Klnie jak Polak?

„Jest wiele metod wyładowania emocji, ale nie zawsze są dostępne. A k… jest pod ręką”, mówią obrońcy popularnego słowa na „k”

Aż dziw bierze, że pikantnej stylistyki nie zalecają terapeuci. Dla młodszych jest jak waleriana. Choć starszych jeszcze rani.
„Tak się mówi. To norma czasów dzisiejszych. A norm, tak jak praw fizyki, nie ocenia się estetycznie”, pisze Benek. „A czy jesteś za tym, że można sikać na ulicy i puszczać bąki przy stole, skoro nie ma przeciw temu paragrafu?”, atakuje „Konserwatysta”. Dyskusja, która rozgorzała wokół artykułu „Klnie jak Polak” („Przegląd” nr 35) przypomina odwieczny pojedynek żywiołowej natury z „upupianą” przez konwenans kulturą.

Lek na całe zło

Tak można podsumować stanowisko większości obrońców siarczystego k… „Kto nie klnie, być może w ogóle się nie denerwuje albo emocje wyładowuje w inny sposób: siłownia, biegi, seks… Jest wiele metod, ale nie zawsze są dostępne, a k… jest pod ręką”, tłumaczą. „Niespuszczenie negatywnych emocji w ŻADEN sposób szkodzi. Kiedyś taki zawór bezpieczeństwa może nie wytrzymać”, ostrzegają. Klną po prostu sfrustrowani, a każdy ma prawo do wściekłości, zwłaszcza w Polsce, gdzie w większości jest źle. „Jaki kraj – takie słownictwo. Dla mnie to jedyna forma protestu”; „Chyba lepiej powiedzieć k… niż kogoś uderzyć albo wyżyć się na psie”. K… pomaga w ulicznych korkach: „Zamiast złościć się do końca dnia, bo jakiś koleś zajechał mi drogę, wolę powiedzieć na głos to słowo. Przechodzi”. Dzięki k… nie tłucze się młodszego rodzeństwa ani talerzy. A opanowanie? Tylko nieliczni w ramach rozładowania proponują trzepanie dywanów („i pożyteczne, i nikogo nie razi”). „Ale k… jest prostsze. A nie widzę nic złego w upraszczaniu sobie życia”, proponują zwolennicy. Wulgarność to nie arogancja. „Wyobraź sobie maczo, któremu coś nie wyjdzie i wrzeszczy: „Kurdelek serdelek!””.
Choć kto wie? Może byłoby zabawniej?

Świadomość to nie chamstwo

„Mądrości ludowe w rodzaju: klną ci, co nie umieją mówić, brzmią tak jak: ludzie piją, bo nie potrafią się bawić inaczej. Typowy podręcznik katechety”, oburza się „Panterra”. Wolno przeklinać, jak się ma tego świadomość, tłumaczą się „eksperci”. Można kląć wdzięcznie, zabawnie, sugestywnie, można finezyjnie rozkładać akcenty na „r”, wyjaśniają. A i ekspresja inna: „Jak mówię k…, każdy wie, że stało się coś strasznego”. „Może to nie powód do dumy, ale wygoda w wysławianiu”. Gorzej ponoć ranią ucho czasownikowe skróty typu: siadnij, wyjm, unikł. „To dopiero chamstwo erudycyjne”. Bo tacy nie mają świadomości swoich ograniczeń. Klnie się zaś celowo. „Pewien profesor konstruktor podczas wizytacji elektrowni wodnej obserwował z nami uruchomienie turbiny. Ruszyła, łopaty zaczęły bić wodę, a on szalał z radości: „Ale, k…, daje”. Był po prostu naprawdę dumny ze swojej roboty”. „Studiuję polonistykę i klnę mocno. Ale znam swoją wartość i na pewno przeklinanie nie jest rzeczą, która czyni ze mnie chama. Po prostu trzeba wyczuć sytuację, kiedy i jak można sobie ulżyć”. „Czy sens pojęcia „kultura” kończy się na powstrzymaniu się od używania bluzgów, wyzwisk?”, apeluje do „estetów” ten, który klnie, bo robi to dla smaczku.

Spór o estetykę

„Ot, czasy”, oburzają się „staroświeccy”. Spór o język stał się przy okazji sporem o drobnomieszczańskie pojęcie „inteligent”. Bo kto często się nim mieni? „Po odzywkach dzisiejszych aktorów, biznesmenów i urzędników widać, z jakich nizin się wywodzą. Kulturę nabywa się w domu. Dziś nawet kobieta na stanowisku to nie dama, ale maglarka!”, grzmią konserwatyści. Można być „czereśniakiem” z magistrem i pełnym kontem. I nie ma się co dziwić biznesmenom, którzy jeszcze na początku lat 90. sprzedawali swój towar z leżaka. „Podobno w czasach charakteryzujących się łatwością zdobycia profitów materialnych i awansu sprawy wyższego rzędu idą w odstawkę. Dziś trzeba wykazać się przedsiębiorczością, a nie wyrafinowaniem. K… dla tych, co z ogładą nigdy nie mieli nic wspólnego, jest czymś bezrefleksyjnym”. Tak jak to, że nie mówią dzień dobry i siusiają wokół sedesu. Ale choć „frak dobrze leży dopiero w trzecim pokoleniu”, to oni tworzą dziś elitę, kreują standardy, grzmi starsze pokolenie.
A inteligent z krwi i kości? „Nie musi odwoływać się do bluzgów. Za pomocą zręcznie dobranych figur retorycznych potrafi osiągnąć ten sam efekt. Ale elegancko. Klnie zaś inteligencja szpagatowa, jak ją obrazowo nazywał Stefan Wiechecki Wiech. Dawny lumpenproletariat, który zasilił szeregi kadr urzędniczych i usługowych”.
Wnioski? Każdym z nas targają te same emocje, ale możliwości wyrażenia ich słowami już nas dzielą: „Stąd, patrząc na step, jeden powie: wpłynąłem na suchego przestwór oceanu, a drugi: k…, ale łąka!”, podsumowują literaci. Niektórzy zarzucają demokracji, że nuworysze ze swoim brakiem erudycji w słowie wyrzucili poza język dawne warszawskie wiązanki…

Ale, k…, pięknie

Poranek w szwajcarskim kurorcie. Na balkonie przeciąga się Anglik i wzdycha: – How wonderful! Potem Niemiec: – Das ist wunderbar! I Rosjanin: – Kak priekrasno! No i Polak: – Ja pier…ę! Ten dowcip nie wziął się znikąd. Ale Polak zżyma się na takie żarty. Polak nie lubi, jak się o nim mówi brzydko. „Pracowałem z Niemcami, Portugalczykami, Włochami, Francuzami i Turkami. Wszyscy klną tak samo”; „To nie zależy od narodowości. Przestańmy się wreszcie wpędzać w kompleksy!”; „Amerykanie są wulgarni, Rosjanom też nic nie brakuje. A Anglicy to dopiero!”. Ponoć wcale nie jesteśmy liderami. Ale Polak cokolwiek zrobi, zawsze będzie najgorszy. To, że mieścimy się w czołówce, nie znaczy jeszcze, że przewodzimy grupie. Niektórzy nawet nam zazdroszczą. „Pracuję z kierowcami z Holandii, którzy twierdzą, że nasze przekleństwa bardziej pozwalają się wyżyć, bo zawierają twarde r i h”; „Większość moich szwedzkich znajomych uważa, iż nasze k… jest tak pełne ekspresji, że niech się chowają inne języki”. I choć pewna pani, oburza się, że nie chce, aby jej syn uczył się polskiego („W tym kraju nawet gość lokalu, gdy usłyszał mój akcent, podszedł z pretensją: „Co, k…, polski kaleczysz””), cały świat „tym rzuca”.
Moralizować zatem czy nie? Może dorabiamy filozofię do czegoś, co przytrafia się tylko niektórym i tylko niekiedy, jak naprawdę trzeba? Może zamiast fanatycznie bić na alarm, lepiej wybrać jakiś złoty środek i np. wprowadzić w kalendarz miesiąc bez bluzgów? A wtedy zobaczymy, jak nam wygodniej.

EG

 

Wydanie: 37/2002

Kategorie: Społeczeństwo

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy