Listy

Listy

*Czy Bóg jest partyjny?
W tym samym czasie przeczytałam publikację prof. Adama Schaffa “Dialog niewierzących z wierzącymi” w 48 numerze “Przeglądu” oraz relację red. Adama Szostkiewicza w 49 numerze “Polityki” o spotkaniu działaczy katolickich w teatrze “Roma”. Treść obu artykułów dotyczy relacji między reprezentowaną przez Kościół sferą duchową społeczeństwa a materialnym bytem owych wierzących.
Problem jest bardzo na czasie. Bowiem po dziesięciu latach burz i naporów w sferze idei oraz brutalnych politycznych przepychanek na płaszczyźnie realnego bytu, stanęliśmy znów przed wyborem właściwej drogi.
Tym razem mamy jednak nie tylko idee, lecz i doświadczenia. Te doświadczenia wiele kosztowały cały naród. Wytworzyła się nowa klasa zabiedzonego, wynędzniałego, częściowo bezdomnego lumpenproletariatu, stanowiącego naturalną wylęgarnię przestępczości, którą zwalcza się nie polepszaniem warunków bytu poprzez możliwość uczciwej pracy, lecz dyscyplinowaniem kar.
Według popularnych, aczkolwiek nieprecyzyjnych ocen, liczba wierzących, głównie katolików, przekracza w naszym kraju 90%. I tu zaczynają się logiczne schody. Bo skoro tylu jest wierzących, to są nimi także, w zdecydowanej większości, ludzie lewicy. I tak jest istotnie. Tylko że Kościół (a przynajmniej znaczna część jego hierarchów) popierała aktywnie i nadal popiera prawicę, która doprowadziła kraj do ruiny, a miliony wierzących do nędzy. Mało tego, prawicowi ortodoksi – zarówno kościelni jak świeccy – odsądzają zwolenników lewicowej opcji od czci i wiary, traktując ich jak wcielonych diabłów. A więc ci biedacy, którzy w kościołach błagają Boga o poprawę swego losu, a potem idą głosować na ludzi lewicy, bo ci dają jakąś nadzieję, że się o nich zatroszczą – to wcielone diabły? A przecież Syn Boży, sam ubogi, działał wśród biedoty, nauczając, że to właśnie ubodzy wejdą łatwiej do Królestwa Niebieskiego. Czyżby po dwóch tysiącach lat Bóg zmienił opcję polityczną i dołączył do bogaczy?
Oczywiście, problem jest bardziej złożony i daleka jestem od tego, by krytycznie zgłębiać, czy – nie daj Boże, kwestionować dogmaty wiary. Wręcz przeciwnie – wysoko cenię tych teologów, których Bóg obdarzył łaską mądrości.
W wydanym przed rokiem zbiorku aforyzmów ks. Jana Twardowskiego (pod znamiennym tytułem “Pewność niepewności”) znalazłam takie oto stwierdzenie: “Wydaje mi się, że religia jest czymś więcej niż gromadą wierzeń, dogmatów, przykazań, zasad moralnych i pobożnych praktyk. Jest ona mądrością wiary człowieka, jego zamyśleniem nad tajemnicą życia”.
Jakże głęboka i subtelna myśl.
Jeśli kraj nasz ma nadążyć za postępem – nasze zabiedzone, skołowane chaosem idei społeczeństwo musi nauczyć się samodzielnie, racjonalnie myśleć. Kto ma go tego nauczyć? Prof. Schaff twierdzi, że lewica. Prawdopodobnie tak. Ale najpierw trzeba ludziom wyjaśnić – czym jest współczesna polska lewica i co zamierza robić? A zatem:
– lewica nie jest wrogiem religii i Kościoła. W jej szeregach są także ludzie wierzący;
– lewica nie jest “komuną”. Jest partią socjaldemokratyczną, podobną do tych, jakie działają w wielu krajach Europy;
– celem współczesnej lewicy jest zbudowanie takiego profilu państwa, które nie hamując ekonomicznej inwencji jednostek, zapewniałoby godziwe warunki życia całemu społeczeństwu. Do takiego modelu państwa dążą rozwinięte, demokratyczne kraje Zachodu.
Mam takie odczucie, że znaczna część społeczeństwa już te proste prawdy przyswoiła. Natomiast, sądząc choćby z wypowiedzi na spotkaniu działaczy katolickich w “Romie”, niektórzy kościelni hierarchowie wciąż wojują. Tylko… gdzie są przeciwnicy? Prawicowi, świeccy ortodoksi z braku takowych boksują się między sobą. Ale duchowni? Społeczeństwo – po modlitwie do Boga i wysłuchaniu przygan biskupich – wraca do swoich codziennych spraw. Do walki o przetrwanie.
Leonarda Tykocka, Siedlce

Wydanie: 6/2001

Kategorie: Od czytelników

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy