oraz Janowi Stachyrakowi („Ostoja przyrody i ostoja bioróżnorodności”).

– Usługi agroturystyczne, mleko, miód i kiszone ogórki mają szansę otrzymać znaki kontrolowanego pochodzenia – cenione w Europie oznaczenia miejsca usługi i sposobu produkcji towarów o najwyższych walorach. Takie są konkluzje konferencji poświęconej programowi Narodowej Fundacji Ochrony Środowiska (NFOŚ) pod nazwą „Tereny, ludzie, produkty”.
Program zmierza do wprowadzenia w Polsce systemu znakowania towarów żywnościowych, świadczącego o wiadomym źródle ich pochodzenia i sposobie wytwarzania. Projekt zainicjowany został na terenie trzech gmin: Gródka (Podlaskie), Miłek (Warmia i Mazury) oraz Myszyńca (Mazowieckie). Chodzi o przygotowanie do otrzymania znaków: mleka ze Spółdzielni „Górna Supraśl” w Gródku, usług agroturystycznych w Miłkach opartych o kuchnię regionalną z ryb słodkowodnych oraz miodu i rzemiosła artystycznego z Myszyńca. Program został rozszerzony także o Związek Gmin Narwiańskich, gdzie produkuje się kiszone ogórki, podobno według przepisów z czasów królowej Bony.
Pierwowzorem prac jest znak AOC (po polsku – „nazwa o znanym pochodzeniu”), który powstał w 1936 roku we Francji. Początkowo oznaczano nim przede wszystkim wina i szampany, obecnie wiele produktów spożywczych.

– Strzyżyki, jedne z najmniejszych ptaków w Europie, zadomowiły się pod szczytem Babiej Góry, najwyższego szczytu Beskidów (1725 m n.p.m.). Strzyżyk jest, obok mysikrólików, najmniejszym ptakiem Europy. Ma niecałe 10 cm długości, brązowe pióra i charakterystyczny, krótki, zwykle zadarty ogonek. Ptaszek wydaje charakterystyczny odgłos, często przechodzący w alarmowy terkot. Strzyżyk porusza się szybko, zwinnie myszkując w rozmaitych zakamarkach. Odżywia się owadami.


Trująca granica

Celnicy o transporcie groźnych odpadów dowiadują się najczęściej od przewoźników

Aż 160 miliardów złotych będzie kosztować likwidacja naszych zaniedbań w dziedzinie ochrony środowiska. Tak wysoką cenę zapłacimy nie tylko za nasze odpady, ścieki i kwaśne deszcze, ale też za zanieczyszczenia spowodowane przez sąsiadów. Przykładem są skażenia siarką (w postaci związków siarki utlenionej) – według danych sprzed kilku lat, rocznie zatruwało nas 700 tys. ton siarki, z czego aż 370 tys. ton pochodziło od dalszych i bliższych sąsiadów. Jeszcze więcej, bo ponad 75%, “importujemy” związków azotu utlenionego.
Najwięcej zanieczyszczeń otrzymujemy z Niemiec i Czech, ale za sprawą wiatrów zachodnich związki siarki i azotu docierają do nas nawet z Wielkiej Brytanii. Jeśli chodzi o braci Czechów, to

trują nas na różne sposoby.

Nie przejmując się naszym środowiskiem naturalnym, w pobliżu granicy rozbudowali sieć elektrowni węglowych, natomiast ścieki z ich miast i fabryk systematycznie zanieczyszczają Nysę Łużycką, Odrę i Olzę. Zazwyczaj kilka razy w roku dochodzi do nie kontrolowanych zrzutów ścieków przemysłowych, o czym strona czeska informuje z opóźnieniem (tak było m.in. w 1998 r., gdy w wodach Odry znalazły się związki cyjanku z czeskich hut).
Niewiele lepiej jest na naszej wschodniej rzece granicznej: do Bugu dostają się komunalne i przemysłowe ścieki z Lwowa. Do wielkiej katastrofy ekologicznej może dojść na Sanie i nie tylko. To z powodu ukraińskiego kombinatu siarkowego w rejonie Jaworowa. Kombinat jest nieczynny od dawna, ale do tej pory jego teren nie został poddany rekultywacji. Skutek jest taki, że wody kopalniane, pochłaniając siarkowodór i inne trujące związki, wypływają i zapełniają ogromne kopalniane wyrobisko. W każdej chwili mogą też dostać się do rzeki Szkło, a nią do Sanu i Wisły. Na razie sytuację ratują pompy, ale wystarczy awaria spowodowana np. brakiem dopływu energii elektrycznej, żeby doszło do katastrofy ekologicznej, którą odczuje nawet Bałtyk. Głównym poszkodowanym byłaby nie Ukraina, lecz Polska.
Wśród zanieczyszczeń są takie, które trafiają do nas, choć powinny być zatrzymane na granicy. Chodzi o odpady. Nagromadziliśmy w kraju ponad dwa miliardy ton odpadów, w tym kilka milionów ton odpadów niebezpiecznych. Jakby za mało było własnej góry śmieci i trucizn, pozwalamy na jej powiększanie odpadami podrzucanymi nam przez nieszczelne granice.
Ustawa o odpadach mówi, że eksport i import, jak też tranzyt niebezpiecznych odpadów, może odbywać się tylko za zgodą Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska, zaś zezwolenie GIOŚ musi dokładnie określać

rodzaj i ilość odpadów

oraz trasę ich transportu. Tak stanowi prawo, a oto kilka faktów z raportu NIK-u o wynikach kontroli postępowania z odpadami niebezpiecznymi, a więc tymi, dla których granica powinna być szczególnie szczelna.
W latach 1998-1999 wydano 22 zezwolenia na eksport i import oraz siedem na tranzyt odpadów niebezpiecznych. Zgodnie z przepisami, kopie zezwoleń trafiły do Głównego Urzędu Ceł i do Komendy Głównej Straży Granicznej. O takich transportach powinny być powiadomione również urzędy celne, ale nikt ich nie uprzedził, że na przejściach będą przewożone groźne odpady. Tak przynajmniej było w przypadku urzędów kontrolowanych przez NIK (Rzepin, Legnica, Szczecin i ich oddziały).
Celnicy o transporcie groźnych odpadów dowiadywali się więc od przewoźników. Można wątpić, czy wszystkie firmy były uprzejme informować urzędy celne o tym, co i w jakich ilościach przewożą, bo z ich rzetelnością bywa różnie. Próby nielegalnego przywożenia odpadów do Polski miały miejsce m.in. w Katowicach (3 przypadki), Cieszynie (2) i w Przemyślu (l). Zdarzało się i tak, że przewoźnik deklarował przewóz odpadów, natomiast wywoził pełnowartościowy towar. W 1998 r. zdarzyło się to aż 12-krotnie Hutmenowi S.A. z Wrocławia, który zamiast odpadów tlenku cynku przewoził płaskowniki i pręty miedziane. W 1999 r. ta sama firma to samo oszustwo powtarzała ośmiokrotnie.
Naruszaniem przepisów przez przewoźników były przypadki samowolnej zmiany trasy transportu. Firma Megametal Sp. z o.o. z Warszawy dziewięć razy przewoziła

cynkowe popioły i zgary,

ale aż siedmiokrotnie jej pojazdy trafiły na przejście w Olszynie, choć w zezwoleniu ustalono Świecko.
A oto, jak przebiegają kontrole niebezpiecznych odpadów: “Towar objęto procedurą wywozu. W wyniku częściowej rewizji stwierdzono beczki z PCV koloru niebieskiego z zawartością. Ilość, wagę i wartość przyjęto z załączonych dokumentów” (zapis dokonany w Słubicach). Zdumiewa fakt, że celnik zainteresował się kolorem beczek, natomiast ich zawartość ocenił według przedłożonych mu kwitów. Inna rzecz, że gdyby nawet celnicy zaglądali do beczek, to rezultat byłby taki sam, bo przecież nie są specjalistami od niebezpiecznych substancji. Oni sami przyznają, że bez pomocy fachowców nie są w stanie udowodnić przewoźnikowi, że przewozi substancje toksyczne.
Tym bardziej powinno dochodzić do współpracy celników z inspektorami ochrony środowiska. Dzięki takiemu współdziałaniu celników z Kowar i inspektorów z Jeleniej Góry nie wpuszczono do kraju 2325 opakowań z resztkami niebezpiecznych substancji chemicznych. Niestety, był to jedyny przypadek takiej współpracy. Dlaczego nie jest ona codzienną praktyką? Oto wypowiedź prezesa Głównego Urzędu Celnego, zawarta w piśmie do Najwyższej Izy Kontroli: “Wojewódzkie inspektoraty odmawiają wydawania opinii lub decyzji na rzecz urzędu celnego. Odmawiają również dokonywania oględzin towaru w celu stwierdzenia, czy jest on odpadem. Tymczasem organy celne nie są właściwe do orzekania, że dany towar stanowi odpad w rozumieniu przepisu ustawy o odpadach”.
W wojewódzkich inspektoratach ochrony środowiska można usłyszeć, że nie ma przepisów, na podstawie których inspektorzy mogliby oceniać, czy przewożony materiał jest niebezpiecznym odpadem.

Nie ma sprzętu,

umożliwiającego analizę i ocenę odpadów podczas kontroli celnej. Gdyby jednak były i przepisy, i sprzęt, to zabrakłoby sił; chcąc pomagać celnikom, inspektoraty ochrony środowiska musiałyby zaniechać realizacji własnych zadań. Jedynym wyjściem z tej sytuacji jest odpowiednie przeszkolenie celników. Pierwsze kursy już się odbyły.
Nasilają się też próby przemycania do Polski, zwłaszcza przez wschodnią granicę, odpadów promieniotwórczych. Według danych Straży Granicznej, każdego roku wykrywanych jest kilkaset takich przypadków.
Niepokojącym zjawiskiem są przewozy tranzytowe niebezpiecznych odpadów, które trafiają do Polski, ale od nas nie wyjeżdżają. Ze 123 transportów, którymi interesował się NIK, 39 nigdy nie opuściło naszego kraju. Bywało i tak, że z Polski wywożono odpady zagranicznego pochodzenia, chociaż nie było śladu, że zostały przywiezione do nas. Okazuje się, że polskie granice są dla niebezpiecznych odpadów jak sito – zatrzymują tylko część.

Władysław Misiołek


Jak ocenia się świadomość ekologiczną Polaków?

Prof. Zbigniew Szawarski,
filozof, etyk

Jest to pytanie osobliwe, zakłada ono bowiem nie tylko, że wiemy, czym jest świadomość ekologiczna, lecz także, iż dysponujemy kryteriami jej oceny. Jest to założenie błędne. Świadomość ekologiczna jest pewną kategorią (podobnie jak osławiona “świadomość burżuazyjna”) i różni ludzie, w zależności od poglądów moralnych, religijnych, politycznych oraz miejsca zamieszkania rozmaicie będą ją pojmowali.
Jeśli jednak założymy roboczo, iż świadomość ekologiczna to nasz stosunek do bardzo szeroko rozumianego środowiska naturalnego, natychmiast pojawi się kwestia, czy mowa jest o jednostkach, instytucjach społecznych, czy państwie polskim. Załóżmy, że bierzemy pod uwagę dwie rzeczy: stosunek jednostki oraz stosunek instytucji społecznych i politycznych do środowiska i porównujemy to z odpowiednimi zachowaniami jednostek i działaniami instytucjonalnymi w Niemczech, Anglii, czy krajach skandynawskich. Jakie jednak kryteria miałyby wówczas wchodzić w grę? Stosunek do zwierząt? Stosunek do jezior, rzek, lasów i terenów zielonych? A może system kontroli i przeciwdziałania zanieczyszczeniu środowiska naturalnego lub ekologiczne programy edukacyjne? Cokolwiek się wybierze, porównania wypadają dla nas fatalnie. Spędziłem wakacje w pobliżu Zakopanego i do dziś mam w pamięci sterty śmieci wywożonych do okolicznych lasów, zużyty olej silnikowy, wylewany do potoku i dym z palonych ukradkiem opon. Czy jest to wina ekologicznie niedojrzałych mieszkańców, czy też ekologicznie niedorozwiniętych instytucji lokalnych, które nie potrafią zorganizować specjalnego miejsca dla składowania śmieci innych niż odpadki kuchenne? Nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć. Pamiętam, jak podczas pobytu w Anglii prowadziłem gości z Europy Wschodniej na lokalne śmietnisko, aby pokazać im, jak wygląda świadomość ekologiczna w działaniu – zawsze był to dla nich ogromny szok. Jeśli więc uznamy, że miarą świadomości ekologicznej jest m.in. stosunek do śmieci, daleko, bardzo daleko nam do Europy.

Andrzej Kassenberg,
prezes Instytutu na rzecz Ekorozwoju

Badania wykonywane na nasze zlecenie przez CBOS pokazują, że świadomość ekologiczna spada. Kilka lat temu (w latach 1992 i 1997) odsetek ludzi interesujących się sprawami ochrony środowiska, których określiliśmy jako grupę proekologiczną, wynosił 33%, a w roku 2000 spadł do 22%. Takie są wyniki raportu “Świadomość ekologiczna Polaków u progu XXI wieku” z maja 2000 r. W skład grupy proekologicznej wchodzą przeważnie ludzie działający na własny koszt w dużych miastach, młodzi i wykształceni. Ich świadomość ekologiczna jest wyższa, sprawy środowiska nie są im obojętne. O wiele liczniejsza jest grupa mniej przychylna sprawom środowiska, słabo wykształcona, raczej z terenów wiejskich i małych miasteczek. Terytorialnie grupy te przeważają na obszarze środowiskowo cennym, w Polsce północno-wschodniej, gdzie są tzw. zielone płuca. Ludzie żyją blisko przyrody, uważają, że ona była, jest i będzie. Mieszkają na obszarach o najwyższym stopniu bezrobocia pozostałych po PGR-ach. W pewnym sensie niska przedsiębiorczość idzie w parze z niską świadomością ekologiczną. Wyniki badań przeprowadzanych w ostatnim 10-leciu wskazują na niedobre symptomy. Być może jest to wynik ogólnej niechęci do władzy i jej nieskuteczności. Widać też, że nadal słaba jest u nas znajomość organizacji ekologicznych. Organizacje polskie, np. Polski Klub Ekologiczny czy Liga Ochrony Przyrody, są mniej znane niż Greenpeace. Istnieje więc luka informacyjna, lokalna społeczność nie umie wymienić nawet ich nazw. Są też aspekty bardziej zadowalające, bo obecnie społeczeństwo widzi częściej szansę poprawy w aktywności własnej lub gminy niż w działaniach rządu czy wielkiego biznesu. Część ludzi dostrzega np. celowość dalszego tworzenia parków narodowych mimo konfliktów w Tatrach.

Dr Krzysztof Kafel,
główny specjalista w Ministerstwie Edukacji Narodowej

Poprawie świadomości ekologicznej Polaków ma służyć realizowany przez nasz resort system edukacji w nowej szkole. Istnieje tzw. ścieżka edukacji ekologicznej, której pierwsze elementy i treści wprowadza się już w przedszkolu, następnie kontynuowane są w szkole podstawowej, w nauczaniu początkowym i w gimnazjum. Taka sama ścieżka ekologiczna przewidziana jest w liceum profilowanym, choć same profile nie zostały jeszcze ustalone. Edukacja ekologiczna obejmie więc wszystkich uczniów. Za realizację programu odpowiada dyrektor szkoły, natomiast przygotowanie kadr do tej edukacji spoczywa na władzach samorządowych, na gminie (szkoły podstawowe) i powiecie (gimnazja). Jednostki administracji mają obowiązek doskonalić nauczycieli na kursach, wysyłać na szkolenia. Różnie jest z tym w gminach, bowiem nierzadko brakuje pieniędzy, a nakazać im niczego nie można. Ale znamy też przykłady bardzo pozytywne, np. w warszawskiej gminie Bemowo jest wielu nauczycieli podnoszących swoje kwalifikacje w tej dziedzinie. Jeśli gmina ma pieniądze, to z pewnością przeznaczy je na taki ważny cel, jak wspieranie edukacji ekologicznej.

Piotr Gawroński,
reżyser, producent, prezes Stowarzyszenia Filmowego “Ekofilm”

Ze świadomością ekologiczną Polaków jest nie najlepiej, choćby w porównaniu z innymi krajami. Społeczeństwo Zachodu jest o wiele bardziej świadome konieczności ochrony środowiska, u nas pokutuje wciąż tendencja do bezmyślnego niszczenia otoczenia i dewastacji przyrody. Co innego przemysł, gdzie widać duże zmiany, wymuszone przez istnienie norm ochrony środowiska, a co innego społeczeństwo. Podam przykład bardzo przykry. Piękny obiekt, akwen w Dziećkowicach, gdzie znajduje się zbiornik wody pitnej dla Śląska, nie jest przez przybyszów szanowany. Może to specyfika Śląska, bo trochę lepiej dzieje się na Kaszubach, na Warmii, gdzie ludzie przynajmniej po sobie posprzątają, a u nas wyrzuca się wszystko do lasu. Pełno tam plastikowych kubeczków i butelek po piwie w pobliżu fabryki wody pitnej. To jest zatruwanie środowiska naturalnego. Wędkarze sami zbierają śmieci, ale reszta nie ma wyrobionego nawyku, by zgarnąć i zanieść do śmietnika. Przeciwnie, pali się ogniska, niszczy drzewostan itd.

Dr inż. Janusz Mikuła,
prezes Polskiego Klubu Ekologicznego

Z doświadczeń i obserwacji wynika, że przez ostatnie lata ogólna świadomość ekologiczna społeczeństwa poprawia się. Ludzie więcej wiedzą o potencjalnych zagrożeniach i metodach zapobiegania im, ale te informacje znajdują się w cieniu warunków ekonomicznych i socjalnych przeciętnego obywatela. Wyraźnie widać, że jeżeli człowiek ma kłopoty finansowe z utrzymaniem rodziny, jego wrażliwość i świadomość ekologiczna przytłumiona zostaje warunkami socjalnymi. W sferze biznesu istnieje pełna świadomość zagrożeń ekologicznych, która zarazem nadaje kierunek zmianom technicznym i organizacyjnym, nierzadko bardzo wyrafinowanym. W wielu firmach używanie przymiotnika “proekologiczny” ma najwyraźniej znaczenie marketingowe, aby uspokoić bezpośrednie otoczenie przedsiębiorstwa. Firmy co prawda nie zawsze są w zgodzie z przepisami ochrony środowiska, ale wysoka świadomość i wiedza ekologiczna pozwala łatwo zamaskować nieprawidłowości. Obłuda sprawia, że firmy starają się o certyfikaty, np. ISO 14001, aby otrzymać dyplomy i usłyszeć hymny pochwalne od prasy, ale certyfikat jest tylko świadectwem wdrażania systemu zarządzania przedsiębiorstwem i nawet firma, która nie ma największych osiągnięć w dziedzinie niwelowania zagrożeń i nie stosuje najlepszych rozwiązań, może taki certyfikat dostać. Nie znaczy to wcale, że jest wyjątkowo ekologiczna, ma jedynie mądrze ustawioną politykę i program naprawczy. Sam certyfikat można wykorzystywać umiejętnie do propagandy i promocji swoich wyrobów. Nie wszyscy sobie zdają sprawę, co się za niektórymi dokumentami kryje. Najgorzej jest ze świadomością ekologiczną w grupie małych i średnich przedsiębiorstw. Tam tylko konflikty lokalne mogą wymusić postępowanie zgodne z zasadami ochrony środowiska, bo w tej chwili firmy te borykają się z olbrzymimi problemami ekonomicznymi, konkurencją, podatkami, zaś ochrona środowiska schodzi na dalszy plan. Nasze społeczeństwo jest mocno zróżnicowane, najszybciej edukują się społeczności lokalne, gdyż każdy konflikt je integruje i angażuje. Ludzie działający na tym polu wchłaniają wiedzę, poznają akty prawne i normatywne. Po rozwiązaniu konfliktu wiedza pozostaje i służy do rozwiązywania innych problemów.

Notował BT


Polska bardziej zielona

W ciągu minionych dziesięciu lat Polacy nie tylko zaczęli odczuwać konieczność walki o środowisko, ale też nauczyli się dostrzegać, co w tej dziedzinie się dzieje

Sortuj śmieci, zużywaj mniej wody i elektryczności, jeśli nie musisz, nie zatruwaj atmosfery chociażby dymem z rury wydechowej twojego samochodu. Nasi rodacy – jak wykazują badania ankietowe CBOS – nie wiedzą ciągle jeszcze wszystkiego na temat ochrony środowiska naturalnego, ale orientują się coraz lepiej, czego Polsce w tej dziedzinie potrzeba i czego najbardziej brakuje. W ciągu minionych dziesięciu lat Polacy nie tylko zaczęli odczuwać konieczność walki o bardziej czystą i bardziej zieloną Polskę, ale także nauczyli się dostrzegać, co w tej dziedzinie się dzieje. Dlatego jeśli w 1992 roku tylko 14% pytanych przez Centrum Badania Opinii Społecznej rodaków dostrzegało zmiany na lepsze w ochronie środowiska w ciągu minionych pięciu lat, to w roku 2000 odsetek ten wyniósł już 64%.
Z takiego postrzegania rzeczywistości wynika także mniejsze zaniepokojenie Polaków stanem środowiska w Polsce. Jeśli w 1993 roku duży niepokój z tego powodu wyrażało w badaniach CBOS 78% respondentów, w roku 2000 było ich tylko 51%.
Z badań wynika także, że znacznie większą świadomość ekologiczną mają osoby z wykształceniem wyższym i średnim niż ci, którzy ukończyli jedynie szkołę podstawową. Nie jest to żadna sensacja, bowiem w większości ankiet socjologicznych osoby takie wykazują większą wiedzę na temat najrozmaitszych dziedzin życia publicznego. Większe wątpliwości i dyskusje socjologów może budzić fakt zróżnicowania opinii na temat stanu zagrożenia ekologicznego w zależności od miejsca zamieszkania respondentów. Okazuje się, że jeśli aż 54% mieszkańców wielkich miast uważa, że teren, na którym żyją, wymaga ekologicznego ratowania, taki sam pogląd wyraża jedynie 9% mieszkańców wsi. Tylko w części można to wytłumaczyć lepszym stanem środowiska na obszarach wiejskich. Różnica na niekorzyść miast nie jest bynajmniej aż tak duża, jak wskazywałyby wyniki sondażu CBOS i tzw. vox populi. Wniosek, jaki nasuwa się z tego badania, brzmi: trzeba koniecznie zwiększyć liczbę zajęć z ochrony środowiska w szkołach wiejskich, a także rozbudować programy ekologiczne na poziomie polskich gmin.
I informacja zdecydowanie optymistyczna. Mimo wieloletniej, by nie powiedzieć – wielowiekowej tradycji oglądania się na innych Polacy coraz lepiej rozumieją, że skuteczniej chroniona ekologicznie Polska to efekt pracy każdego z nas. Czas patrzenia tylko do góry i wymagania wyłącznie od władzy, najlepiej centralnej, jest poza nami. W ankiecie CBOS respondenci jednoznacznie stwierdzają w odpowiedzi na pytanie, od czego zależy poprawa ochrony środowiska w naszym kraju, że przede wszystkim od postępowania każdego obywatela (37% ankietowanych). Budzi się także świadomość, że potrzebne są nowe, lepsze i bardziej skuteczne regulacje prawne (29% wskazań), a także większa skuteczność w walce z “trucicielami” środowiska (28% badanych). O rządzie w tym kontekście mówi już jedna piąta ankietowanych.
Ważne, że czystsze środowisko postrzegamy nie tylko jako realizację (nieco mitycznego) obowiązku dbałości o naturę, ale jako interes dla Polski i zysk dla Polaków. Według 79% ankietowanych przez CBOS, środki publiczne wydatkowane na ochronę środowiska podnoszą atrakcyjność turystyczną kraju, a więc przynoszą nam wszystkim konkretne złotówki. 56% widzi w takich wydatkach inwestycję w rozwój gospodarczy Polski i to być może jest najlepsza wiadomość, gdyż pokazuje, że już jedno rozumiemy – bez ekorozowju nie będzie wzrostu gospodarczego na dłuższą metę oraz nie tylko bardziej zielonej, ale i bogatszej Polski.

Opr. Maciej Basiewicz

Wykorzystano wyniki raportu CBOS “Ekologiczna świadomość Polaków” z listopada 2000 roku.


ZWIERZĘTA Z CZERWONEJ KSIĘGI

Jak biały kruk

Z zającami jest coraz gorzej, w ostatnich latach gwałtownie ubywa szaraków, a już przysłowiowym białym krukiem stał się bielak. Występuje w liczbie 200-250 osobników, a jego zasięg ogranicza się tylko do północno-wschodnich regionów kraju, zwłaszcza do Puszczy Augustowskiej i Białowieskiej.
Bielak to mieszkaniec przede wszystkim lasów mieszanych, z domieszką świerka i zarośli bagiennych. Żywi się trawami i roślinnością zielną oraz pędami takich drzew, jak wierzba, osika czy brzoza (niekiedy wyrządza szkody w plantacjach leśnych). W pobliżu osad ludzkich pojawia się zimą, żeby zaspokoić głód sianem ze stogów.
Bielak linieje dwa razy w roku. Linka wiosenna przebiega w marcu i kwietniu. Letnie ubarwienie tego zająca jest szaropopielate z domieszką rudego i w tym okresie jest podobny do swojego kuzyna – szaraka. Po lince jesiennej, która kończy się w listopadzie, bielak jest całkowicie biały, z wyjątkiem czarnych końców uszu.
Sezon rozrodczy bielaka trwa od lutego i marca do września. W tym okresie wyprowadza dwa, nawet trzy mioty. Po 50-dniowej ciąży samica rodzi od dwóch do ośmiu młodych. Przychodzą na świat z otwartymi oczami, owłosione i od razu ruchliwe. Matka karmi je mlekiem do trzech tygodni, ale już po dziesięciu dniach zaczynają samodzielnie żerować. Dojrzałość płciową osiągają po 8-9 miesiącach.
Mimo że bielak jest zwierzęciem płodnym, to jest bardzo rzadki nie tylko u nas. Rzecz w tym, że wiele młodych ginie (zwłaszcza z wiosennego miotu), jeśli pogoda jest zimna i dżdżysta. Bielaki zapadają też na liczne choroby, powodujące śmierć co czwartego osobnika. Są też ofiarami co najmniej kilku drapieżników, w tym lisa, kuny, jastrzębia, zdziczałego psa i kota. W niewoli żyją nawet 6 lat, natomiast statystyczny bielak na wolności przeżywa niespełna rok.
Bielak podlega gatunkowej ochronie. Wskazane byłoby również objęcie go monitoringiem w celu wczesnego dostrzegania ewentualnych zagrożeń dla tego białego kruka wśród zajęcy.
W.M.


Program Zielonej Olimpiady

Władze chińskie przeznaczą miliardy dolarów na ratowanie środowiska stolicy

Chiny są przemysłowym gigantem, jednak środowisko naturalne kraju zostało w znacznym stopniu zniszczone. Skutki są dramatyczne. Według ocen Banku Światowego, co roku na skutek wdychania zatrutego powietrza, spożywania zanieczyszczonej wody czy żywności nasyconej pestycydami umiera 1,5 mln mieszkańców ChRL – to 1/5 wszystkich zgonów! Szkody, jakie gospodarka Państwa Środka ponosi przez zanieczyszczenia powietrza, oceniane są na ponad 60 mld dol. rocznie – to mniej więcej tyle, ile wynosi przyrost chińskiej gospodarki.
Rzeka Jongding na zachód od Pekinu od dawna nie przynosi miejscowym rolnikom żadnych korzyści. Chłopi i tak muszą nawadniać pola wodą ze studni. Liczne fabryki i kopalnie odprowadzają swoje ścieki do dopływów Jongding. Ma to poważne konsekwencje dla chińskiej stolicy, bowiem rzeka zasila również jezioro Guanting, będące jednym z dwóch głównych zbiorników wodnych Pekinu. W końcu władze musiały wydać zakaz korzystania z wody jeziora.
Sto kilometrów dalej na północ grozi inne niebezpieczeństwo. Piasek niesiony przez wiatr ze stepów mongolskich i pustyni Gobi zasypuje wciąż nowe tereny rolne. W wietrzne dni rolnicy z wioski Lantougou muszą wchodzić na dachy swych domów i usuwać go z nich łopatami, aby ściany nie pękły pod ogromnym ciężarem. Co roku chińskie rolnictwo traci w ten sposób 2,5 tys. kilometrów kwadratowych ziemi. Kiedy na skutek nadmiernego wypasu wymarły trawy i zarośla, piaski pustyni ruszyły na południe. Rząd nakazał sadzenie drzew na wielką skalę, jak dotąd jednak bez rezultatu – małe drzewka okazały się dla piasku zbyt wątłą przeszkodą.
Wieżowce w chińskiej stolicy często znikają na całe dnie w oparach przemysłowego smogu. Sytuacja w ostatnich latach uległa pewnej poprawie, bowiem rząd nakazał przenieść najbardziej “trucicielskie” fabryki poza granice miasta. Wprowadzono również

zakaz spalania węgla

dla mieszkańców trzech centralnych stref metropolii. Komunikacja samochodowa w Pekinie jest jednak z roku na rok coraz bardziej intensywna. Niekiedy w powietrzu znajduje się tyle szkodliwych substancji, że mieszkańcy dosłownie płaczą na ulicach. “Pekin jest jednym z najbardziej niezdrowych miast planety”, mówi ekonomista Banku Światowego, Songsu Czoi. Sytuacja w innych częściach kraju okazuje się niewiele lepsza. Z dziesięciu najbardziej zanieczyszczonych metropolii świata osiem znajduje się w Chinach. Nadbrzeżne miasta i fabryki ChRL co roku odprowadzają do morza około 10 mld ton ścieków bez żadnego oczyszczenia. Kwaśne deszcze rocznie powodują straty oceniane na 13 mld dol. W Państwie Środka codziennie powstaje gigantyczna góra od 20 do 40 mln ton odpadów i śmieci, z czego tylko niespełna połowa jest likwidowana lub przechowywana w sposób ekologiczny. Toksyczne substancje z niezliczonych hałd śmieci przenikają do wód gruntowych. Północne obszary kraju cierpią na drastyczny brak wody. Żółta Rzeka (Huang He), symbol starożytnego i reprezentującego wysoką kulturę narodu chińskiego, niesie tak mało wody, że w 1997 roku przez 300 dni nie docierała do morza. Jedno z ramion słynnej rzeki Czu-ciang miejscami zmieniło się w strumyk rdzawej, cuchnącej cieczy.
Chiny zamieszkuje 1,26 mld ludzi, co roku przybywa kolejne 10 mln, zaś zasoby surowcowe się kurczą. Wielu decydentów uważa więc, że w tej sytuacji musi dymić jak najwięcej fabrycznych kominów. Nie wszyscy dostrzegają, że na dłuższą metę ochrona środowiska jest bardziej opłacalna. Chiny wydają obecnie na ekologię 1% produktu krajowego brutto, jednak ilość zakładanych filtrów czy budowanych oczyszczalni jest zbyt mała w stosunku do wzrostu gospodarczego. “Politycy cieszą się, kiedy widzą skalę wzrostu, ale sytuacja jest taka jak na “Titaniku” – orkiestra gra, my śpiewamy, a góra lodowa jest coraz bliżej”, mówi profesor Liand Congdżije z pozarządowej organizacji ekologicznej “Przyjaciele natury” w Pekinie.
Chiny mają surowe normy ochrony środowiska. Tylko w prowincjach istnieje 900 różnych przepisów. Nieudolna biurokracja, obojętności i niewiedza sprawiają jednak, że paragrafy nie są przestrzegane. Lokalne urzędy ochrony środowiska nie otrzymują dostatecznych funduszy z centrali i muszą

finansować się z mandatów

nakładanych na ekologicznych winowajców. Nic dziwnego, że urzędy te nie są zainteresowane radykalną naprawą sytuacji. Inne podobne instytucje z ekonomicznej konieczności wzięły się za działalność gospodarczą – prowadzą hotele czy bary karaoke, zapominając o swym prawdziwym celu. Państwo, do którego należy większość przedsiębiorstw, nie zamyka zresztą największych “trucicieli” z obawy przed bezrobociem i rozruchami społecznymi.
Ostatnio jednak władze chińskie z wielkim rozmachem wzięły się za ochronę środowiska. Pekin stara się o prawo zorganizowania olimpiady w 2008 roku i jest w oczach Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego faworytem. Wiadomo jednak, że MKOl nie wyśle światowych sportowców do Pekinu, jeśli chińska metropolia nie oczyści radykalnie powietrza i wód gruntowych i nie zapewni dobrze funkcjonującego transportu miejskiego. Bank Światowy zamierza ofiarować Chinom na ten cel kredyt w wysokości 349 mln dol., ale to tylko kropla w morzu potrzeb. Władze Pekinu opracowały program ekologicznego odnowienia miasta, który kosztować będzie 12,2 mld dol. Jego efektem stać się ma “Zielona Olimpiada”. Burmistrz chińskiej stolicy, Liu Jingmin, zapowiedział dumnie: “Świat zobaczy nowy, ekscytujący Pekin”. Wiadomo, że gigantyczna stalownia miejska, będąca największym “trucicielem”, zostanie zdemontowana i przeniesiona do prowincji Szandong. W mieście powstaną trzy rozległe “pierścienie zieleni”. Wszystkie 20 tys. autobusów miejskich Pekinu otrzyma do końca 2001 roku ekologiczny napęd na gaz. Silniki gazowe ma mieć również 70% pekińskich taksówek. Do miasta doprowadzone zostaną liczne rurociągi, tak że do 2007 roku zużycie ekologicznego gazu w chińskiej stolicy wzrośnie pięciokrotnie, natomiast liczba elektrociepłowni węglowych zostanie radykalnie ograniczona. Przyszłość pokaże, czy znajdą się pieniądze i czy te ambitne plany zostaną zrealizowane. Zdaniem komentatorów, byłoby lepiej, gdyby Pekin został gospodarzem igrzysk olimpijskich. Wtedy władze ChRL będą z pewnością ratować środowisko z większym zapałem. Problemy ekologiczne Państwa Środka są jednak ogromne. Potrzebna jest pomoc międzynarodowa i projekty zaplanowane na dziesięciolecia. Przemysł chiński stanowi przecież jeden z największych “pieców”, powodujących globalny wzrost temperatur i zmiany klimatu.

Krzysztof Kęciek


WYDAWNICTWA

Ekologiczne miasta

– W Niemczech podjęto ciekawą inicjatywę, by przeciwdziałać intensywnej przemysłowej eksploatacji natury. Jak podaje lutowy numer miesięcznika „EKOŚwiat”, obecnie „przestawia się” wytypowane miasteczka na modelową gospodarkę proekologiczną. Cała energetyka miejska ma być tam oparta na wykorzystaniu odnawialnych źródeł energii. Wspólny zakład energetyczny ma wykorzystywać jako paliwo drewno odpadowe oraz oleje roślinne, zapewniając ciepło i energię elektryczną mieszkańcom oraz lokalnemu przemysłowi. Te ekologiczne paliwa nie emitują do atmosfery zanieczyszczających ją spalin, a powstający dwutlenek węgla bilansuje się z pobieranym z otoczenia. Tym samym nie przybywa go w wyniku spalania biomasy. Warto zatem pomyśleć, aby i u nas powstały podobne ośrodki ekologiczne, popularyzujące wszystkie istniejące rozwiązania tego rodzaju z korzyścią dla środowiska i mieszkańców, aż stanie się to powszechnie obowiązującą normą.
– Do rąk czytelników trafia następny album z serii „Z Voyagerem po Polsce”, zatytułowany „Roztocze”. To niezwykle interesujący przewodnik po Roztoczańskim Parku Narodowym z dołączoną mapką turystyczno-przyrodniczą. Każdy z wybierających się na wycieczką na południe od Wyżyny Lubelskiej nie powinien ominąć tej zielonej krainy wzgórz i rozległych dolin z bogactwem roślin i zwierząt, które są także ilustracjami niniejszego przewodnika. Nazwa „Roztocze” wywodzi się prawdopodobnie z funkcji wododziałowej, która w miejscowym dialekcie była określana jako „roztok” lub „roztoka”. Wzdłuż Roztocza przebiega bowiem dział wodny pomiędzy dopływami Wieprza, Sanu i Bugu, a więc kraina „roztacza” jak gdyby wody tych rzek. Wiele tu ciągle do odkrycia i również dlatego warto odwiedzić Roztoczański Park Narodowy.
– W 11. numerze poradnika „Energia” dowiadujemy się, że Elektrownia Turów w 1999 r. nie zapłaciła kar z tytułu naruszenia wymagań ochrony środowiska. To niesłychanie przyjazna ekologicznie informacja – zwłaszcza że odnosi się do przedsiębiorstwa o bardzo złożonych i intensywnych relacjach z otoczeniem przyrodniczym. Realizacja techniczno-ekologicznej budowy Elektrowni Turów, rozpoczęta w 1993 r. z planowanym jej zaliczeniem w 2005 r. to najlepsze ekoświadectwo dla giganta przemysłowego, który bez pośredników potrafił tak wydać pieniądze, iż niegdyś Czarny Trójkąt (tak nazywano obszar Turowa) staje się dzisiaj zielonym Workiem Żytawskim.

ELŻ


Wkładka ”Ekologia i Przegląd” powstaje dzięki finansowemu wsparciu Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej

Wydanie: 11/2001

Kategorie: Ekologia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy