Jeżdżą na nas, ale nie po nas

Jeżdżą na nas, ale nie po nas

Czy można naszkicować polską mapę publiczności kabaretowej, która się pokrywa np. z mapą preferencji politycznych?

EB: – Coś w tym jest. Bardzo sympatyzujemy ze Śląskiem, który jest dość konserwatywnym regionem z bardzo otwartymi ludźmi.

WT: – Oni sprawiają wrażenie, że religia, która tam chyba głęboko funkcjonuje, jest tak „ich”, że nic nie może ich dotknąć. Przychodzą na nas, wykupują pełne sale, nie sądzę, że dzięki naszej ewentualnej kontrowersyjności. Cenią takie poczucie humoru i nie widzą w nim zagrożenia. To rzeczywiście w porzo miejsce.

AG: – Myślałem kiedyś, że jest podział na wschód i zachód. Można by generalizować, ale są wyjątki od tej reguły i nie chciałbym nikogo urazić. Trafialiśmy w różne miejsca, do wielkich przestrzeni. W Warszawie jest tak: „Może wpadniemy do was, zobaczymy, co macie”, a we Wrocławiu ludzie są jacyś tacy stęsknieni i czekają na nas.

EB: – Najczęściej przychodzą „nasi ludzie”, bez względu na miejsce. W niespełna trzytysięcznym Tolkmicku nad Zalewem Wiślanym zagraliśmy jeden z najważniejszych, najfajniejszych występów.

AG: – Podział jest dla nas taki: ktoś nas lubi, kupuje bilet i chce być z nami. Może być z jakiejkolwiek części Polski, z małej, dużej przestrzeni, nieważne. Jeśli ktoś jest przez przypadek, będzie się świetnie bawił, ale może też mieć problem. Ostatnio nasz organizator z Bydgoszczy powiedział, że mamy żelazny elektorat, że na nas może przyjść mniej ludzi niż na supertopowy kabaret z najwyższej półki, ale ludzie potrafią wziąć wolne z pracy, bo akurat jesteśmy w okolicy. Nas to cieszy i jesteśmy bardzo dumni, że potrafiliśmy sobie stworzyć taką ekipę. Grając w Kielcach, dowiedzieliśmy się, że była para z Opola, przegapili nas u siebie. Inna para na innym krańcu Polski przyznała, że jest z Wrocławia. Jadą, jak do Kielc z Opola 260 km – na nas. I to jest najważniejsze.

EB: – I jadą nie po nas, ale na nas.

AG: – Jeśli człowiek jest mało znany, przychodzą najbliżsi, znajomi; zaczyna się rozwijać. Później przychodzą wszyscy, bo akurat człowiek się pojawił kilka razy w telewizji, a potem jest „afera”, kolejna tzw. afera i zaczyna się krystalizować – ci już nas nie lubią, wyzywają od szatanów. Niektórzy mówią, że „ci to dopieprzają”, chociaż tak nie jest. Obok zaczyna się krystalizować widownia, która bez względu na to, co zrobimy, jest tego ciekawa, co nie znaczy, że bezkrytyczna. Bo skecz raz jest lepszy, raz gorszy, ale kojarzą nas, lubią i chcą z nami być. To chyba nasz największy sukces, że staliśmy się kabaretem, na który ludzie chodzą świadomie, wybierają nas, poświęcają nam czas, pieniądze, a to najwyższy poziom zaufania. Oddanie dwóch godzin z życia w dzisiejszych czasach to bardzo dużo.

Strony: 1 2 3 4

Wydanie: 7/2015

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy