Leon Podkaminer – Hamowanie płac

Leon Podkaminer – Hamowanie płac

Im bardziej
będzie się obniżać koszty pracy,
tym większe będzie bezrobocie

Wraz ze wzrostem bezrobocia nasila się w Polsce wiara w uzdrowicielską moc obniżania kosztów pracy oraz tzw. uelastyczniania rynku pracy. Świadectwem tego jest nie tylko zalewający łamy gazet potok profesorskich tekstów, wywiadów z ekspertami i lamentów prominentnych organizacji lobbujących na rzecz biznesu. Również zamierzenia rządowe (zwłaszcza odsunięcie na czas nieokreślony oskładkowania umów śmieciowych) wywodzą się z owej wiary. W naszej konkretnej sytuacji wiara ta nie ma racjonalnych podstaw. Jest to czysty zabobon, porównywalny z wiarą w uzdrowicielską moc upuszczania krwi, które przez stulecia zalecały największe (a jakże!) autorytety. W obecnych warunkach im radykalniejsze będą posunięcia „uelastyczniające” rynek pracy, tym większe będzie bezrobocie.

Schładzanie gospodarki

Nie ulega wątpliwości, że czasami może występować rzeczywista potrzeba złagodzenia takich lub innych ograniczeń nakładanych przez prawo na pracodawców. Bywa też, iż koszty pracy – a w szczególności same płace – są w ogóle za wysokie. Z takimi sytuacjami ma się do czynienia zwłaszcza przy tzw. przegrzanej koniunkturze. Przegrzanie cechuje się silnym wzrostem popytu, wysokim stopniem wykorzystania potencjału produkcyjnego, niskim bezrobociem oraz „mocnymi” cenami i płacami. Potrzeba wyhamowania wzrostu płac (i ewentualnie innych, pozapłacowych kosztów pracy) występuje też wtedy, gdy przez dłuższy czas rosną one szybciej niż wydajność pracy.
Sytuacja obecna jest zupełnie inna. Wydajność pracy w przemyśle rośnie – od wielu już lat – wyraźnie szybciej niż koszty pracy. Jednostkowe koszty pracy (koszty pracy na jednostkę produkcji) maleją. Pod tym względem Polska jest w czołówce krajów nierozpieszczających pracowników (oraz w czołówce krajów rozpieszczających pracodawców). Rzecz jasna nie ma żadnych objawów przegrzania koniunktury. Można raczej mówić o jej schłodzeniu. Tego, że gospodarka jest bliska recesji, dowodzi nie tylko tempo narastania bezrobocia, lecz także obserwowany od początku roku spadek cen w przemyśle przetwórczym i budownictwie – a więc tzw. deflacja.
Charakter rzeczywistych obecnych ograniczeń działalności firm ilustrują dane najnowszego raportu NBP o stanie koniunktury (raport jest dostępny na stronie internetowej NBP). Otóż problemy ze zbytem, ściąganiem należności za zrealizowane dostawy i z recesją miało w końcu
III kw. bieżącego roku ponad 32% ankietowanych firm – najwięcej od I kw. 2010 r. Rok wcześniej było to o 10 pkt proc. mniej. Z raportu dowiadujemy się, że „w III kw. br. odnotowano dalszy spadek wskaźników prognoz popytu, zamówień i produkcji, a także wzrost bariery popytu” (s. 12); dalej, że „w IV kw. prognozy zatrudnienia pogorszyły się” (s. 17) oraz że „relacja pomiędzy wzrostem wynagrodzeń i wzrostem wydajności pracy w III kw. br.
pozostała bez zmian, nadal zdecydowanie więcej przedsiębiorstw deklaruje szybciej rosnącą wydajność od płac niż nienadążanie zmian wydajności za tempem wzrostu wynagrodzeń. Presja płacowa osłabiła się – niespełna
5 proc. przedsiębiorstw rejestruje obecnie wzrost nacisków płacowych” (s. 71).

Zyski Malinowskiego

Z punktu widzenia każdej firmy korzystniej jest płacić jak najmniej pracownikom – niezależnie od tego, jak kształtuje się popyt na jej produkty i po jakich cenach są one zbywane. Jednak to, co jest korzystne dla firmy pana Malinowskiego, jest niekorzystne dla wielu innych firm – w istocie dla wszystkich innych. Pracownicy, którym pan Malinowski obetnie płace, z konieczności zredukują swoje wydatki. Zysk Malinowskiego będzie więc stratą wszystkich innych firm – zmniejszy się ich sprzedaż, spadną ceny. Jeśli i one zareagują racjonalnie, redukując płace swoich pracowników, to z kolei straty poniesie także firma Malinowskiego. Tak oto, w największym skrócie, uruchamia się spirala deflacyjna. Funkcjonuje ona według prostego schematu przyczynowo-skutkowego:
Spadek popytu  redukcja płac/zatrudnienia  spadek popytu  redukcja płac/zatrudnienia.
Z czasem spadek popytu i płac (a więc i kosztów) może doprowadzić do deflacji, tj. ogólnego spadku cen, po których firmy będą w stanie zbywać swoje produkty.
Pościg za zyskami polegający na ograniczaniu płac rujnuje nie tylko świat pracy, ale – przy słabnącym popycie – także samych pracodawców. Inną negatywną właściwością spirali deflacyjnej jest to, że wpędza ona firmy w niespłacalne długi. Przy generalnie spadających cenach zbytu firmy kupują produkty po cenach wyższych niż przeważające w chwili, gdy same oferują je (po przetworzeniu) na sprzedaż. Szczególnie tragiczna staje się sytuacja firm obciążonych spłatami rat kredytu – i oczywiście odsetek. Nawet przy praktycznie zerowej stopie oprocentowania kredytu (jaki od kilku lat funkcjonuje np. w Japonii) przy deflacji jest arytmetycznym niepodobieństwem, aby ogół firm mógł wypracować nadwyżki umożliwiające regulowanie należności.

Płacowe „innowacje”

Tyle, w skrócie, jeśli chodzi o potencjalne skutki obniżania płac w obecnej sytuacji. No dobrze – ktoś mógłby powiedzieć – przecież nie idzie o obniżanie płac, a jedynie o „uelastycznianie” rynku pracy. Otóż niezupełnie. Niepodwyższanie płacy minimalnej, redukcja stawek za pracę w nadgodzinach, likwidacja resztek zakładowych „przywilejów” socjalnych oraz fanaberii z zakresu bezpieczeństwa i higieny pracy – wszystkie te „innowacje” wyrażające się w urzędowej aprobacie dla umów śmieciowych powodują obniżenie ogólnego poziomu płac. Innowacje te służą „dyscyplinowaniu” świata pracy. Pracownik zostaje postawiony przed wolnym wyborem: albo robisz to, co dotychczas (albo i więcej) za niższą płacę, albo jutro idziesz na bruk/umowę śmieciową. W rezultacie obserwujemy powrót stosunków z czasów „Ziemi obiecanej” Reymonta.
Na tym tle należy jak najgorzej ocenić rządową decyzję o pozostawieniu w spokoju umów śmieciowych. Jest oczywiste, że – przy aprobacie oficjalnej – różne umowy tego rodzaju będą skutecznie wypierać cywilizowane formy stosunków pracy. To jak najgorsza wróżba nie tylko dla poziomu dochodów i jakości życia ogółu pracujących, lecz także dla szans uniknięcia recesji i spowolnienia wzrostu bezrobocia. Bezpośrednim efektem decyzji o nieobjęciu umów śmieciowych składkami ZUS będzie też szybsze narastanie deficytu ZUS – tzn. deficytu finansów publicznych i długu publicznego. Zupełnie nie przekonuje mnie argument, z którym niestety zgadza się także obecna opozycja, że zwiększone koszty pracy spowodują, iż firmy masowo przestaną korzystać z usług świadczonych w ramach umów śmieciowych. Ogół firm pławi się w zyskach powstających dzięki ich pracownikom. Ogółowi firm opłaci się kontynuować zatrudnianie tych ludzi nawet przy nieco wyższych kosztach pracy i nieco niższych zyskach. Inny argument za nieuzusowieniem umów śmieciowych przywołuje wizję masowej pracy na czarno, wymykającej się nawet statystyce. Ten argument może by mnie przekonał, gdybym nie mieszkał w kraju, w którym praca na czarno jest ścigana z mocy prawa – i to z imponującą skutecznością.

Autor jest ekonomistą z Wiener Institut für Internationale Wirtschaftsvergleiche (WIIW), a także profesorem w Instytucie Nauk Ekonomicznych PAN i Wyższej Szkole Administracji w Bielsku-Białej

Wydanie:

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy