Kino potrzebuje fermentu

Kino potrzebuje fermentu

W kryzysowych momentach chodzę na filmy

Kuba Czekaj – reżyser, scenarzysta

Kuba, nie Jakub? Nie jesteś już jednym z najmłodszych reżyserów, wszedłeś w „wiek chrystusowy”. Masz na koncie nagrody filmowe, teraz przywiozłeś z Cannes nagrodę za scenariusz.
– Już nie jestem najmłodszy, dorastam jako człowiek i filmowiec. A Jakub brzmi, jakbym kij połknął. Wolę Kubę.

Właśnie oceniałeś filmy na najstarszym polskim festiwalu filmów amatorskich, 63. OKFA w Koninie. Często bywasz jurorem?
– Parokrotnie zdarzyło mi się być po drugiej stronie barykady, ale po trochu każdy z nas jest jurorem. Jesteśmy jurorami cały czas, kiedy oglądamy filmy. Na festiwalu mamy większą odpowiedzialność, bo rozdajemy nagrody. Kogoś wskazujemy, ktoś zostaje pominięty. To zawsze trudne dla tych, którzy filmy robią i są niedocenieni, nie wchodzą na scenę. Myślę, że w naszym składzie (Krzysztof Majchrzak, Łukasz Maciejewski, Bartosz M. Kowalski i Jarosław Marszewski – przyp. aut.) tworzyliśmy fajną grupę i wszystkie werdykty były niemal jednogłośne, a niektóre podjęliśmy jednogłośnie. To nie znaczy, że ktoś zrobił coś, co się nie nadaje. Skoro filmy przeszły selekcję, to są interesujące. Pewnie przy innym składzie, innej wrażliwości, wygrałyby inne filmy – i tak jest zawsze. Trzeba zachować duży dystans. Ja tak staram się podchodzić, sam przecież jestem oceniany. Festiwal to spotkanie z publicznością, która też wydaje werdykt. Albo odrzuca, albo przyjmuje, albo chce o tym rozmawiać.

Na niektórych festiwalach, zwłaszcza amatorskich, studenckich, offowych, odbywają się publiczne omówienia i twórca musi przyjąć słowa zawodowców. Trudno przekazać opinię tak, by nie zrazić.
– Wielu z nas ma takie doświadczenia, ale nikt nie chce usłyszeć po prostu: „Nie podobało mi się”. Nie na tym polega nasze zadanie. Na niektórych festiwalach ta rozmowa jest bardzo otwarta. Ładnych parę lat temu też zaczynałem w ruchu amatorskim i robiłem filmy, pewnie takie, których teraz za żadne skarby nie wyciągnąłbym z szuflady. Z drugiej strony to taki piękny zapis dorastania do zawodu. Mam duży sentyment do ruchu amatorskiego. Sam kiedyś poczułem podmuch wiary, że to, co robię, ma sens, że może iść do szkoły itd. Czuję wdzięczność i jak mogę, staram się pomóc kolegom.

Widać serdeczne relacje z autorami, jako zawodowcy nie tworzycie dystansu.
– To po prostu nasi koledzy, którzy też robią filmy, więc można porozmawiać o różnych rzeczach: o filmie, życiu, podzielić się doświadczeniami. A zarazem to bardzo inspirujące. Muszę powiedzieć, że zawsze kradnę trochę energii. Oczywiście oglądanie filmów jeden po drugim od godz. 10 do 18 potrafi być męczące, ale zdarzają się perełki. Gdy dochodzą do tego wzruszenia, bo te filmy działają, to mamy fajne doświadczenia.

Zresztą oglądanie filmów najbardziej napędza, bo nagle się okazuje, że komuś to wychodzi, jest ładne i działa na nas. W kryzysowych momentach chodzę do kina. Kiedy mam jakąś blokadę, nie wiem, co zrobić – idę na film, który nie przystaje do tego, czym aktualnie się zajmuję, ale idę i mówię sobie, że warto dać się tam pociąć, pomęczyć, bo to jest po prostu piękne.

Twój scenariusz został doceniony najpierw jako projekt w Berlinie, potem w Cannes.
– Z nagrodami jest tak, że zawsze budują zaufanie, poczucie, że to, co robimy, może ułatwić nam zrobienie czegoś następnego. Mam nadzieję, że w przypadku tych nagród też dojdzie szybko do realizacji. Mówimy o filmie pełnometrażowym, który dużo kosztuje.

Wiedziałeś, że jedziesz po nagrodę?
– Nie. Nagroda w Cannes jest zwieńczeniem programu ScripTeast – w tym roku była 11. edycja – dla scenarzystów z Europy Wschodniej, ale też reżyserów, którzy piszą swoje teksty. Wybranych zostaje przeważnie 11-12 i tak naprawdę najważniejsza w tym programie jest praca z konsultantami z całego świata. Spotykamy się z nimi trzy razy w roku. Pierwszy jest zjazd pod Warszawą, później w Berlinie. Poprawiamy teksty, rozmawiamy za każdym razem z różnymi osobami, piszemy trzy wersje i wybierana jest jedna, która dostaje nagrodę. Ostatni zjazd odbywa się w Cannes. Byłem zaskoczony, bo już w Berlinie to było bardzo przyjemne, ale miałem apetyt na coś innego. Na to, żeby konfrontować się z ludźmi z innej kultury, którzy trochę inaczej podchodzą do robienia kina, może robią inne kino. Gdy prawie się żegnaliśmy, okazało się, że nagroda akurat przypadła mnie. Nie szykowałem się na nią. I skoro już rozmawiamy o tym, co znaczy być jurorem, a co uczestnikiem takiego festiwalu, to wszystko jest kwestią indywidualnego smaku pewnej grupy, która akurat „się łapie” na taką wrażliwość.

Jak sobie radzisz z czasem krańcowym odbiorem twoich filmów – „Baby Bump”, a teraz „Królewicz Olch”?
– Film i w ogóle sztuka są niewymierne. Ta praca nie polega na równym krojeniu odcinków. Filmy polaryzują, dzielą, jedni je kochają, drudzy nienawidzą, co akurat mnie wydaje się interesujące. Akurat moje filmy tak mocno działają na publiczność. I może zabrzmi to podejrzanie, ale bardzo to lubię, niezależnie od tego, kto staje po jakiej stronie. Robię kino, żeby rozmawiać, mimo że film nie trafia w czyjąś wrażliwość, że ludzie nie są w stanie za tym pójść, są pełni różnych emocji – źli na mnie, na film – albo wychodzą. Nie interesuje mnie po prostu „bycie w porządku”. Nagrodą jest to, że widzi się rozgorączkowaną twarz człowieka, który z czymś się nie zgadza. Mamy taki zalew kina, że największą porażką według mnie jest kino pośrodku. Nie po to spędzamy na tym całe lata, poświęcamy dużo z siebie. Dla mnie nie miałoby to sensu.

Moją uwagę na OKFA zwrócił dokument o gen. Kiszczaku, niemal bezradnym starcu, „Dziadku, nie słyszę”, robiony przez jego wnuczkę.
– Mam duży problem z filmami, które eksplorują życie prywatne. Mówiąc delikatnie, poczułem się zniesmaczony – zaznaczam, że to moja indywidualna opinia – bo miałem wrażenie, że kogoś wykorzystano, osobę, która jest chora. Tutaj spotkaliśmy się z kolegami w podobnym poczuciu. Miałbym poważny problem natury moralnej. Nie jestem dokumentalistą, nie robiłem dokumentów w szkole, uciekałem od ich robienia, bo mnie dokument nie interesuje, ale to nie znaczy, że ich nie oglądam. Miałem tu poczucie „nadwyrężenia”…

Z jakimi odczuciami zostaniesz po spotkaniu z filmami studenckimi czy amatorskimi po tym najstarszym polskim festiwalu?
– Chyba nie ma jakiegoś trendu wśród autorów filmów krótkometrażowych. Powiem, co mnie zasmuciło. Jest bardzo bezpiecznie. Szczególnie w ruchu amatorskim czy studenckim, który może sobie pozwolić naprawdę na wszystko, większość prac jest bardzo bezpieczna. Nie znaczy, że wszyscy robimy te „niebezpieczne”, ale brakuje mi sznytu twórców, że ta osoba coś robi i to widać – mimo że jej nie znam, dostrzegam jakąś osobowość poprzez jej język filmowy. Tego mi zabrakło. Filmy, które wspólnie wyłoniliśmy, to mają. Jednym z moich ulubionych jest poruszający „Daniel” Anastazji Dąbrowskiej. To nie tylko film o społeczności dzieci czy młodzieży z zespołem Downa, ale uniwersalny obraz o wielkim głodzie, o braku bliskości i o samotności. Zdarzają się takie pełne filmy – mają piękną warstwę wizualną, świetnego bohatera i ciągną nas jak po sznureczku za sobą. Wzruszamy się, uśmiechamy albo oburzamy. „Daniel” to jeden z takich filmów, ładny, pachnący latem.

Czego ci życzyć?
– Chyba wiary, że to wszystko ma sens. Mam jej w sobie dużo, ale przychodzą też trudne momenty, trochę wątpimy w to, co robimy – i pewnie też w siebie. Na tym gruncie w środowiskach filmowych, niezależnie od tego, czy są to środowiska osób, które dopiero zaczynają przygodę z filmem, czy kontynuujących, czy będących uznanymi mistrzami, ważne jest bycie razem, wspieranie się, ludzki odruch. Zresztą – czy mówilibyśmy o kinie, czy o innej profesji – bycie z ludźmi zawsze daje fajne rezultaty i jest nam łatwiej. Tego bym chyba życzył nie tylko sobie, ale i wszystkim, szczególnie że czasy mamy trudniejsze. Takie akty solidarności są ważne.


Kuba Czekaj – absolwent Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Autor filmów fabularnych, m.in. „Twist&blood”, „Baby Bump”, „Królewicz Olch”. Na tegorocznym festiwalu filmowym w Cannes otrzymał Nagrodę ScripTeast im. Krzysztofa Kieślowskiego za najlepszy scenariusz z Europy Środkowo-Wschodniej – „Sorry, Polsko”. Zaczynał w ruchu amatorskim.

Wydanie: 28/2017

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy