Ekologia i Przegląd

Śmiecie – złoty interes

Rozmowa z Aleksandrem Kozłowskim, prezesem Celowego Związku Gmin CZG-12 w Słubicach

Musimy się nauczyć, że odpady to element normalnej działalności rynkowej

– Proszę powiedzieć kilka słów o sobie. Jak to się stało, że stanął pan na czele Związku Gmin, którego celem jest ekologiczna gospodarka odpadami?
– Czuję się samorządowcem. Dla mnie zmiana ustroju oznaczała głównie możliwość aktywizacji małych środowisk lokalnych i realizację ich rzeczywistych ambicji. Potraktowałem to jako wyzwanie, co potwierdził fakt, że byłem radnym gminy w Słubicach, ale nawet nie pomyślałem przez moment, aby wejść do gremiów samorządowych powiatowych i wojewódzkich. Gminie chcę być wierny i dzięki wyborcom już trzecią kadencję sprawuję mandat radnego. Pracowałem w różnych komisjach rady, ale bliski jest mi temat ekorozwoju gminy. Przyczynkiem do tego stał się Celowy Związek Gmin, który wymyśliłem i pomysłem tym zaraziłem innych. W 1993 roku oddawaliśmy gminne składowisko śmieci w Słubicach i wtedy próbowaliśmy zainteresować współpracą sąsiednią gminę – Rzepin, licząc, że może coś wniesie do systemu. Jednak nie udało się, zbyt duża była dysproporcja między Słubicami i Rzepinem, a warunkiem owocnej współpracy powinna być jednak równomierność i porównywalność poziomu rozwoju. Z powodu podobnej dysproporcji nie wyszła nam też współpraca Słubice-Frankfurt przy budowie wspólnej oczyszczalni. Stojące dziś po obu stronach Odry, analogiczne obiekty są tego przykładem. Te doświadczenia nauczyły nas, że małej gminie trudno samej realizować tworzenie większego systemu, ważne jednak, aby wszyscy partnerzy startowali z jednego pułapu, by nie było równych i równiejszych, bo wszyscy później korzystają po równo.
– Z czego powstał Celowy Związek Gmin?
– Zaczęło się od składowiska, które Słubice posiadały, od nieuchronności budowania systemu gospodarowania odpadami. W 1996 roku perspektywa naszego przyjęcia do Unii Europejskiej była jeszcze daleka, ale w Słubicach, tuż przy granicy, wszystkie “unijne” trendy były dla nas bardzo istotne. Na Zachodzie uważano, że ekonomiczność systemu polega na przetwarzaniu wszystkiego, co się z masy odpadowej uda wyciągnąć i zwróceniu do obiegu, do gospodarki. Dowiedzieliśmy się też, że taki system może być ekonomicznie opłacalny przy zachowaniu pewnych warunków: jeśli obejmie się nim minimum 100 tys. ludzi, jeśli odpady będzie się wozić niedaleko, nie więcej niż do 60 km. Dlatego też zaplanowaliśmy Związek najpierw pięciu, potem siedmiu, dziewięciu, a w końcu 14 Gmin, aby teren Związku przypominał okrąg, a w centrum okręgu był zakład utylizacji odpadów. Celem Związku Gmin jest zrealizowanie na ich terenie wspólnego, kompleksowego programu gospodarki odpadami.
– Z czego składa się ów program?
– Program, który mamy zrealizować jako Związek, obejmuje cztery płaszczyzny. Dwie z nich są wyprzedzające, roboczo nazywają się: edukacyjna i pilotażowa. Płaszczyzna edukacyjna stworzona jest po to, by zarazić tym tematem i nauczyć społeczność rzetelnej wiedzy o odpadach, że nie trzeba się ich bać, choć nie jest to perfumeria, ale ważny element gospodarki i jedno z zadań własnych gminy. Śmiecie do dziś dnia trafiają do lasów, na niestrzeżone lub zagrożone wysypiska. Musimy się nauczyć, że śmiecie są naturalną i normalną działalnością rynkową, akceptowaną przez środowisko. Im szybciej to zrozumiemy, tym lepiej dla nas. Edukować należy w sposób przystępny dla dzieci już w przedszkolach, organizować festyny, konkursy itd. Ale nie wystarczy tylko dużo wiedzieć o gospodarce odpadami, trzeba też pokazać, jak to ma wyglądać. W początkowej fazie nie stać nas na nowe pojazdy i nowe pojemniki dla wszystkich, ani na bazy przeładunkowe, ale wiemy przynajmniej, jakiego koloru będą te pojemniki. Są przy wszystkich urzędach gmin, wyznaczyliśmy też wioski pilotażowe, w tych miejscach stoją albo kolorowe pojemniki, albo kolorowe worki. Niebieskie na papier, zielone na szkło, żółte na plastiki i odpady aluminiowe. Będą jeszcze brązowe na bioodpady. W tych miejscach, gdzie stoją pojemniki, będziemy trenować zbiórkę selektywną przez półtora roku, bo to działanie wyprzedzające, przygotowawcze. Potem nastąpi uruchomienie programu – w momencie otwarcia bram zakładu utylizacji, którego budowa trwa. Uruchomienie przewidziano na drugą połowę 2002 roku.
– Ile to będzie kosztowało?
– Inwestycja pochłonie spore środki – 25 mln zł. Sercem zakładu będzie linia sortownicza. Trzeba będzie tam posortować, doczyścić, sprasować, pakietować odpady itd. Innym działem będzie kompostownia dla bioodpadów, nie tylko ze ścinki drewna, ale także obornika, odpadów z działek i kuchni. Wszystkim gospodyniom domowym dostarczymy 25 tys. pojemników kuchennych, będą to wiaderka brązowe. Kolejny element to dział odpadów wielkogabarytowych z zestawem kruszącym, do którego każdy wykonawca remontu czy rozbiórki będzie mógł odstawić gruz budowlany, a tam po przepuszczeniu przez kruszarkę powstanie grys lub materiał do budowy drogi lokalnej. Będzie też aneks na odpady niebezpieczne, np. opony, baterie, akumulatory, świetlówki. Będziemy się nimi zajmować, pakować do pojemników i przekazywać do neutralizacji. Wreszcie element ostatni to nowoczesne składowisko. Zamierzamy też podjąć się rekultywacji starych składowisk, bo one potencjalnie zagrażają środowisku, a także i naszemu systemowi. Stare wysypisko może kusić przyzwyczajonych do niego. Gminy skupione w Związku walczą z cwaniactwem wszystkich, którzy wysypują odpady w lesie. Chcemy, by gospodarka była u nas zbudowana na zdrowych zasadach.
– Czy wierzy pan, że nowe pokolenie, które teraz uczy się w szkołach, będzie już umiało żyć w zgodzie ze środowiskiem?
– Dziś może to wygląda trochę jak walka z wiatrakami, kiedy nie ma jeszcze rynku surowców wtórnych, nie ma zakładów, nie ma pracy i nikt nie czuje jeszcze konieczności załatwienia tej sprawy. Wystarczy spojrzeć na dwie oczyszczalnie, stojące po dwóch stronach Odry, które zbudowano oddzielnie, bo my, dorośli, nie potrafiliśmy się dogadać. Co będzie za parę lat z gospodarką odpadami? Sądzę, że pierwsze efekty mogą nas podbudować i zachęcić, bo udaje się przezwyciężać dotychczasowe, złe nawyki. W niektórych miejscowościach, w których nie było dotąd nawet wywozu odpadów, teraz lokalne władze się przełamują i wywożą. Przełamujemy lody. To nie jest zadanie na rok, ani dwa, na pewno na lat 10. Ale nie ma się co straszyć, na Zachodzie też trwało to 15 lat. U nas też kiedyś będzie się zbierać stare klisze fotograficzne. Nie od razu Kraków zbudowano.
– Jest pan optymistą?
– Tak, bo przyszłość należy do takich zakładów i do takich Związków Gmin. Ludzie zrozumieją, że właściwej gospodarki odpadami nie da się zorganizować w pojedynkę. To, co powstaje przy granicy, za kilka lat będzie w całym kraju, choć my to robimy dziś za pieniądze europejskie, zaś następcy będą już musieli działać za własne pieniądze.

Rozmawiał
Bronisław Tumiłowicz


– Lwy kapskie, rezydujące w syberyjskim ogrodzie zoologicznym, uznane wcześniej za podgatunek lwów nie istniejący od połowy XIX w., zostały rozpoznane przez Johna Spencera, kierownika zoo w Południowej Afryce. Lwy kapskie są uznane za podgatunek, gdyż stanowią odrębną rasę geograficzną, charakterystyczną dla Przylądka Dobrej Nadziei. Według oficjalnych danych, ostatnie lwy kapskie, żyjące na wolności, zastrzelono w połowie XIX w. Okazało się jednak, że dwa takie lwy – Simon i Rita – żyją w zoo w Nowosybirsku. Zoolodzy podejrzewają, że wiele lat temu pozostawił je tam cyrk wędrowny. Lwy kapskie są nieco większe niż lwy należące do innych ras geograficznych. Mają ciemną grzywę, sięgającą do połowy grzbietu oraz czarną obwódkę dokoła pyska i ciemne końcówki uszu. To nie pierwszy przypadek odnalezienia wśród zwierząt zamieszkujących ogrody zoologiczne gatunków uznanych za wymarłe. W prywatnym zoo byłego cesarza Etiopii, Haile Selassje, znaleziono lwy berberyjskie, należące również do podgatunku oficjalnie już nie istniejącego.

– Wędrówki suchą stopą nad bagnem przez zróżnicowane fragmenty lasu w Puszczy Białowieskiej będą możliwe dzięki otwartej po generalnym remoncie kładce, zwanej „Żebrami żubra”. Kilkusetmetrowa kładka wiedzie od drogi Białowieża-Pogorzelce do Rezerwatu Pokazowego Żubrów. „Żebra żubra” są fragmentem najstarszej w Polsce ścieżki edukacyjnej w Lasach Państwowych. Funkcjonująca od ponad 20 lat nazwa „Żebra żubra” powstała ze skojarzenia poprzecznych, dębowych bali na kładce z żebrami króla puszczy, którego – przy odrobinie szczęścia – można zaobserwować w lesie, wędrując kładką i dalej żółtym puszczańskim szlakiem. Z kładki i dalej na trasie można podziwiać różne oblicza Puszczy Białowieskiej m.in. las olchowy, rosnące na torfie świerki, najbardziej charakterystyczny dla puszczy grąd. Można też zobaczyć przykłady gospodarki leśnej w puszczy w okresie międzywojennym.
Co roku Białowieski Park Narodowy odwiedza około 100 tys. turystów. Lasy Państwowe chcą stworzyć w puszczy pierwszą w kraju napowietrzną ścieżkę między drzewami.

– Huta Katowice SA złożyła w Inspektoracie Ochrony Środowiska wniosek o warunkowe wykreślenie jej z listy największych trucicieli. W ciągu 10 lat wiele zakładów zmniejszyło produkcję lub wprowadziło modernizacje proekologiczne. Obecnie na liście zakładów szkodliwych dla środowiska są 63 firmy. O warunkowe skreślenie z listy trucicieli może się ubiegać zakład, który nie ma jeszcze do końca uregulowanych spraw ekologicznych, ale realizuje proekologiczny program, który ma pomóc w spełnianiu norm. Huta Katowice ma możliwość warunkowego opuszczenia listy przez wdrożenie sześcioletniego programu dostosowawczego. W stosunku do Huty Katowice zarzuty dotyczyły m.in. nadmiernego poboru wód gruntowych, zwiększonej emisji pyłów i gazów na tzw. spiekalni.

– Pierwsze pojedyncze sztuki tzw. śledzi rzecznych, nazywanych też paproszami, niespotykanych w polskich wodach od ponad 50 lat, złowili bałtyccy rybacy. Śledzie rzeczne są większe od morskich, ważą nawet ponad kilogram. Charakteryzują się tym, że przebywając w Bałtyku wpływają na tarło m.in. przez Zalew Szczeciński do pobliskich rzek, gdzie składają ikrę. Ryb tych nie łowiono w Bałtyku od ponad 50 lat. Przed II wojną światową było ich w wodach tego akwenu sporo. Wyginięcie śledzi rzecznych spowodowane zostało silnymi zanieczyszczeniami wód – wymagają bowiem wyjątkowo czystej wody. Według opinii naukowców ze szczecińskiej WSM, odradzanie się stada tych ryb to rezultat stałej poprawy czystości wód wpływających do Bałtyku oraz jego stanu.
W Zakładzie Rybołówstwa Morskiego w szczecińskim WSM znalazł się też samogłów – ryba charakterystyczna dla strefy międzyzwrotnikowej Oceanu Atlantyckiego. Złowili ją rybacy z Ustki poławiający łososie w okolicach Łeby. Przypuszcza się, że ryba ta dostała się najpierw do Morza Północnego, a później przez cieśniny duńskie do Bałtyku. Samogłów złowiony w Bałtyku ważył ok. 15 kg. Dorosłe egzemplarze tych ryb osiągają wagę do 2 ton. Żywią się larwami węgorzy. Prowadzone w szczecińskiej WSM badania mają m.in. na celu ustalenie, co było pokarmem samogłowa wyłowionego z Bałtyku. Przypuszcza się, że były to szproty.
Warto dodać, że w Zalewie Szczecińskim zadomowiły się ostatnio kraby, charakterystyczne dla wód chińskich. Prawdopodobnie przypłynęły przyczepione do kadłubów jednostek morskich.

– Nowoczesną oczyszczalnię ścieków otwarto w Głogowie. Inwestycja budowana przez Szwedów kosztowała blisko 54 mln zł, z czego gmina wyasygnowała 18 mln zł. Obiekt spełnia normy ochrony środowiska i wymogi Unii Europejskiej. Budowa trwała trzy lata. Gmina zdobyła pożyczkę w wysokości 25 mln zł z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej oraz 6 mln zł – w połowie dotację, w połowie pożyczkę z Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska. „Oprócz tych niskooprocentowanych kredytów i dotacji 5 mln pochodzi z kredytu komercyjnego, a pozostałe pieniądze na inwestycję to środki własne, pochodzące z budżetu gminy”, poinformował Piotr Poznański z Urzędu Miasta w Głogowie. Stara, dotychczas pracująca instalacja nie spełniała warunków wymuszonych przepisami ochrony środowiska. Za zanieczyszczanie środowiska miastu groziły wysokie kary. Teraz zrzucanie wody z oczyszczalni do Odry nie będzie zagrażać czystości rzeki. Przepustowość nowej instalacji, która będzie oczyszczać ścieki pochodzące z Głogowa i kilkunastu okolicznych miejscowości, wyniesie do 21 tysięcy metrów sześciennych na dobę.
Oczyszczanie rozpoczyna się od mechanicznej segregacji. Na specjalnych kratach zatrzymywane są większe przedmioty takie jak butelki, czy gałęzie. Następnie ścieki przepływają przez tzw. piaskownik, gdzie odbywa się oczyszczanie z tłuszczu i piasku. Kolejnym etapem jest zatrzymanie tzw. osadów, czyli chemicznie ciężkich elementów. Potem następuje oczyszczanie biologiczne, polegające na wytrącaniu z wody azotanów i fosforanów. Tutaj następuje najbardziej efektywne oczyszczanie. Ścieki przepływają następnie przez osadniki wtórne i jest to ostatni etap, który ma pomóc w wyłapaniu tych zanieczyszczeń, które umknęły reaktorom biologicznym.

* 35% nie oczyszczonych ścieków, rosnące zagrożenie hałasem i brak rzek w pierwszej klasie czystości – to wszystko sprawia, że województwo mazowieckie jest ciągle jednym z najbardziej zagrożonych ekologicznie regionów w Polsce. Wnioski te pochodzą z raportu o stanie środowiska na Mazowszu, który przedstawiono w piątek dziennikarzom w Ministerstwie Środowiska. Mimo że sytuacja ekologiczna Mazowsza poprawia się z roku na rok, pozostało jeszcze wiele do zrobienia – informuje raport. Wciąż niezadowalający jest stan czystości Wisły i jej dopływów. Tylko 2% cieków na Mazowszu zaliczanych jest do II klasy czystości, większość rzek ma charakter pozaklasowy. Natomiast poziom zanieczyszczeń powietrza na Mazowszu określa się jako średni lub niski. Warszawiakom najbardziej przeszkadza hałas. Na 100 mieszkańców przypada 50 samochodów. Bardzo źle jest również z oczyszczaniem ścieków. Sytuacja ekologiczna Mazowsza stopniowo się poprawia.

* Trzy firmy nagrodził w tym roku minister środowiska tytułem Lidera Polskiej Ekologii. Siedem innych przedsięwzięć otrzymało wyróżnienia w konkursie o ten tytuł. Liderem Polskiej Ekologii zostało Przedsiębiorstwo Usług Chłodniczych „CiZ” z Bełku za utylizację i recykling urządzeń chłodniczych i sprzętu AGD. Elektrownia „Opole” została nagrodzona za system ochrony środowiska w procesie wytwarzania energii elektrycznej i ciepła. Trzecim nagrodzonym jest mielecka spółka MELNOX za proekologiczną technologię produkcji paneli podłogowych, zapewniającą racjonalne wykorzystanie zasobów.
Na ogólnopolski konkurs o tytuł Lidera Polskiej Ekologii wpłynęło 46 zgłoszeń. Tylko 35 spełniało kryteria konkursu. Obok uhonorowanych tytułem wyróżniono siedem firm. Spółka BIOVAC-BIOVAC z Kielc otrzymała wyróżnienie za biologiczno-mechaniczne oczyszczalnie ścieków, radomska spółka RAdkOM za kompleksową gospodarkę odpadami w Radomiu, spółka „Astwa” z Białegostoku została wyróżniona za prośrodowiskową gospodarkę odpadami, a nadleśnictwo Manowo za zbiorniki retencyjne „Mokre”. Elektrownię „Rybnik” wyróżniono za rozwiązanie pozwalające na odsiarczanie spalin, a hutę Ostrowiec w Ostrowcu Świętokrzyskim za proekologiczną modernizację linii produkcji stali. W konkursie wyróżniono też technologię wytwarzania cementu i spoiw z dużą zawartością popiołów, opracowaną przez Instytut Mineralnych Materiałów Budowlanych w Opolu i wdrożoną przez spółkę EKOBET-Siekierki z Warszawy.


W harmonii z przyrodą

Zwierzęta w stadach ekologicznychmogą pochodzić tylko z gospodarstw ekologicznych

Idea rolnictwa ekologicznego pojawiła się przed ponad 60 laty, z tym że wówczas mówiło się o “rolniczej produkcji w harmonii z przyrodą”. Wśród pionierów takiej produkcji byli również Polacy. Pierwsze polskie gospodarstwo ekologiczne powstało w majątku Szelejewo pod Gostyninem, w dobrach hrabiego Stanisława Karłowskiego. W latach 50. w ślady hrabiego poszedł małorolny chłop, Julian Osetek z Nakła, który swoje trzyhektarowe gospodarstwo prowadził “w harmonii z przyrodą”.
Idea ta przetrwała lata nadmiernej chemizacji produkcji rolnej i w 1989 r. rolnicy założyli “Ekoland” – stowarzyszenie zrzeszające producentów żywności ekologicznej. Obecnie uprawy i hodowla ekologiczna są prowadzone w około 600 gospodarstwach. W porównaniu z państwami Unii Europejskiej ilościowo jest to niewiele, natomiast jesteśmy lepsi pod względem jakości. Tak np. holenderskie produkty ekologiczne są raczej pseudoekologiczne, natomiast polskie są rzeczywiście zdrowe, czyste i nieskażone, a dowodem ich wysokiej jakości jest chociażby zainteresowanie naszymi stoiskami na niedawnych targach “Zielony Tydzień” w Berlinie.
Jakości będzie sprzyjać nowo uchwalona ustawa o rolnictwie ekologicznym. W jej rozumieniu, takie rolnictwo to gospodarowanie

zgodnie z zasadą zrównoważonego rozwoju,

z zastosowaniem naturalnych środków oraz przyrodniczych metod rozwoju produkcji rolnej. Rolnictwo ekologiczne ma zapewnić nie tylko trwałą żyzność gleby, zdrowotność roślin i zwierząt, ale też w końcowym efekcie zdrową żywność. Będzie ona wyróżniana etykietą z napisem “Produkt rolnictwa ekologicznego”, wymieniony będzie producent, numer certyfikatu i jednostka, która go wydała. Uzyskanie certyfikatu będzie możliwe tylko po spełnieniu określonych wymogów w produkcji rolniczej, jak też w przetwórstwie i obrocie produktami ekologicznymi.
Normy są wygórowane. Gospodarstwo rolne nie może znajdować się w rejonie zanieczyszczonego powietrza. Jeśli np. w pobliżu przebiegać będzie szosa, pole należy izolować od spalin żywopłotem lub drzewami. Rolnik może przeznaczyć pod produkcję ekologiczną tylko część gospodarstwa, ale pod warunkiem że odzieli ją od reszty w taki sposób, aby dla produkcji ekologicznej były osobne obiekty i magazyny.

Żadnej chemii!

W produkcji rolnej obowiązuje płodozmian, tylko nawozy naturalne i tylko naturalne środki ochrony roślin. Wśród wymagań dotyczących ziarna siewnego mówi się m.in. o jego odporności na choroby.
Surowe wymogi dotyczą hodowli. Zwierzęta utrzymywane w stadach ekologicznych mogą pochodzić tylko z gospodarstw ekologicznych. Pewne odstępstwo jest możliwe wówczas, gdy chodzi o powiększenie stada; w takim przypadku 10% klaczy i krów, 20% owiec, kóz i loch może pochodzić z innych gospodarstw.
Jednak stada nie mogą być powiększane bez ograniczeń, bo nadmierna ilość zwierząt wpływa ujemnie na środowisko. Rzecz m.in. w tym, że żywienie zwierząt roślinożernych powinno opierać się na takim wykorzystaniu pastwisk, aby co najmniej 60% suchej masy dziennej porcji pokarmowej stanowiła żywność z wypasu, pasz świeżych lub kiszonek. W żywieniu drobiu ziarno zbóż ma stanowić co najmniej 65% pokarmu.
Jeśli rolnik nie będzie mógł zapewnić zwierzętom pokarmu z własnego gospodarstwa ekologicznego, to może uzyskać zgodę jednostki certyfikacyjnej na sprowadzanie pasz z zewnątrz, jednak w ilości nie większej niż 10-20%.
Zwierzęta po urodzeniu powinny być karmione mlekiem matki: cielęta co najmniej przez trzy miesiące, owce i kozy przez 45 dni, trzoda – 40 dni.
W gospodarstwie ekologicznym profilaktycznie i leczniczo można podawać leki ziołowe i homeopatyczne, a także kwas mrówkowy, mlekowy i eukaliptusowy. Tak więc w zasadzie

dla krasuli tylko ziółka,

natomiast leki weterynaryjne dopuszczalne są wówczas, gdy trzeba ratować zdrowie zwierzęcia lub ulżyć jego cierpieniom. Co więcej, leczone nimi zwierzę musi być oznakowane, a w przypadku uboju karencja dla jego mięsa będzie dwukrotnie dłuższa niż określona przez producenta leków weterynaryjnych.
Pasieki ekologiczne mogą być usytuowane tylko na terenie ekologicznym o promieniu co najmniej trzech kilometrów, a więc w ich pobliżu nie mogą znajdować się uprawy zasilane nawozami chemicznymi i spryskiwane chemicznymi środkami ochrony. I to przynajmniej od trzech lat.
Samą pasiekę można tworzyć tylko z rojów, które przynajmniej przez rok były utrzymywane w warunkach ekologicznych. Nieznaczne odstępstwa od tego wymogu mogą wystąpić tylko wówczas, gdy zachodzi potrzeba odbudowy lub rozbudowy pasieki. Dokarmianie pszczół dopuszczalne jest wtedy, gdy zagrożone jest ich przetrwanie, ale można to czynić jedynie miodem ekologicznym, melasą i cukrem z produkcji ekologicznej.
W produkcji zwierzęcej i roślinnej

nie można używać hormonów

i dodatków syntetycznych, nie można stosować rafinacji chemicznej, konserwowania surowców i przetworów promieniami mikrofalowymi, a także nie należy korzystać z produktów modyfikowanych genetycznie. Rolnik będzie zobowiązany do prowadzenia ewidencji środków, których używał w produkcji (a także środków leczenia zwierząt) wraz z podaniem źródła ich pochodzenia.
Oczywiście, to nie wszystkie rygory, jakie ustawa nakłada na producentów żywności ekologicznej. Ich przestrzeganie będzie kontrolowane przez upoważnione jednostki certyfikujące.
Wymagania ustawy są wygórowane. Można spotkać się z opinią, że gdyby jej rygory wprowadzić np. w Holandii, w której 9% gospodarstw stanowią uprawy i hodowle ekologiczne, to wszystkim należałoby odebrać certyfikaty. Czy wobec tego nasi rolnicy będą mieli szansę skutecznej rywalizacji z producentami żywności ekologicznej w państwach Unii Europejskiej? Pod względem ilościowym z pewnością nie i to bardzo długo. W większości państw UE do 2005 r. zamierza się objąć produkcją ekologiczną 10% użytków rolnych, a docelowo nawet
20-30%. Natomiast nasi rolnicy mają szansę

wygrać rywalizację o jakość

żywności ekologicznej. Nie tylko dlatego, że będzie ją wymuszać ustawa. Siłą polskich gospodarstw ekologicznych mogą okazać się takie słabości naszego rolnictwa, jak nadmiar siły roboczej na wsi i rozdrobnienie gospodarstw. Liczy się i to, że na polskiej wsi jeszcze niezupełnie zerwano z tradycyjną uprawą roli. Naszemu rolnictwu ekologicznemu będzie sprzyjać stosunkowo małe zanieczyszczenie środowiska naturalnego w regionach rolniczych.
Barierą mogą być ceny żywności ekologicznej, zazwyczaj większe o jedną trzecią. Dlatego niezbędna będzie pomoc finansowa dla tych, którzy zaryzykują produkcję zdrowej żywności. Dotacje te zwrócą się również dlatego, że “rolnicza produkcja w harmonii z przyrodą” to również żyźniejsze gleby, lepsza gospodarka wodna, mniej zużytej energii.

Władysław Misiołek

Człowiek prehistoryczny żywił się ponad 1500 gatunkami roślin. W miarę rozwoju rolnictwa ich ilość malała. Na przełomie XIX i XX wieku tradycyjne rolnictwo znało około 500 roślin, natomiast nowoczesna agrotechnika ograniczyła się do uprawy 30 gatunków. Rolnictwo ekologiczne to szansa na wzbogacenie naszej żywności o rośliny już zapomniane.


Jakie środki transportu są najlepsze dla środowiska?

Marek Szewczyk,
z-ca redaktora naczelnego miesięcznika “Koń polski”

Konie dostarczają człowiekowi rozrywki i przyjemności, kiedy uciekamy od miast, od samochodów, by pojeździć sobie po lesie. Jednak od koni jako środka transportu odwróciliśmy się nieodwołalnie. Oczywiście, koń powraca w wyjątkowych wypadkach i sytuacjach, np. w parkach, rezerwatach na drodze do Morskiego Oka. Także policjantom łatwiej patrolować gęste zarośla w parkach na koniach niż na motocyklu czy w samochodzie. Generalnie jednak są to marginalne sprawy. W gęstym ruchu ulicznym łatwiej się prześlizgnąć kurierowi na rowerze, ale to wymuszają korki uliczne, a nie względy ekologiczne. Człowiek na koniu to coś pierwotnego i w mieście trudno go sobie dzisiaj wyobrazić.

Admirał Stanisław Lisak,
wiceprezes Ligi Morskiej i Rzecznej

Stanowisko Ligi, a także moje osobiste, skłania się ku temu, aby odciążyć polskie drogi od ołowiu, spalin, hałasu i rozbijania, i część przewozów dokonywać drogą wodną. Należałoby powrócić do naszej sieci rzek i kanałów, która była kiedyś bardzo dobrze rozwinięta. Transport wodny sprawdza się na Zachodzie. Używanie dróg wodnych np. w Belgii jest czymś oczywistym, jest zdrowsze i bezpieczniejsze. Na rzekach nie zdarzają się katastrofy zagrażające ludziom i środowisku, także używanie paliwa i ropy niesie mniej zanieczyszczeń niż benzyna. Jesteśmy za tym, by propagować przewożenie towarów drogą wodną, ale również część transportu drogowego przekazać kolei. Wydawałoby się, że transport wodny możliwy jest tylko z biegiem rzek, tzn. odbywa się w kierunku południkowym, czego domaga się lobby Odry i Wisły. Należałoby uruchomić jednak również ruch równoleżnikowy. Umożliwiłoby to otwarcie drogi na Białoruś, do Rosji, na Ukrainę itd. Gdyby na Kanale Augustowskim udrożnić ostatnią śluzę na granicy, droga na Litwę byłaby otwarta. Niedawno odbyliśmy podróż pod banderą Ligi z Gdańska do Wilna. Po niemal 100 latach zastoju na wodach śródlądowych przepłynęliśmy systemem kanałów przez Niemen i w górę. Litwini, podobnie jak my, zaniedbali mniejsze rzeki, ale i tak otrzymaliśmy dowód na to, że można całą Europę pokonać drogami wodnymi. Rok temu armada stateczków przepłynęła z Poczdamu i Berlina do Gdańska. Idea warta jest podjęcia i rozwoju. Odbudowa żeglugi śródlądowej może zmniejszyć bezrobocie na niektórych obszarach, chociaż np. stocznie rzeczne wycięliśmy w pień, a teraz przyjdzie nam korzystać z usług zagranicznych. Dobrze, że mamy sieć szkolnictwa śródlądowego, które szkoli doskonałe kadry dla takiej żeglugi. Warto dodać, że dzięki inicjatywie Ligi Morskiej i Rzecznej powstał Związek Miast i Gmin Nadnoteckich.

Doc. Zbigniew Karaczun,
Polski Klub Ekologiczny

Trzeba rozróżnić środki transportu miejskie i pozamiejskie. W mieście przyjazny dla środowiska jest rower, bo przeciętny mieszkaniec musi przebyć średnio 4-6 km dziennie. Na dalsze odległości najlepsze jest metro, jako środek najmniej kolizyjny, najszybszy i czysty, ewentualnie tramwaj. W miastach można by rozwijać system transportu “park and drive”. Mieszkaniec dojeżdża metrem albo samochodem do granicy strefy silnej zabudowy, pojazd zostawia na parkingu, a dalej porusza się na rowerze lub miejskim transportem. Poza miastami zdecydowanie najlepszym środkiem jest kolej i to nawet w skali kontynentu. Jej szybkość porównywalna jest, przy odległościach do jednego tysiąca kilometrów, nawet z samolotami, biorąc pod uwagę czas odprawy i dojazdu na lotnisko oraz czas oczekiwania. Kolej emituje najmniej zanieczyszczeń w przeliczeniu na jednego pasażera, zaś infrastruktura kolejowa zajmuje stosunkowo najmniej powierzchni w porównaniu z transportem samochodowym. Najmniejsza też jest jednostkowa emisja zanieczyszczeń. Trzeba tu jeszcze dodać, że samoloty ponaddźwiękowe niszczą warstwę ozonową. O transporcie konnym można powiedzieć tylko tyle, że jest to atrakcja turystyczna i rekreacyjna, ale nie można o tym mówić jako o środku transportu towarów. Wodny transport można przewidzieć np. do przewozu węgla, ale wewnątrz kraju są małe możliwości jego wykorzystywania. Chyba że mieszka się w Holandii pociętej kanałami.

Cezary Druś,
rzecznik prasowy Ministerstwa Transportu i Gospodarki Morskiej

Odpowiedź jest banalna – kolej. Staramy się równolegle rozwijać transport drogowy i kolejowy. Jest jednak tyle uwarunkowań związanych z wejściem Polski do Unii Europejskiej, np. w dziedzinie przystosowania dróg do obowiązujących standardów, że nie starcza już na dawanie priorytetu ekologii. Stąd nasze staranie o rozwój tzw. transportu kombinowanego, aby wielkie tiry przebywały część drogi koleją, jednak ta koncepcja daleko nie zaszła, a liczba samochodów przewożonych na szynach jest wciąż za mała. Zresztą, do sukcesu w tej dziedzinie trzeba zainteresowania, chęci i współdziałania obu stron, kolejarzy i transportowców, a tego nie zawsze wystarcza, bo wiele czynników o tym decyduje.

Małgorzata Szyller,
sekretarz Warszawskiego Towarzystwa Cyklistów

Na pewno rower jest jednym z najlepszych ekologicznych środków transportu, choć niektórzy boją się jeździć po mieście rowerem. Ten środek nie potrzebuje napędu sztucznego ani paliwa, nie wywołuje spalin i oparów, jest zdrowy, bo poruszamy się nim za pomocą własnych mięśni. Należy do najlepszych środków transportu, a na pewno najbardziej ekologicznych. Jazda metrem do centrum, a potem rowerem to jest jakiś pomysł, ale nie przypuszczam, by udało się go szybko zrealizować, nie mieliśmy z tym dotąd do czynienia. Dla nas możliwym rozwiązaniem proekologicznym są starania o budowę ścieżek rowerowych. W centrum jest ich najmniej, ale sąsiednie dzielnice widzą taką potrzebę i coś się w tej dziedzinie ruszyło.

Zbigniew Stosio,
sekretarz generalny Polskiego Związku Żeglarskiego

Ja uważam, iż transport wodny jest w 100% zaniedbanym środkiem. Komunikacja wodna mogłaby znaleźć zastosowanie w szerokim zakresie zwłaszcza na śródlądziu. Niestety, szlaki nie są modernizowane, udrażniane, ani spopularyzowane. Przy użyciu niewielkiej ilości środków można by przywrócić do życia niektóre połączenia, szczególnie na Mazurach. Nie są jednak otwierane nowe szlaki i to jest nasza bolączka. Np. niewielkim nakładem środków można by przedłużyć szlak wodny w kierunku Niegocina, ale tego się nie robi. Są i inne pomysły, gotowe koncepcje, niedrogie, przygotowane przez ODGW i żeglarzy, i nie chodzi tutaj tylko o szlaki turystyczne, ale także szlaki dla transportu gospodarczego.

Notował BT


Urok krótkiego dzioba

Kiedyś było ich dużo we wsiach świętokrzyskich. Teraz brodawczaki wracają

Starsi hodowcy opowiadają, że przodek brodawczaka świętokrzyskiego przybył aż spod Lwowa. Przywiózł go botanik hrabiny Wielopolskiej, który pilnie strzegł swojej zdobyczy. Znaleźli się jednak tacy, którym udało się przechwycić gołębia i zacząć jego hodowlę.
Przed wojną w Ostrowcu Świętokrzyskim hodowcy posiadali już dużo gołębi, z których wywodzi się brodawczak. Różniły się jednak wyglądem od dzisiejszych, były mniejsze i bardziej kolorowe. Wojna doprowadziła do znacznego spadku pogłowia gołębi. Ich miłośnicy postanowili jednak odbudować rasę. Krzyżowali ją z brodawczakiem polskim barwy płowej i czerwonej oraz regionalnym gołębiem krótkodziobym, popularnie zwanym buldogiem. Z tych krzyżówek powstał gołąb zwany czerwony krótki.

Uzyskać
żółtą barwę

Podczas wystaw sędziowie zaliczali te ptaki do brodawczaków polskich i dlatego nie uzyskiwały one dobrych ocen. Dopiero w 1988 r. podczas wojewódzkiej wystawy gołębi rasowych w Ostrowcu Świętokrzyskim postanowiono ustalić wzorzec dla ptaka. Wtedy też nadano mu oficjalną nazwę – brodawczak świętokrzyski i tym samym znalazł się on w katalogu polskich ras gołębi.
Przy odtworzeniu rasy sporo czasu poświęcił Waldemar Jakubowski i Stanisław Różalski. – Jeżdżąc na wystawy do krajów ościennych, upewniłem się, że taki gołąb nigdzie nie występuje – zapewnia Stanisław Sejmicki, który opracował wzorzec dla brodawczaka świętokrzyskiego. – Postanowiłem uznać go za wytworzonego i udoskonalonego w Polsce, a konkretnie w Ostrowcu Świętokrzyskim.
To gołąb średniej wielkości, o dość dużej głowie, która u góry jest lekko spłaszczona, a z tyłu łączy się łukowato z szyją. Szerokie, niskie czoło, ukośnie opada w dół. Tęczówka dużego oka przybiera kolor od żółtopomarańczowej do ciemnoczerwonej. Oko otacza mięsista, dobrze rozwinięta brodawkowo brew.
Szarocieliste brodawki znajdują się wokół dzioba, który jest mocny, tępy i bardzo szeroki u podstawy. Ptaki te są czerwonokasztanowe, mają jasny ogon i lotki pierwszego rzędu. Hodowcy starają się, by uzyskać brodawczaka świętokrzyskiego o barwie żółtej.

Ceniony
na wystawach

W mieście jest wielu miłośników tej rasy gołębia. Przyznają, że to rasa trudna w hodowli, wymaga czystości, dobrej karmy, składającej się z dziesięciu składników, między innymi pszenicy, kukurydzy, siemienia, rzepaku. Potrzebują też dużej opieki, bowiem przez wiele lat rasa nabyła cech cenionych na wystawach, ale odbyło się to kosztem samodzielności gołębia.
Ze względu na swój krótki dziób samice nie mogą karmić swoich małych, młódki podkłada się więc pod mamki. To gołębie domowe nie biorące udziału w lotach.
Ptaki wymagają stałej opieki weterynaryjnej, zagrażają im bowiem choroby, najgroźniejsza to zapalenie opon mózgowych. – To piękna rasa – przyznają hodowcy. – Mamy nadzieję, że będzie rozpowszechniana nie tylko na naszym terenie, ale w całej Polsce i poza granicami.

Andrzej Arczewski

Dopiero w 1988 r., podczas wojewódzkiej wystawy gołębi rasowych w Ostrowcu Świętokrzyskim, brodawczakowi świętokrzyskiemu nadano właśnie taką oficjalną nazwę –  i tym samym znalazł się on w katalogu polskich ras gołębi.


PRZYRODNICZE SKARBY UNESCO

Kraina Peruna
Bułgarski Pirin jest opiewany w ludowych pieśniach, baśniach i mitach. Na jego szczytach mieszkał Perun – słowiański bóg piorunów i wojny, stąd ciskał gromy w zielone doliny. Tutaj też mieszkał mityczny wąż Peruna, którego paszcza zionęła ogniem.
Góra Wichren, na której znajdowała się siedziba groźnego boga, jest jednym z 60 wierzchołków Pirinu. Górski łańcuch tworzą szczyty zbudowane głównie z granitu i łupków. W środkowej i wschodniej części masywu znajdują się potężne warstwy wapienia, wyrzeźbione przez naturę jeszcze w epoce lodowcowej. Pod skalnymi urwiskami i w głębokich rozpadlinach lód i śnieg utrzymują się przez okrągły rok, natomiast większe szczyty są okryte śnieżnymi czapami przez 5-8 miesięcy w roku.
Między wierzchołkami rozrzuconych jest 170 stawów nazywanych “błękitnymi oczami gór” ze względu na ich urodę i czystą wodę. Większość stawów połączona jest potokami i grzmiącymi siklawami. W wielu miejscach woda deszczowa, sącząc się przez wapienne skały, wyżłobiła liczne wgłębienia i podziemne korytarze. Spośród tutejszych grot najsłynniejsze są jaskinie leżące w rejonach Bunderica i Kazana.
Pirin to nie tylko dzikie i rzadkiej urody, skalne szczyty, nie tylko bystre potoki, siklawy i stawy. Większość tego odludnego masywu porastają lasy iglaste. Z jodłami sąsiadują cisy, świerki, sosny. Zachował się też jeden z najwspanialszych pomników przyrody – sosna Bajkuszewa. Potężne drzewo ma pień o obwodzie 5,7 m, liczy sobie 1300 lat i pamięta czasy Peruna. Ponad granicą iglastych lasów rozciąga się zielony kożuch kosodrzewiny, niskich jałowców i roślin strefy subalpejskiej. Jeszcze wyżej są już tylko jałowe skały i pola piargów.
Szczególnie bogata jest flora łąk pokrywających wapienną glebę. Żyją na nich również gatunki zagrożone wymarciem, jak przebiśniegi, orliki, mącznice, szarotki i zawilce. Są też rośliny występujące tylko w tym regionie.
Miejscowa fauna to kozice, niedźwiedzie brunatne i mające złą opinię wilki. Są także kuny, tchórze, żbiki i borsuki, a nad brzegami potoków łatwo spotkać wydrę.
Na terenie Parku Narodowego Pirin znajduje się Park Bajewy Dubki, zaliczony w 1976 r. do rezerwatów biosfery. Tylko on jest zamknięty dla turystów i niedostępny dla działalności gospodarczej. W pozostałej części Pirina ożywioną działalność prowadzą zakłady przemysłu drzewnego, a w latach 80. przystąpiono do budowy dróg i ośrodków sportów zimowych, w tym wyciągów i tras narciarskich.
Zamiary władz spotkały się z bezprzykładną akcją protestacyjną obrońców środowiska naturalnego. Ekologów poparły środki przekazu, nawet rządowe, co w ówczesnej Bułgarii było wydarzeniem bezprecedensowym. Skutek był taki, że z placów budowy dosłownie z dnia na dzień wycofano ekipy budowlane. Ważkim argumentem ekologów był fakt, że w 1983 r. Park Narodowy Pirin został zaliczony przez UNESCO do światowego dziedzictwa przyrodniczego.

WŁAD


LISTY

*Zmniejszmy zaśmiecenie środowiska
Obserwując zaśmiecone otoczenie i mnożące się wysypiska śmieci, uważam, że zamiast ciągłego biadolenia należy bezzwłocznie podjąć proste i tanie, gwarantujące ograniczenie rozmyślnego zaśmiecania środowiska działania:
– Wprowadzić obowiązek sortowania śmieci komunalnych.
– Wyeliminować z handlu wypełniane często zaledwie w 60% opakowania (przy zachowaniu deklarowanej wagi) płatków kukurydzianych i im podobnych, gorących kubków, zup i przypraw, serków i jogurtów oraz środków piorących.
– Wyeliminować z obrotu detalicznego jarzyny i warzywa niesortowane, zanieczyszczone i nieforemne, co znacznie ograniczy ilość kłopotliwych odpadów. Większe ilości odpadów u producenta czy hurtownika można zagospodarować w wytwórniach pasz lub utylizować, natomiast rozproszone w gospodarstwach domowych są tylko uciążliwym śmieciem.
– Ograniczyć różnorodność opakowań szklanych z obowiązkiem ich wtórnego wykorzystania.
W 1999 r. próbowałem zainteresować problemem Główny Inspektorat Ochrony Środowiska, lecz jakiś “dowcipniś” przesłał moje pismo do Urzędu Ochrony Konkurencji, co uważam za kpinę dlatego, że nie kwestionowałem wagi, ceny czy jakości towarów.

Eugeniusz Kubiesa, Bielsko-Biała


Jak ryk podwodnego wulkanu

Niebezpieczne testy sonarowe przeprowadzają nie tylko Stany Zjednoczone

Dla waleni żyjących w mrocznych głębinach morza słuch jest tym, czym dla ludzi wzrok. Morskie ssaki odbierają każdy głośny dźwięk jak my – nagłe światło nocnej błyskawicy. Jak zareaguje delfin czy kaszalot, gdy nagle rozlegnie się ryk potężny jak eksplozja podwodnego wulkanu?
A właśnie taki głuchy ryk wydaje Aktywny Sonar Niskiej Częstotliwości (LFAS), kosztem ponad 200 milionów dolarów skonstruowany w Stanach Zjednoczonych dla flot krajów Paktu Północnoatlantyckiego. LFAS wysyła w morską toń sygnały o wyjątkowo niskiej częstotliwości i odbiera ich odbicia od przedmiotów. Ten aktywny sonar tropi okręty podwodne, które ostatnio stały się tak “wyciszone”, że wykrycie ich przy użyciu sonaru pasywnego (który tylko odbiera podwodne sygnały), graniczy z cudem. Sonar LFAS wysyła fale dźwiękowe o mocy nawet 230 decybeli, o częstotliwości od 100 do 200 herców. “To tak, jakby sąsiad puścił aparaturę stereo na cały regulator, zostawiając tylko basy”, mówi Nicolas Entrup z organizacji działającej na rzecz uratowania zagrożonych wyginięciem ssaków morskich “Whale and Delphin Conservation Society”. Zdaniem Lindy Weilgart, niemieckiego bioakustyka z Instytutu Maxa Plancka, porykiwania sonaru są głośniejsze niż prawie wszystkie inne odgłosy, które można usłyszeć w morzu. Łomot, wydawany przez system LFAS, rozchodzi się na obszarze do 800 tysięcy kilometrów kwadratowych!
Ekologowie już wcześniej ostrzegali, że huk sonaru może płoszyć wielkie ssaki morskie, powodować zaburzenia zachowania, a nawet prowadzić do ich śmierci. Walenie, jak wiadomo, “śpiewają”, tj. również wykorzystują system echolokacji, by zlokalizować ławicę ryb, partnera do rozrodu czy wielorybiątko, które oddaliło się od matki. Istniały obawy, że przerażone ogłuszającym wyciem sonaru morskie ssaki ucichną, a więc nie znajdą pożywienia i zaginionego potomstwa, nie odbędą też swoich godów. Niektórzy obrońcy środowiska przypuszczali nawet, że potworny hałas wywoływany przez LFAS

uszkodzi uszy i płuca wielorybów,

wywoła rozległe krwawienia wewnętrzne, a w konsekwencji – nawet śmierć. Marynarka wojenna Stanów Zjednoczonych nie zlekceważyła ostrzeżeń ekologów. Już jesienią 1997 roku u wybrzeży Kalifornii przeprowadzono program testów, aby sprawdzić, czy fale sonarowe rzeczywiście mają dla ssaków morskich negatywne skutki. Rezultaty badań nie były jednak jednoznaczne. Niektóre walenie jakby w ogóle nie zwracały uwagi na podwodny łoskot, jednak płetwale błękitne i finwale, krążące w pobliżu pracujących sonarów, zmniejszyły ilość swoich “śpiewów” prawie o połowę. Humbaki w pobliżu Hawajów nadawały za to sygnały dwa razy dłużej niż zwykle, a w końcu odpłynęły w siną dal. “Nasze wieloryby w tym roku już nie powrócą. Marynarka skutecznie wypłoszyła je swymi sonarami”, mówił kapitan “China Mike” Yee, obwożący turystów swą łodzią wzdłuż hawajskich wybrzeży. Rzecznik projektu budowy sonaru, Joe Johnson, zapewniał natomiast, że zniknięcie humbaków nie jest niczym nadzwyczajnym – zwierzęta te co roku odpływają na inne wody. Mimo protestów ekologów prac nad systemem LFAS nie przerwano.
A przecież już w maju 1996 roku doszło do incydentu, który powinien stać się dzwonkiem alarmowym. W Zatoce Kyparissiakos na zachodnim wybrzeżu Grecji na plaży

utknęło 12 waleni Cuviera.

Nie udało się ich uratować. Są to zwierzęta czujące się najlepiej w głębokich wodach, które rzadko zbliżają się do lądu. Co więcej, walenie wpadły na brzeg nie razem, lecz każdy w innym miejscu, niekiedy w znacznej od siebie odległości. Jak mogło do tego dojść? Odpowiedź wydaje się prosta. Kilka dni wcześniej statek badawczy NATO “Alliance” testował na tych wodach sonar LFAS. Grecki zoolog, Alexandros Frantzis, z Uniwersytetu Ateńskiego napisał wtedy do renomowanego magazynu naukowego “Nature”: “Tragedia wielorybów nastąpiła po testach sonaru. Od 1981 roku na Morzu Jońskim nie było testów sonarowych i walenie nie wpadały na plażę. Uwzględniwszy 16,5 roku bez wypadku, należy stwierdzić, że prawdopodobieństwo, iż walenie zginęły z innych przyczyn niż próby sonaru LFAS, wynosi zaledwie 0,07%”.
Twórcy oficjalnej ekspertyzy, sporządzonej przez marynarkę wojenną USA doszli jednak do wniosku, że niebezpieczeństwo dla populacji ssaków morskich jest minimalne, a ryzyko zranienia wieloryba czy delfina tak małe, że można je pominąć. Ekologowie są innego zdania: “Przy obecnym stanie nauki nie możemy ocenić stopnia zagrożenia. Nie wiemy nawet, ilu przedstawicieli poszczególnych gatunków waleni pływa w oceanach. Jeśli sonary w ogóle muszą być testowane, powinno się to odbywać z dala od wybrzeży, w akwenach, w których wielorybów jest mało”, mówi Linda Weilgart.
Testy sonarów przeprowadzają nie tylko Stany Zjednoczone, ale także inne kraje NATO. W Niemczech w roli obrońcy ssaków morskich wystąpiła Partia Demokratycznego Socjalizmu (PDS), wywodząca się od NSPJ Ericha Honeckera. Na interpelację PDS w parlamencie Bundeswehra przyznała, że rzeczywiście przeprowadzono kilka testów na Morzu Północnym i Bałtyku, jednak przed włączeniem sonarów

marynarze rozglądali się

uważnie, czy w pobliżu nie ma wielorybów, poszukiwali ich też za pomocą podwodnych mikrofonów.
“To kompletnie bezsensowna metoda. Za jej pomocą nie można wykryć nawet walenia płynącego pod okrętem, jeśli zwierzę akurat nie wydaje żadnych dźwięków. Pomysł, że można odnaleźć i przepłoszyć wszystkie wieloryby z regionu ćwiczeń, jest absurdalny”, twierdzi Linda Weilgart. Ekologowie zalecają inny sposób działania, zwany “łagodnym startem” (soft start), czyli podwyższanie mocy sygnałów sonarowych stopniowo, tak aby walenie zdążyły uciec, a nie zostały od razu ogłuszone piekielnym rykiem urządzenia. “Łagodny start” okazał swą skuteczność przed testami sejsmologicznymi podczas poszukiwania złóż podwodnych surowców. Zanim doszło do potężnej eksplozji, emitowano podwodne dźwięki, najpierw ciche, potem coraz głośniejsze. Zazwyczaj walenie czym prędzej czmychały z niebezpiecznego akwenu.
Ale czy podobne środki ostrożności będą stosowane przed każdymi manewrami floty? Nie tylko nowy sonar LFAS jest przecież groźny. W marcu 2000 roku 16 waleni utknęło na brzegach wysp Bahama. Wielu zwierzętom krwawiło z uszu. Sekcja wykazała liczne krwiaki w mózgu, uszkodzenia płuc i obrażenia organów słuchu. Kilka dni przedtem w tym akwenie odbywały się ćwiczenia floty Stanów Zjednoczonych. Nie użyto jednak próbnego sonaru LFAS. Zastosowane zostały natomiast standardowe sonary marynarki wojennej i prawdopodobnie to one spowodowały zagładę morskich kolosów.

Krzysztof Kęciek

Nie ogłuszać morświnów

Ekologowie domagają się dalszych testów, mających określić stopień zagrożenia, jakie sonar LFAS może stwarzać dla ssaków Morza Bałtyckiego i Północnego. Na razie takie badania nie są prowadzone, natomiast Bundeswehra wspólnie z ekspertami amerykańskimi usiłuje określić, jakie negatywne skutki mogą mieć podwodne eksplozje dla morświnów, waleni osiągających półtora metra długości, występujących także w Bałtyku. Badania te odbywają się na zamkniętym akwenie pod Eckernförde. Niektórzy obrońcy środowiska drwią: “Po co te testy? Wojskowi i tak powinni wiedzieć, że morświnów nie powinno się ogłuszać”.


WYDAWNICTWA

Samobójstwa delfinów

– Masowe samobójstwa waleniowatych – delfinów, orek oraz wielorybów, dokonywane poprzez samowyrzucenie się na brzeg zdarzają się dość często i bulwersują opinię publiczną. Mimo intensywnych badań przyczyna tego zjawiska nadal pozostaje nieznana. Jak podaje trzeci numer miesięcznika “EKOŚwiat”, wysunięto kilka hipotez. Jedna z nich głosi, że delfiny i wieloryby kierują się w stronę brzegu przed nieznanym i groźnym dla nich niebezpieczeństwem. Druga hipoteza zakłada, że zwierzęta uciekają przed zanieczyszczoną wodą, bądź wskutek zatrucia pokarmowego substancjami toksycznymi, które trafiły w wody oceanów ze ściekami przemysłowymi. To przypuszczenie wydaje się być najbardziej realne. Rzeczywiście ujścia niektórych rzek (również Wisły i Odry) przypominają kloaki z płynącym łajnem. Naukowcy zapoznają nas z jeszcze innymi “przyczynami” samobójstw waleniowatych. Mogą to być zapasy broni chemicznej m.in. topione przez wojsko w wodach oceanów, katastrofy ekologiczne, złoża metanu na dnie lub obecny w wodach węglowodor, działający na mózgi zwierząt jak środki depresyjne na człowieka.
– Termin wyspy środowiskowe staje się coraz bardziej znany w Wielkopolsce. W drugim numerze miesięcznika “Aura. Ochrona środowiska” przeczytamy o zespole dworsko-parkowym w Koszutach (8 km od Środy Wielkopolskiej), który znakomicie oddaje charakterystyczne własności wyspy środowiskowej. Położony w środku wsi, otoczony zabudowaniami mieszkalnymi i gospodarczymi stanowi enklawę zieleni i tradycji wielkopolskiej wsi, zwyczajów i dorobku ziemiaństwa. W okolicach Koszut brak większych kompleksów leśnych. Stąd też zajmujący powierzchnię 4,67 ha park ze swoim wielogatunkowym drzewostanem stanowi jeden z elementów różnicujących krajobraz. Nie bez znaczenia jest i to że zawierając w sobie dużą pulę gatunków, silnie wpływa na potencjał środowiskotwórczy.
– Marcowy numer “Działkowca” wprowadzi nas w atmosferę wiosennego zapału – nauczy sadzić drzewka właśnie o tej porze roku. Dowiemy się m.in., że drzewa należy posadzić jak najwcześniej – kiedy tylko pozwolą na to warunki pogodowe. Przed sadzeniem gleba powinna być starannie odchwaszczona, wzbogacona nawozami i przekopana. Podczas sadzenia należy zwracać uwagę na głębokość wsadu. Drzewa i krzewy powinny być posadzone 2-3 cm głębiej, niż rosły w szkółce.

ELŻ


Wkładka ”Ekologia i Przegląd” powstaje dzięki finansowemu wsparciu Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej

Wydanie: 12/2001

Kategorie: Ekologia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy