Inny Andy Warhol

Inny Andy Warhol

Sprawił, że puszka zupy Campbell’s kojarzy się nie z samym produktem, a z jego twórczością. Również portrety Marylin Monroe, Myszki Miki i stwierdzenie, że „w przyszłości każdy będzie miał swoje 15 minut sławy”, natychmiast przywołują na myśl nazwisko Andy’ego Warhola.
Człowiek, który przyszedł na świat jako Andrew Warhola, syn słowackich emigrantów, i stał się synonimem popartu, do dziś wzbudza kontrowersje. Jedni uważają go za geniusza, inni za zdolnego grafika, szarlatana, którego twórczości nie można nazwać sztuką. „Chcę być maszyną do robienia obrazów!!!” – prowokacyjnie twierdził człowiek, który zawsze działał na przekór wszelkim elitom, sam kreował swoją legendę dziwaka i deklaracjami podobnymi do cytowanej podważał dogmat o wyjątkowości statusu artysty i sztuki, demaskując wizerunek artysty-demiurga. Na spotkania zamiast niego często przychodził jego sobowtór.
Był grafikiem, malarzem, fotografem, awangardowym filmowcem. Portretując banalne elementy otaczającej go rzeczywistości, zrównywał sztukę z kulturą masową. Tworzył obrazy zaczerpnięte ze świata komiksów mediów i reklamy. „Artyści pop tworzyli obrazy, które każdy z przechodniów z Broadwayu był w stanie rozpoznać w ułamku sekundy: wszystkie te wspaniałe, nowoczesne rzeczy, których za wszelką cenę starali się unikać ekspresjoniści abstrakcyjni” – mówił. Zaczął posługiwać się serigrafią i drukiem fotomechanicznym. Serigrafia to metoda, która pozwalała kopiować jeden obraz w nieskończoność. Mistrz robił pierwowzór, natomiast jego asystenci tworzyli kopie. W ciągu zaledwie dwóch lat dzięki tej metodzie powstawało nawet 2000 dzieł.
Charakterystyczną cechą dla jego dzieł była powtarzalność motywów, często malowanych ponownie w innych kolorach. Podobnie było w filmach – jeden z nich, trwający sześć godzin, prezentował człowieka pogrążonego we śnie (naprawdę nakręcono dużo krótszy materiał, ale zwielokrotniono go dzięki montażowi), inny pozwalał przez osiem godzin podziwiać na ekranie Empire State Building.
Początkowo krytyka reagowała ignorowaniem lub szyderstwami na jego artystyczne propozycje. Ale wkrótce role się odwróciły i Warhol z właściwym sobie dystansem wykpiwał w swych pismach pochwały i górnolotne epitety, jakimi zaczęła go obdarzać inteligencja amerykańska, gdy stał się sławny.
Był człowiekiem bardzo wrażliwym. Miał podobno mnóstwo kompleksów i lęków, a starannie wypracowany image miał te wady maskować. Był homoseksualistą. Nie umiał zbytnio zjednywać sobie ludzi, ale gdy stał się znany, wielu ludzi chciało go poznać. Tym samym ów problem zniknął, a jego pracownia Factory stała się miejscem spotkań nowojorskich ekscentryków.
Tytuł wystawy twórczości Andy’ego Warhola goszczącej obecnie w warszawskim Teatrze Wielkim, „Amerykański mit”, nie został dobrany zbyt szczęśliwie, jeśli wziąć pod uwagę jej „zawartość”. Reklamowo brzmi nieźle, ale mylnie sugeruje przekrojowy charakter prezentacji. Ekspozycja obejmuje kilka cyklów graficznych z początku kariery Warhola i prace z późnego okresu twórczości. Znalazły się w niej więc trzy zespoły niewielkich litografii z lat 50., a także cztery wielkoformatowe cykle serigrafii „Ladies and Gentlemen”, „Zagrożone gatunki”, „Mity” (portrety postaci charakterystycznych dla amerykańskiej popkultury, jak Myszka Miki, Superman, czy przysłowiowy Wujek Sam), oraz „Portrety Żydów XX wieku” (m.in. Alberta Einsteina, Franza Kafki, George’a Gershwina, braci Marx). To w większości prace efektowne kolorystycznie albo narysowane subtelną kreską litografię. Pokazują trochę mniej znane aspekty jego twórczości.
Brakuje – jeśli nie liczyć papierowej torby na zakupy z obrazkiem puszki zupy Campbell’s i jednego portretu Mao Tse-Tunga – najbardziej wyrazistego okresu w jego twórczości z lat 60. i początku 70., w którym obok podobizn znanych postaci przedmiotem jego obrazów stały się: krzesło elektryczne, człowiek skaczący z wieżowca, czy 13 najbardziej poszukiwanych przestępców. To jednocześnie najbardziej reprezentatywny dla niego okres, a dzięki wspomnianym dramatycznym obrazom – także niejednoznaczny, wymykający się prostemu zaszufladkowaniu.
Organizatorzy dobrze przygotowali się natomiast na przyjęcie grup uczniów i zadbali o nadanie wystawie funkcji edukacyjnych w stylu iście popkulturalnym. Na dwóch telebimach wyświetlany jest film skomponowany z opowieści o życiu artysty i informacji o epoce, którą symbolizuje.
Postać Warhola to z pewnością amerykański mit, który zresztą sam świadomie kreował – umieścił nawet własny portret w serii „Mity”. Niestety, obraz legendy przedstawiony na tej wystawie to obraz zubożony, bo najsłynniejsze jego elementy można podziwiać jedynie na ekranie i w katalogu. Może więc należało zwrócić uwagę na aspekty, które czynią tę wystawę oryginalną, a nie reklamować jej, jak gdyby prace Andy Warhola po raz pierwszy znalazły się w Polsce.

kd

 

Wydanie: 2/2002

Kategorie: Obserwacje

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy