Gdyby pies umiał mówić…

Gdyby pies umiał mówić…

Dlaczego niewidomy, który zebrał pieniądze dla swojego psa przewodnika, nie może podzielić się nimi z inną ociemniałą osobą? Aktorzy dramatu: ociemniały Artur Wyrwich, jego jednooki były pies przewodnik Bruno, Fundacja Fioletowy Pies. Na drugim planie Kamila Przygoda, niewidoma zbierająca pieniądze na psa przewodnika. Czas akcji: od listopada 2010 do marca 2011. Miejsce akcji: Szczedrzyk, Opole, Kraków. Akt I: Darczyńcy nie zawiedli Pod koniec ubiegłego roku pies przewodnik zatruł się trucizną dla szczurów, ledwo przeżył. Przez osiem lat Bruno był oczami niewidomego Artura Wyrwicha ze Szczedrzyka na Opolszczyźnie. Dzięki szybkiej akcji i pieniądzom wpłacanym przez ludzi z kraju i zagranicy po apelach m.in. w lokalnym dodatku „Gazety Wyborczej”, w Radiu Opole, w telewizyjnych magazynach interwencyjnych i po „Akcji Bruno” na Facebooku udało się uratować jedno oko psa. Teraz i Artur, i pies są niepełnosprawni. Konta użyczyła Fundacja Fioletowy Pies z Opola, zbierając na leczenie czworonoga oraz na zakup i trening nowego przewodnika dla Wyrwicha. – Z darowizn z dopiskiem „Akcja Bruno” wpłynęło dotąd w sumie 46.111,15 zł. Jeszcze zdarzają się pojedyncze wpłaty – mówi szefowa fundacji, Magda Stefańska. Efekty akcji przerosły oczekiwania, liczono na 15 tys. zł. Niewidoma Kamila Przygoda mieszka w Krakowie, słyszała o wypadku Bruna, współczuła Arturowi. Sama od ponad trzech lat starała się o psa przewodnika. Razem z narzeczonym Jackiem Piotrowskim, również niewidomym, zajmują się konsultacjami rozwiązań, sprzętu, udźwiękowienia, mapami brajlowskimi i reliefami zabytków dla osób niewidomych. Prowadzą wykłady w szkołach, na uczelniach i w urzędach na temat psów przewodników. Tworzą i instalują etykiety brajlowskie jako formę dostosowywania lokali użyteczności publicznej do potrzeb osób niewidomych. – Aby można było pomyśleć o rozwijaniu firmy przez dwoje niewidomych, potrzebne jest zrealizowanie wielkiego marzenia Kamili, zakup psa przewodnika – mówi Jacek. Dziewczyna miała już psa z Polskiego Związku Niewidomych, niestety musiała go po miesiącu oddać. – Był agresywny wobec innych psów, rzucał się w pogoń za kotami, miał olbrzymi temperament, uniemożliwiający mu pracę z osobą niewidomą w wielkim mieście – przyznaje Kamila. Kończyło się to dla młodej kobiety upadkami i potłuczeniami. Nie czuła się bezpiecznie. Kiedy zadzwonił do niej Wyrwich, po wstępnej rozmowie z fundacją, że jakąś kwotą z nadwyżki finansowej z „Akcji Bruno” pomogą jej w zakupie psa Betty, czekającego w Czechach, cieszyła się jak dziecko. Szczęście trwało krótko, Fioletowy Pies po kilku dniach zmienił zdanie. Akt II: Czym można pojechać? Na koncie Fioletowego Psa pozostała spora kwota ze zbiórki dla Bruna. – Do dziś wydanych zostało 21.755,68 zł, z czego 15 tys. zł przelaliśmy na konto Polskiego Związku Niewidomych na szkolenie nowego psa przewodnika – wyjaśnia pani Magda. I dalej wylicza co do grosza: – Leczenie Bruna kosztowało 6755,68 zł, z czego 519,56 zł faktury za leki zakupione przez pana Artura, 2032,79 zł – faktury za jedzenie dla psa: suchą karmę, puszki mięsne, kaszę, ryż i makaron zakupione przez pana Artura. 2212,65 zł to faktury od weterynarzy za leczenie Bruna, 1650,00 zł – dojazdy do weterynarzy z firmą transportową oraz 340,68 zł – zwrot kosztów paliwa wolontariuszki z sąsiedniej miejscowości, zakrapiającej Brunowi oczy. Koszty poniesione przez pana Artura na leki i karmę były na bieżąco zwracane. Faktury od weterynarzy otrzymywaliśmy od nich, faktury od firmy przewozowej dostarczano nam pocztą. Rozliczenie za paliwo wolontariuszki odbyło się na podstawie delegacji i tzw. kilometrówki. Między fundacją a Wyrwichem od kilku tygodni trwa konflikt. Na lokalnej opolskiej antenie radiowej i w lokalnej prasie strony obrzucają się oskarżeniami, wygrażają sobie, a zaczęło się od odmowy zwrotu za rachunki wynajętej przez Wyrwicha firmy przewozowej. Niewidomy nie może się porozumieć w sprawie zwrotu kosztów transportu, fundacja nie akceptuje jego samodzielnej decyzji o leczeniu psa i dowożeniu go na zabiegi. – Wyjazdy odbyły się bez naszej wiedzy i zgody, wbrew wcześniejszym ustaleniom, dlatego odmówiliśmy zapłacenia za trzy dojazdy do weterynarza z firmą transportową – informuje Magda Stefańska. Firma transportowa to koszt 150

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 10/2011, 2011

Kategorie: Kraj
Tagi: Beata Dżon