Historia tajnego świata

Historia tajnego świata

Rozmowa ze Zbigniewem Siemiątkowskim

Wywiad PRL – bronił socjalizmu, likwidował zdrajców, walczył o władzę, rozbijał „Solidarność”. A potem organizował wielki zwrot

– Gdy spojrzymy na polski wywiad w czasach PRL, jedna rzecz uderza – ewolucja postaw. Od zakonu ideowych komunistów po absolutnych technokratów, jak najdalszych od ideologii. Ta ewolucja – to przypadek?
– To tendencja ogólnoświatowa. Jeżeli sięgniemy do wspomnień byłych oficerów CIA, to cóż widzimy? Każdy narzeka, że to już nie jest ta elitarna służba, do której wstępował. Wywiad amerykański, w czasie wojny OSS, potem CIA, to był w pierwszych swoich latach – używając tego sformułowania – także zakon. Tworzyli go ludzie ideowi, pochodzący z zamożnych rodzin patrycjuszowskich, dobrze wykształceni, absolwenci najlepszych uniwersytetów Wschodniego Wybrzeża, którzy wstępowali do tej służby, wierząc w ideały wolnego świata, demokracji. Po drugiej stronie było podobnie. W Polsce w latach 50. kształtowała się również kasta profesjonalnych, dobrze przygotowanych młodych ludzi, starannie wyselekcjonowanych z wyższych uczelni cywilnych, głównie ze Szkoły Wyższej Służby Zagranicznej, a później z SGPiS. Oni też wierzyli w ideały.

– Społeczeństwa socjalistycznego.
– Wierzyli, że komunizm przyniesie w skali światowej wyzwolenie społeczne, skończy z dyskryminacją i wyzyskiem, że zło jest związane z imperializmem, a jego uosobieniem są Stany Zjednoczone. Czuli się żołnierzami partii. Uważali, że polska racja stanu to socjalizm i sojusz ze Związkiem Radzieckim. Oni w to autentycznie wierzyli. W następnych latach, wraz ze zmianami generacyjnymi, zarówno w Polsce, jak i za oceanem, służba wywiadu staje się takim samym dobrym miejscem pracy i kariery jak każde inne. Jest to wspólna tendencja – od ideowców z zakonu do technokratów z korporacji. Stąd łatwość, z jaką ludzie służb potrafili się ze sobą dogadywać. Bo byli tacy sami.

Długa i Ksawerów

– Są różne opinie na temat polskiego wywiadu. Jedni twierdzą, że był całkowicie uzależniony od Rosjan, drudzy, że była to służba samodzielna, jedna z lepszych w świecie. Jak to wyglądało?
– To zależy, w jakim okresie. Na pewno w latach 50. nikt o samodzielności w wywiadzie nie myślał. W każdym wydziale byli doradcy radzieccy, a szkolenie odbywało się na radzieckich skryptach. Choć w przeciwieństwie do innych departamentów w Departamencie VII Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, który był poprzednikiem Departamentu I MSW, bardzo niewielka liczba funkcjonariuszy była szkolona w Związku Radzieckim. Dosłownie można było ich policzyć na palcach jednej ręki. Byli to przeważnie absolwenci szkoły NKWD w Kujbyszewie.

– Więc gdzie wywiad szkolił swój narybek?
– Najpierw w szkole MBP w Legionowie. Potem na ul. Długiej w Warszawie. Dzisiaj mieści się w tym budynku Wydział Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego. Tam też mieściła się szkoła wywiadu, która wypuściła w 1953 r. pierwszą setkę cywilnych, wykształconych już w Polsce Ludowej ludzi. Nie z awansu partyzanckiego, tylko z awansu…

– …społecznego.
– Owszem, społecznego, bo studenci musieli mieć prawidłowe pochodzenie społeczne. Ale kierowano się też kryteriami merytorycznymi, naukowymi. Potem szkołę przeniesiono do pałacyku na Ksawerowie, dzisiaj mieści się tam Departament Ochrony Zabytków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Ostatni oficerowie wywiadu mury Ksawerowa opuścili w 1972 r. Z tych szkół wyszła kadra, która przejęła kierownictwo w wywiadzie w latach 70. Z tych szkół wyszli dyrektorzy wywiadu, wiceministrowie spraw wewnętrznych, spraw zagranicznych, niezliczeni ambasadorowie.

Tajemnica Kiejkut

– Najsłynniejsza szkoła wywiadu to Kiejkuty…
– To już są lata 70., pierwszy rocznik to rok 1973. Na fali gierkowskiego ożywienia, budowy nowej Polski, do wywiadu przychodzi wtedy grupa ludzi bardzo dobrze wykształconych, znających języki, świat. W dużym stopniu są to dzieci ówczesnych prominentów partyjnych – syn kierownika Wydziału Zagranicznego KC, syn ministra spraw wewnętrznych, wiceministra spraw wewnętrznych, syn ministra żeglugi…

– Interesujące są relacje, które zebrał pan o nauce w tej szkole. Wykładowcy nie mówili o partii, o socjalizmie, Związku Radzieckim. Za to mówili o Polsce, i że są kontynuatorami kilkudziesięcioletniej tradycji polskiego wywiadu.
– I tu stawiali kropkę, że, w domyśle, są kontynuatorami wywiadu AK, Polskich Sił Zbrojnych za Zachodzie, przedwojennej Dwójki, rotmistrza Jerzego Sosnowskiego… Kadra w Kiejkutach w latach 70. to byli oficerowie z najwyższej półki. Z samego wyglądu, sposobu noszenia się byli autorytetem dla słuchaczy. W Kiejkutach, na tle ówczesnego życia w PRL, stworzono enklawę. Szwedzka technologia bungalowów mieszkalnych i szkoleniowych, a w nich szwedzka stolarka, szwedzka armatura w łazienkach, aparat do czyszczenia butów w holu, najlepsze drinki w barze… Żeby ich oswoić z Zachodem. Tych chłopców, którzy przyszli z normalnych rodzin, raczej biednych niż zamożnych, choć byli też tacy, którzy mieli pokończone szkoły na Zachodzie i pobyt z rodzicami na placówkach.

– Jak można było się tam dostać?
– Mniej więcej tak jak w filmie „Rekrut” z Alem Pacino. Decydowało sprawne oko werbownika, który funkcjonował w środowisku szkoły wyższej i wypatrywał zdolnych.

– Aktywistów?
– Takich nie brano. Idealny kandydat miał słuszne pochodzenie klasowe, nie był aktywistą, ani partyjnym, ani młodzieżowym, za to był wybijającym się studentem, rozbudzonym intelektualnie, z jaką taką znajomością języków obcych. No i oczywiście musiał mieć odpowiednie predyspozycje psychofizyczne do wykonywania tego zawodu. Takiemu składało się propozycję.

– Pan też był na liście kandydatów do wywiadu.
– Zdziwiłbym się, gdybym nie był. Byłem dobrym studentem, choć akurat niesłusznego pochodzenia społecznego. Moja rozmowa miała miejsce bodajże w 1978 albo 1979 r. Wybrałem inną drogę. Posłuchałem tych, których się radziłem. Jeden z nich powiedział: Po co ci to? Ty, kończąc te studia, możesz być kiedyś ich szefem! I tak proroczo mi to wywróżył. Tak na marginesie. W 1994 r., kiedy byłem początkującym posłem, płk Henryk Bosak ofiarował mi swoją książkę o wywiadzie, wpisując dedykację, w której życzył mi, abym został kiedyś szefem MSW. Dwa lata później zostałem ministrem spraw wewnętrznych…

Ostatnia bitwa partyzantów

– Ciekawe jest to, że wywiad, ludzie wywiadu, patrząc na historię PRL, apogeum swoich wpływów osiągnęli na przełomie lat 60. i 70., w czasach Franciszka Szlachcica.
– To środowisko stało się naturalnym zapleczem dla Franciszka Szlachcica, który od roku 1964 r., jako wiceminister spraw wewnętrznych, sprawował nadzór nad Departamentem I. I on w zasadzie ukształtował profil oficera wywiadu.

– W jaki sposób?
– Franciszek Szlachcic był maniakiem ówczesnych teorii zarządzania. Opanował język angielski w stopniu pozwalającym mu czytać literaturę fachową, czytał ją i wszystkich w koło zanudzał teoriami zarządzania. Uważał, że o wszystkim zadecydują kadry, tylko nasze kadry. Nasza sitwa. Jego sposób na modernizację socjalizmu to swoista rewolucja odgórna menedżerów. To są lata 60., teoria rewolucji menedżerskiej Burnhama święci na Zachodzie triumfy i on to chciał przenieść na polski grunt. Szukał tych menedżerów i ich znalazł.

– W służbach specjalnych?
– W wywiadzie znalazł młodych ludzi, wykształconych, znających świat i niebojących się świata. Postawił na nich. Jego kandydat na szefa wywiadu Józef Osek w chwili nominacji miał 38 lat! To nawet dzisiaj byłby ewenement.

– To było nowe pokolenie, które mu wszystko zawdzięczało.
– To już nie byli dawni, przedwojenni komuniści, ale ludzie wykształceni w Polsce Ludowej. Bez dogmatycznych przekonań, a jednocześnie reprezentujący takie zdrowo plebejskie podejście, np. do Związku Radzieckiego.

– To znaczy jakie?
– Do Związku Radzieckiego podchodzili z dużym dystansem. Ale mieli również inne plebejskie uprzedzenia, np. antysemityzm. Świetnie nadawali się na zwolenników gen. Mieczysława Moczara, którego ruch „partyzantów”, rozwijany przez niego w szeregach PZPR, odwoływał się właśnie do tkwiących w masach plebejskich fobii, antyrosyjskich i antysemickich. Oni oczywiście nie mogli powiedzieć, że są przeciwko Związkowi Radzieckiemu, w związku z tym rozwijali kult krajowców, przeciwstawiając im tych komunistów, którzy przyszli do Polski wraz z Armią Radziecką.

– Partyzantów…
– Że my, krajowcy, tu walczyliśmy, a wy przyszliście ze Wschodu w szynelach Armii Czerwonej. I jeszcze większość z was jest Żydami. To było takie puszczanie oka do szerokiej publiki, my jesteśmy ci lepsi komuniści. Szeroka publika to kupowała. Mało kto zdaje sobie sprawę, że w wywiadzie na początku lat 50. de facto wszyscy naczelnicy byli pochodzenia żydowskiego. Gen. Witalij Pawłow, późniejszy rezydent KGB w Polsce, wspomina, że odwiedzając na początku lat 60. Warszawę, na 15 naczelników w Departamencie I, naliczył 12 Żydów. Czy byli Żydami – nie wiemy, on ich tak zakwalifikował. Takie postawy budowały zachowania. Pierwsza czystka antysemicka w polskim wywiadzie odbyła się już na początku lat 50., była ona pokłosiem procesu lekarzy moskiewskich i walki z syjonistami w Związku Radzieckim A później – konsekwentnie mieliśmy następne. Przytaczam opinię moich respondentów, którzy mówią: chwała dyrektorowi wywiadu Witoldowi Sienkiewiczowi, że „odżydził” po 1956 r. wywiad. I to mówią bez żadnego zażenowania! Później były decyzje Moczara, a z jego poręczenia – Szlachcica, który prowadził politykę kadrową polegającą na wyprowadzaniu z wywiadu osób narodowości niepolskiej. Według sformułowanej przez siebie definicji, kto jest Żydem… I jednocześnie promował młodych, z Ksawerowa bądź z Długiej, którzy mu wszystko zawdzięczali. Oni o sobie mówili z dumą: my jesteśmy Pierwszą Kadrową Franciszka Szlachcica.

Wielkość i upadek franciszkanów

– To grupa, która była wokół gen. Oska?
– Ona była nierówna. W tej grupie był również Mirosław Milewski, który zezował w kierunku Moczara. Bardziej odpowiadał mu nurt narodowego komunizmu, o partyzanckim rycie.

– Narodowy komunizm ostatecznie przegrał z nurtem technokratycznym.
– Młode pokolenie ludzi wywiadu znalazło poprzez Szlachcica „dojście” i „wyjście” na Śląsk. Oni byli zafascynowani śląskim eksperymentem. Patrzyli na dokonania wojewody Jerzego Ziętka, na aktywność na rzecz regionu I sekretarza Edwarda Gierka, jeździli na Śląsk. Mało kto zwraca na to uwagę – jak Gierek szykował sobie grunt w Warszawie, na długo przed rokiem 1970. Spójrzmy: Szlachcic został wiceministrem spraw wewnętrznych. Sekretarz ekonomiczny komitetu katowickiego Wiesław Ociepka został zastępcą Stanisława Kani, czyli zastępcą kierownika Wydziału Administracyjnego KC, który to wydział nadzorował służby mundurowe i służby bezpieczeństwa. Po grudniu Ociepka został ministrem spraw wewnętrznych.

– W stronę Gierka zezują wysocy urzędnicy z resortów gospodarczych, lobby inżynierskie…
– Głównym eksponentem Gierka w Warszawie był wtedy Szlachcic. On zabiega, on dociera. Przytaczam fragment z dzienników Rakowskiego, który opisuje, jak Szlachcic proponuje mu wyjazd do Katowic, spotkanie w willi dyskretnie z Gierkiem, zjedzenie obiadu… Nie jest przypadkiem, że w spotkaniu w gabinecie MON na Klonowej, w nocy
z 18 na 19 grudnia 1970 r., które zadecydowało o losie Gomułki, byli i Szlachcic, i Edward Babiuch, i Wojciech Jaruzelski oraz Kania. I to Kania i Szlachcic pojechali na Śląsk po Edwarda Gierka, samochodem, który oddał im do dyspozycji szef wywiadu. Służbowym mercedesem z zaufanym kierowcą… Wywiad wychodził poza swoją formułę – przestał być jedynie pomocniczym organem państwa współkształtującym jego politykę zagraniczną, stał się jednym z głównych akuszerów polityki wewnętrznej. Stąd brały się fantastyczne kariery ludzi wywiadu po 1970 r. Jak chociażby Jana Bisztygi, który został wiceministrem spraw zagranicznych.

– I wpływy Szlachcica.
– Szlachcic zbudował własną ekipę. To było koło, które systematycznie się spotykało. Byli w nim Józef Czyrek, Tadeusz Olechowski, Ryszard Frelek, Tadeusz Wrzaszczyk i Franciszek Kaim. Oni wszyscy krążyli wokół Szlachcica. Przyciągnęła ich jego wizja. I siła, bo wiedzieli, że stoi za nim sukcesor – Edward Gierek.

– Już nie Moczar…
– Moczar ostatecznie pogrzebał swoje szanse na V Zjeździe PZPR w 1968 r. Wtedy właśnie ostatecznie odszedł od niego Szlachcic i poparł Gierka. Szlachcic prawidłowo odczytał znak czasu, jakim była zmiana kierownictwa KGB. Kiedy odszedł Władimir Siemiczastnyj, kiedy upadł Aleksander Szalapin – czyli ludzie, którzy wynieśli Leonida Breżniewa do władzy – a szefem KGB został Jurij Andropow, Franciszek Szlachcic pierwszy zrozumiał, że Związek Radziecki, po doświadczeniach z Rumunią, już nie będzie popierał tzw. narodowych komunistów, których liderem w Polsce był Moczar.

Pomyłka Marcusa Wolfa

– W 1974 r. upada Szlachcic. I co na to wywiad?
– Wywiad zostaje poddany ostremu dyktatowi Mirosława Milewskiego, wiceministra spraw wewnętrznych. Milewski był zdominowany przez Szlachcica, ale po 1974 r. mógł rozwinąć skrzydła. On i Kania pozbawili wywiad złudzeń. Gen. Jan Słowikowski, który został ich nominatem po Osku, dostał jedno polecenie od Milewskiego – od polityki jestem tylko ja. Od kontaktów z KC jestem tylko ja.

– Kim był Słowikowski?
– Fachowcem, operatorem, po kilku placówkach zagranicznych. Tel Awiw, Nowy Jork, szef kontrwywiadu zagranicznego Departamentu I… Nie był z grupy Długiej i nie był z grupy Ksawerowa. Skończył szkołę Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Legionowie, w 1951 r. To jest ten jeszcze wcześniejszy zaciąg. Wyszedł z niego i Bosak… Słowikowski nie znał ludzi w KC. Wszystkie sprawy załatwiał tam minister Milewski. Wywiad, siłą rzeczy, został zdegradowany.

– Zupełnie na bok?
– Już nie rozdawał kart. Ale odgrywał wciąż dużą rolę. Gierek czytał informacje wywiadu, spotykał się z jego analitykami. Ale coraz częściej był odcinany od bezpośrednich kontaktów z wywiadem przez sekretarza KC Kanię i wiceministra Milewskiego, którzy całkowicie zdominowali nominata Gierka na Rakowieckiej, Stanisława Kowalczyka.

– Aż przyszedł sierpień 1980 r. Wydarzenia sierpniowe zaskoczyły wywiad?
– Tak samo jak większość establishmentu politycznego. O czym chociażby świadczy misja szefa wywiadu NRD Marcusa Wolfa. Otóż przyjechał on w sierpniu do Warszawy sprawdzić, czy będzie zgoda na rejestrację wolnych związków zawodowych. Jego rozmówcami byli Słowikowski, Milewski, nawet Szlachcic. Wolf napisał po tych rozmowach raport dla Ericha Honeckera. I tak później opowiadał: „Napisałem raport, wynikało z niego, że żadnych porozumień ze strajkującymi nie będzie. Właśnie jechałem z nim do Honeckera i w samochodzie usłyszałem przez radio, że właśnie zostało podpisane w Gdańsku porozumienie. Byłem o krok od samokompromitacji!”.

– A jaka rola przypadła Departamentowi I w czasach „Solidarności” i stanu wojennego?
– Jest to czas twardych rządów nowej ekipy, czyli Czesława Kiszczaka i Władysława Pożogi. To czas marginalizacji wywiadu. Używania go już tylko w operacjach mających przynieść krótkookresowe korzyści. Wywiad jest rozliczany z tego, jak walczy z „Solidarnością”. Ilu agentów wprowadził do „Solidarności”, ile wykryto drukarni, ile przerwano tras przerzutowych nielegalnej literatury. Tym zajmował się Wydział XI, to okres apogeum jego wpływów.

Koneserzy wina odchodzą na bok

– Gdzieś w połowie lat 80. Wydział XI w hierarchii ważności ustępuje pola Wywiadowi Naukowo-Technicznemu. To chyba nie przypadek.
– Wywiad Naukowo-Techniczny w wywiadzie, czyli WNT, był zawsze. To była ważna dziedzina, ale w sensie wewnętrznego prestiżu, trochę na marginesie.

– WNT był budowany z perypetiami. Jego rozwój zahamowała dezercja Michała Goleniewskiego.
– WNT budowano od lat 50. Katastrofa nastąpiła w 1961 r., kiedy zdezerterował płk Goleniewski, który był naczelnikiem WNT. Zabrał ze sobą na Zachód dokumenty nie tylko swojego wydziału, lecz także dane identyfikujące młodych oficerów z kilku ostatnich zaciągów do Departamentu I. Pod pretekstem szukania kandydatów do swojego wydziału sięgnął po teczki z ostatnich trzech, czterech lat naborów, to wszystko sfotografował i wywiózł na Zachód. Tak naprawdę polski wywiad był budowany na nowo od 1961 r. Bo w międzyczasie miała miejsce dezercja oficera z pionu tzw. nielegałów, kpt. Władysława Mroza.

– Francuzi, którzy go przejęli, nie potrafili go skutecznie ukryć.
– Mróz został zastrzelony w Paryżu przez przysłaną z Warszawy grupę likwidacyjną. Goleniewskiego też chciano zlikwidować, ale zrezygnowano, kiedy zorientowano się, że Amerykanie go świadomie wystawiają polskiemu wywiadowi.

– Dlaczego go wystawili?
– To był człowiek, który nie tylko wydał swoich dawnych kolegów, nie tylko zdekonspirował kierunki pracy i aktywa wywiadu WNT, lecz także oskarżył samego Henry’ego Kissingera o kontakty z wywiadem radzieckim. Wtedy stał się dla Amerykanów kłopotem. A jak już się później ogłosił pretendentem do tronu cara Rosji, to stał się dużym kłopotem. Nasz wywiad w tym się zorientował, więc Milewski podjął decyzję, żeby Goleniewskiego nie ruszać. Niech Amerykanie mają ten kłopot. Natomiast co do WNT – wielka kariera tego wydziału i oficerów w nim pracujących przypadła na połowę lat 80. W tym czasie uznano, że polityka stanu wojennego, polegająca na próbie samodzielnego rozwiązywania polskiego kryzysu, bez odwoływania się do opozycji, nie powiedzie się. Zaczęto więc szukać sposobu na zasilenie gospodarki w dewizy i nowe technologie, które mogą poprawić stan polskiej gospodarki. Gen. Kiszczak postawił w drugiej połowie lat 80. na WNT. Widać to w decyzjach kadrowych – wicedyrektorem wywiadu zostaje naczelnik WNT Konrad Biczyk, a gdy wyjeżdża na placówkę zagraniczną, wskazuje na swojego następcę młodego naczelnika, Henryka Jasika, który również zostaje wicedyrektorem wywiadu. Tenże Jasik trzy lata później zostaje dyrektorem wywiadu, już po przełomie, jako najmniej umoczony w system.

– Zdobywanie technologii nie ma w sobie cienia ideologii.
– Ale to Wywiad Naukowo-Techniczny najbliżej współpracował z wywiadem radzieckim. Zdecydowanie bliżej niż inne wydziały… Jednak w latach 90. postawiono na kadry, które wyrosły z WNT. Bo to są i Jasik, i Bogdan Libera, i Marian Zacharski.

– Jak wyglądała hierarchia prestiżu w wywiadzie?
– Najbardziej cenione były wydziały natowskie, czyli koneserzy wina i serów, oraz wydział amerykański, czyli koneserzy whisky i szybkich samochodów, jak mówili o sobie pracujący w nich oficerowie. Obok nich wysoko stali w wewnętrznej hierarchii prestiżu oficerowie kontrwywiadu zagranicznego, czyli dziurkacze.

– Dziurkacze?
– Bo przedziurawienie przez nich akt oznaczało niewydanie poświadczenia bezpieczeństwa. A od tego zależała kariera oficera.

– Ambasadora…
– Oczywiście. Bez OCK (Ocena Centralna Kadr) nie mógł objąć stanowiska. A to kontrwywiad zagraniczny był tego dysponentem. Pionami drugiej kategorii były WNT i pion informacyjny.

– Pion informacyjny to…
– …ten, który pisze analizy.

– Czy ten pion nie podrzucał opracowań Cioskowi, Pożodze i Urbanowi?
– Dokładnie. Grupa Trzech pracowała na materiałach wytworzonych w wywiadzie. W ogóle były dwie grupy, które przygotowywały konceptualnie zmianę prowadzącą do rozmów Okrągłego Stołu. Obie funkcjonowały w orbicie MSW. Pierwsza to grupa płk. Wojciecha Garstki, jego Zespół Analiz. Druga to Grupa Trzech, nieformalna, która spotykała się w Magdalence – to Stanisław Ciosek, Jerzy Urban i Władysław Pożoga. Pożoga na te spotkania przynosił analizy wywiadu. Mamy świadectwo Cioska, który twierdził, że w procesie transformacji i dojrzewania elit pezetpeerowskich do konieczności głębokich zmian te analizy odegrały kluczową rolę.

– W połowie lat 80. mamy więc ważny moment – na bok idą wydziały „walczące”, a na czoło wysuwają się wydziały od spraw gospodarczych i od analiz.
– To przewartościowanie widzimy w decyzjach kadrowych. Szefem wywiadu jest człowiek z kontrwywiadu – gen. Zdzisław Sarewicz. A wicedyrektorami zostają oficerowie z WNT i Czesław Jackowski, który był dotychczas szefem pionu informacyjnego. To nie jest przypadek, że Jackowski został wicedyrektorem, a nie np. Henryk Bosak. Tymczasem Bosak, który jako szef Wydziału XI odnosił dotąd fantastyczne sukcesy w walce z „Solidarnością”, poszedł na oficera łącznikowego do Budapesztu, czyli na boczny tor. A jego następca, Aleksander Makowski, też wyjeżdża wkrótce na rezydenta do Rzymu.

Koniec nastąpił w Lizbonie

– Jaka była pod koniec lat 80. mentalność ludzi wywiadu? Jak się czuli, widząc przecież, że ustrój się kończy? Komu byli wierni?
– Na pewno nie socjalizmowi. Nikt nie miał najmniejszej ochoty umierać za socjalizm.

– Bo wiedzieli, że to koniec socjalizmu.
– Pierwszy wytworzony przez wywiad dokument, który miałem w ręku, w którym użyto sformułowania „koniec systemu socjalistycznego”, pochodzi z… marca 1980 r.! W marcu 1980 r. wywiad przedstawił bardzo duże opracowanie, które przesłano na najwyższy rozdzielnik. Na egzemplarzu, który jest w IPN, a który miałem w ręku, jest mnóstwo podkreśleń, znaków zapytania, wykrzykników, widać więc, że ten materiał zrobił na czytelnikach silne wrażenie.

– A co to za materiał?
– Jest on napisany na podstawie zachodnich analiz. Taki był zresztą sposób działania wywiadu – tam nigdy nie pisano „my uważamy, że…”. Używano natomiast formuły: „wrogie ośrodki imperialistyczne uważają, że…”. Żeby nikt nie mógł zarzucić, że wywiad z tymi opiniami się utożsamia…

– I co te ośrodki uważały?
– Że „jeszcze w tej dekadzie dojdzie do zaburzeń w bloku państw socjalistycznych”. I że tak uważają eksperci zgrupowani wokół Rady Bezpieczeństwa Narodowego Stanów Zjednoczonych. Oni przewidywali, że dekada lat 80. będzie kluczowa dla rozwoju państw socjalistycznych, dojdzie w Związku Radzieckim do ruchów odśrodkowych, które go w końcu rozsadzą, pogłębiać się będą nadal trudności ekonomiczne, które będą skutkowały rozluźnieniem więzi między krajami socjalistycznymi, a jednocześnie polityka promocji praw człowieka prowadzona przez prezydenta Cartera doprowadzi w konsekwencji do destrukcji wewnątrz obozu państw socjalistycznych. Polityka promocji młodych ludzi z państw socjalistycznych, studiujących za pieniądze amerykańskie na stypendiach w USA, będzie – pisano w dokumencie Departamentu I – rozsadnikiem idei wolnościowych w tych państwach. Ta diagnoza sprawdziła się w 100%. To był marzec 1980 r. Ale przyszedł sierpień 1980 r. i wywiad był zaskoczony! Co z tego, że potrafił odczytać długookresową tendencję, skoro nie był w stanie przewidzieć najbliższych zdarzeń…

– A co potrafił wywiad?
– Potrafił np. w sprawach niemieckich wyjść poza sztampę, poza język propagandy. Pod koniec lat 60. pisano np., że w najbliższych 20 latach dojdzie do zjednoczenia Niemiec. Przekreślił to Władysław Gomułka, pisząc: „Mylicie się, towarzysze, za 10 lat dojdzie do zjednoczenia Niemiec”. Okazuje się, że wywiad miał rację – 20 lat… Co ciekawe, w analizach wywiadu pisano, że do zjednoczenia nie tylko będą parły Niemcy Zachodnie, ale i społeczeństwo, co jest zrozumiałe, enerdowskie oraz elity Niemiec Wschodnich, może poza warstewką wokół towarzysza Honeckera… I tu Gomułka akurat się zgadzał – widziałem jego adnotacje na dokumentach, że podziela ten punkt widzenia. Czyli w sprawach zjednoczenia Niemiec zachowano perspektywę prawidłową, przewidziano tendencje, wyciągnięto wnioski. Tak samo jak od początku stanu wojennego pisano, że nie ma co liczyć na pomoc z krajów socjalistycznych, bo Związek Radziecki sam jest w rozpaczliwej sytuacji gospodarczej, a Zachód nie ugnie się, nie zniesie sankcji, będzie twardo stać na gruncie relegalizacji „Solidarności”, zwolnienia więźniów politycznych i wprowadzenia w Polsce demokracji, nie da się nabrać na puste gesty władz. Pisano to ze świadomością, że to oznacza de facto koniec wspólnoty krajów socjalistycznych.

– Więc wybory czerwcowe nikogo w wywiadzie nie zaskoczyły. Ich rezultat i późniejsze polityczne rozstrzygnięcia…
– Świadomość końca tak naprawdę przyszła, dopiero gdy do wywiadu przeszedł minister Krzysztof Kozłowski i z nim grupa WiP. Bo wcześniej… Tadeusz Mazowiecki już był premierem, a np. ze Szczecina przychodziły nadal meldunki od agentów umiejscowionych w strukturach zagranicznych „Solidarności”. Nawet retoryka była niezmieniona – że opozycja uważa, że zmierza… A to przecież nie była już opozycja, to był rząd.

– Ale wywiad już się dogadywał z Amerykanami. Doszło do spotkania w Lizbonie.
– 1 maja 1990 r. Jednak pierwsze sygnały przyszły o wiele wcześniej. Amerykański wywiad wysłał do polskiego rezydenta w Lizbonie sygnał, że jest gotowy podjąć dialog, nie operacyjny, ale polityczny, z polskim wywiadem. Zimna wojna się zakończyła, czas rozpocząć rozmowy, mówił wysłannik amerykańskiego wywiadu. Ale na czele lizbońskiej rezydentury stał oficer z WNT, który się przestraszył i uznał to za prowokację. I wyrzucił za drzwi oficera CIA Johna Palevicha, który był tym wysłannikiem. Skonsternowani Amerykanie postanowili więc podejść drugi raz, tym razem w Rzymie, uznając, że tamtejszy rezydent Aleksander Makowski, oficer operacyjny, absolwent Harvardu, będzie miał więcej wyobraźni. Informacje o amerykańskich staraniach zostały przekazane do Warszawy. Tu czytał je dyrektor operacyjny wywiadu Bronisław Zych oraz młody, bardzo energiczny naczelnik wydziału amerykańskiego, z pokolenia 30-latków. Obaj uznali, że to jest właśnie ten moment. Poszli do Sarewicza, który dał zgodę na rozpoczęcie operacji, którą zakamuflowali jako grę operacyjną.

– I?
– Palevich opowiadał mi, że był właśnie pod prysznicem, kiedy z Lizbony zadzwonił tenże rezydent. I powiedział, że jego firma chce kupić towar i proponuje spotkanie biznesowe. W tym czasie ekipa z Zychem na czele szykowała się do wyjazdu. Doszło do spotkania. I w tym momencie kończy się historia Departamentu I.

___________________

Zbigniew Siemiątkowski – w latach 1991-2005 poseł na Sejm RP, minister spraw wewnętrznych w rządzie Włodzimierza Cimoszewicza, w gabinecie Leszka Millera szef UOP i AW. Obecnie pracownik naukowy Uniwersytetu Warszawskiego. Ostatnio opublikował książkę „Wywiad a władza. Wywiad cywilny w systemie sprawowania władzy politycznej PRL”.

Wydanie: 47/2009

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy