Kto nas będzie leczył?

Kto nas będzie leczył?

Fot. Shutterstock

Naczelna Rada Lekarska apeluje o ponowną akredytację uczelni niemedycznych kształcących przyszłych lekarzy.

Mimo licznych skandali nowe kierunki lekarskie stają się elementem krajobrazu szkolnictwa wyższego. W nadchodzącym roku akademickim lekarzy będzie kształcić aż 39 uczelni. Część z nich do niedawna nie miała nawet prosektorium. Ministerstwo Zdrowia zwiększa limity studentów i przyklaskuje działalności kierunków medycznych w tzw. wyższych szkołach rozpalania grilla. Tymczasem Naczelna Rada Lekarska w związku z aferą korupcyjną w Państwowej Komisji Akredytacyjnej apeluje o ponowną akredytację uczelni niemedycznych kształcących przyszłych lekarzy. Według NRL istnieją uzasadnione wątpliwości co do tego, czy część kierunków uzyskała akredytację legalnie.

Eskalacja błędu

Jeszcze kilkanaście lat temu lekarzy kształciły wyłącznie uniwersytety medyczne. Dziś medycynę można studiować na uczelniach niepublicznych, akademiach nauk stosowanych, politechnikach, a nawet w szkole medialnej ojca Rydzyka. Ten gwałtowny rozrost od początku budził sprzeciw części środowiska medycznego, zwłaszcza że niektóre nowe kierunki otrzymywały zgody na działalność od ministra Przemysława Czarnka mimo krytycznych opinii PKA.

Po zmianie władzy kontrowersyjne kierunki nie zostały jednak szybko zamknięte. Zamiast tego otrzymywały kolejne szanse na naprawę błędów pod hasłem walki z niedoborem lekarzy. W efekcie część uczelni poprawiła warunki kształcenia i uzyskała akredytację, a cały projekt zdobył polityczną legitymizację. Tak powstał mechanizm, który można nazwać doktryną pobłażliwości: im więcej dowodów na niewydolność części kierunków, tym trudniej je zamknąć. Po kilku latach problem przestał dotyczyć tego, czy takie uczelnie powinny kształcić lekarzy. Zaczął zaś dotyczyć tego, jak zalegalizować ich dalsze funkcjonowanie.

„Uważam, że uruchamianie nowych kierunków powinno się odbywać wyłącznie w ośrodkach, które dysponują odpowiednią kadrą akademicką, zapleczem klinicznym i infrastrukturą dydaktyczną. Do nich należą m.in. centra symulacji medycznej czy chociażby prosektoria, które są kluczowe dla kształcenia anatomii, a których nie posiadało wiele uczelni otwierających kierunki lekarskie”, tłumaczył niedawno w rozmowie z portalem XYZ rektor Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego dr hab. Michał Markuszewski.

Obecnie możliwość przyjmowania studentów uzależniono od pozytywnej opinii Państwowej Komisji Akredytacyjnej. Mimo to nadal istnieją duże wątpliwości co do zaplecza dydaktycznego kierunków lekarskich na uczelniach niemedycznych. Chodzi o studentów, którzy na początku uczyli się w szkołach bez akredytacji PKA, np. nie odbywając zajęć w prosektoriach w pierwszych latach studiów. Inni uczyli się na plastikowych kukłach. Część uczelni krzaków miała też kłopoty z kadrą dydaktyczną, np. ginekolog uczył kardiologii. Inny wykładowca zmarł, ale był wpisany na listę dydaktyków.

Drugim poważnym problemem jest to, że w ostatnim czasie pojawiły się wątpliwości co do działania samej PKA. Według ustaleń „Gazety Wyborczej” część procesów akredytacyjnych prowadzonych przez Polską Komisję Akredytacyjną mogła być obciążona nieprawidłowościami korupcyjnymi. Z aktu oskarżenia wynika, że były dyrektor biura PKA miał przyjmować korzyści majątkowe od przedstawicieli uczelni w zamian za pomoc w przygotowaniu dokumentacji i uzyskiwaniu pozytywnych opinii dotyczących nowych kierunków studiów. Informacje te wywołały szczególne zaniepokojenie w środowisku medycznym, jako że okres objęty śledztwem pokrywa się z dynamicznym rozwojem nowych kierunków lekarskich w Polsce.

W odpowiedzi na te doniesienia Naczelna Rada Lekarska zaapelowała o ponowną akredytację uczelni kształcących

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 40/2026

Kategorie: Kraj