Listy

Listy

*Czytając akta NKWD
Z wielkim zainteresowaniem przeczytałem relację Stanisława Głąbińskiego pt. “Czytając akta NKWD”, zamieszczoną w numerze 8. “Przeglądu”. Autor przedstawia w niej tryb pozyskania dokumentów z archiwów rosyjskiej (radzieckiej) bezpieki o swym aresztowanym, skazanym i zmarłym w więzieniu sowieckim ojcu – wybitnym działaczu i polityku, prof. dr. Stanisławie Głąbińskim.
Do materiału tego zakradła się jednak pewna nieścisłość, która wszakże w niczym nie obciąża autora publikacji, a tylko osoby organizujące publiczne – wobec mediów – przekazanie dokumentów rosyjskich (radzieckich) służb bezpieczeństwa. Dotyczy to tak organizatorów ze strony polskiej, jak i rosyjskiej. Autor pisze “… nie miałem pojęcia, że jestem pierwszym Polakiem, który otrzymuje część akt kogoś z najbliższej rodziny i to akt pochodzących z archiwum na Łubiance”. A w innym miejscu zaznacza, że od radcy ambasady rosyjskiej “… ze zdumieniem dowiedział się, że jest pierwszym petentem w takiej sprawie”. Może pierwszym tegoż radcy, ale nie pierwszym w ogóle.
Wcześniej w “Wiadomościach” telewizyjnych 1 lutego i w niektórych dziennikach prasowych, np. w “Gazecie Wyborczej” z 2 lutego br. pojawiły się podobne doniesienia, sygnowane przez PAP, RAV, jakoby dopiero teraz “po raz pierwszy archiwum byłego KGB przekazało dokumenty rodzinie osoby więzionej i straconej w ZSRR podczas drugiej wojny światowej”.
Otóż w latach 1989-1994 pracowałem w ambasadzie polskiej w Moskwie i zajmowałem się sprawami prawno-konsularnymi. Masowo występowałem wówczas do władz radzieckich, a potem rosyjskich o ustalenie losu zaginionych bez wieści obywateli polskich, o potwierdzenie pobytu Polaków w więzieniach, obozach i na zesłaniu, o rehabilitację osób niesłusznie skazanych, o zwrot pamiątek osobistych po zmarłych więźniach i zamordowanych itp. Nie mam pod ręką odpowiednich danych, ale tylko w tej jednej polskiej placówce konsularnej prowadziliśmy wówczas co najmniej 15-20 tysięcy spraw, tj. podobnych wniosków. W większości przypadków, choć nieraz po długim oczekiwaniu i ponagleniach, otrzymywaliśmy stosowne wyjaśnienia i dokumenty. I przekazywaliśmy je osobom zainteresowanym.
W swej książce pt. “Po upadku gwiazdy, czyli konsul w akcji” na s. 74-77 opisuję m.in. przebieg wyjaśnienia losu polskiego dyplomaty, Stanisława Świętochowskiego, aresztowanego przez NKWD we wrześniu 1939 r. przy próbie przedostania się do Rumunii. Aż do połowy 1990 r. radzieckiemu Towarzystwu Czerwonego Krzyża i Czerwonego Półksiężyca “nie udawało się” uzyskać “żadnych” informacji o jego losie. Dopiero po wydaniu przez M. Gorbaczowa odpowiednich rozporządzeń o rehabilitacji i udostępnianiu akt rodzinom zmarłych i zamordowanych wydział konsularny ambasady RP, na wniosek syna, Jana Świętochowskiego, zamieszkałego w Łodzi, otrzymał, jesienią 1991 r. trzy pisma ówczesnych władz radzieckich, w których szczegółowo przedstawiono okoliczności aresztowania dyplomaty, jego skazania “za szpiegostwo” i “kłamstwa o państwie radzieckim” oraz rozstrzelanie 25 grudnia 1940 r., a także zaświadczenie o pośmiertnej rehabilitacji.
W wyniku naszych dalszych starań MSZ Rosji powiadomił ambasadę RP, że ciało St. Świętochowskiega zostało spalone w krematorium na cmentarzu Dońskim w Moskwie (krematorium i cmentarz zachowały się). Do noty tej MSZ Rosji dołączył otrzymane z Centralnego Archiwum ówczesnego Ministerstwa Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej osobiste dokumenty St. Świętochowskiego: polski paszport dyplomatyczny, legitymację służbową polskiego MSZ, zaświadczenie zezwalające na przekroczenie granicy rumuńskiej oraz dwie fotografie wykonane w okresie śledztwa. Materiały te przekazaliśmy rodzinie w Łodzi.
W 1998 roku jako konsul RP w Kijowie wyjaśniłem, jaki był los radcy, konsula generalnego RP w Kijowie, Jerzego Mikusińskiego, aresztowanego 1 października 1939 r. przez organy NKWD USRR (zmarł 11 kwietnia 1942 r. w więzieniu “etapowym” w Saratowie z powodu wycieńczenia, szkorbutu i ataku serca).
Podobnych przykładów mógłbym przytoczyć wiele.
To dobrze, iż obecnie polski i rosyjski MSW podpisują nowe porozumienia, które ułatwiają dalsze odnajdywanie i przekazywanie dokumentów archiwalnych, w tym tak grubych teczek, jaką otrzymał p. Stanisław Głąbiński. Niemniej proces ten trwa już od lat i na początku 2001 roku nie może być mowy, na szczęście, o żadnym przekazywaniu dokumentów dopiero “po raz pierwszy”. To bowiem świadczyłoby źle o polskich służbach zajmujących się tymi zagadnieniami, takich jak ambasady, konsulaty, PCK itp. Na szczęście, od początku lat 90. jest znacznie lepiej, niż było do pierestrojki. Większość spraw Sybiraków już wyjaśniono.
A gdzie się zwracać o potrzebne dokumenty? Takich miejsc (urzędów) jest wiele. Przede wszystkim do właściwych, ze względu na miejsce aresztowania, skazania, uwięzienia czy zsyłki, polskich ambasad i konsulatów.
Eugeniusz Jabłoński
b. konsul RP w Moskwie i Kijowie

*Kościół biedny czy bogaty
Z żywym zainteresowaniem przeczytałem artykuł p.t. “Kościół biedny czy bogaty?” (“Przegląd”, nr 9), świetnie napisany i udokumentowany. Niestety, konkluzja rozczarowuje – Kościół jest jak społeczeństwo, część jest biedna, a część bogata. – Jeśli nawet tak jest, to proporcje są odwrócone, a dotyczy to poszczególnych księży, a nie instytucji, która w opinii ludzi jest niewyobrażalnie bogata.
Autor zajmuje się wyłącznie szczytem lodowej góry – dochodami z tytułu “iura stolae” (śluby, chrzty, pogrzeby) oraz zbiórkami z tzw. “tacy”. Dotyka tylko pobieżnie przedsiębiorstw kościelnych oraz zwolnień od podatków państwowych. Ale nawet taka ocena budzi wśród wielu czytelników natychmiastowe refleksje w rodzaju: – Jak to się dzieje, że roczny dochód średniej parafii wynosi (tylko z tytułu “iura stolae”) 91 tys. złotych, zaś jej podatek 312 złotych kwartalnie? To mniej więcej tyle, ile potrąca się emerytowi średniej grupy!
Ale wyobraźnię porusza bardziej niewidoczna część lodowca, najściślej strzeżone tabu III RP, niezależnie od opcji politycznej rządzących. Nikt nigdy nie podał oficjalnie, nawet w przybliżeniu, sum obciążających budżet państwa z tytułu zobowiązań konkordatowych, jak np. uposażenie dziesiątków tysięcy katechetów w przedszkolach, szkołach, tysięcy kapelanów w wojsku, policji, straży pożarnej i więziennej, w szpitalach i organizacjach społecznych. Kosztów finansowania dziesiątków akademii i wydziałów teologicznych, oficjalnych pielgrzymek i działalności Kościoła na Wschodzie…
A ile wynosi pomoc wszystkich samorządów, prawicowych i lewicowych, i spółek skarbu państwa dla Kurii i parafii, wartość bezpłatnego przekazywania budynków i terenów miejskich – w tym również byłego majątku innych Kościołów oraz gruntów rolnych po PGR-ach.
Jeszcze głębszym milczeniem otoczona jest “okazjonalna” działalność samorządów; rozszerzenie np. działalności inwestycji gminnych na teren Kościoła lub dołożenie do budowy pomnika czy pamiątkowego krzyża.
Czasem tylko jakaś niedyskrecja prasowa wydobywa jak reflektor z mroku wiadomość o jakiejś mimowolnej darowiźnie którejś ze spółek skarbu państwa na rzecz Kurii lub parafii, dorzucając nowy element struktury lodowca.
Jerzy Giedroyc powiedział, że państwo polskie utrzymuje prawie całkowicie Kościół Katolicki. Czy nie udałoby się choć w wielkim przybliżeniu podać czytelnikom rozmiary tego zaangażowania?
St. Palme, Koszalin

*Kto i za co ma płacić?
W dniu 29.01.br. w programie “Monitor Wiadomości” w TVP 1 wystąpili prezes Telekomunikacji Polskiej SA oraz kierownik Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Tematem rozmowy była kara finansowa – 54 mln zł – nałożona na TP za praktyki monopolistyczne.
W rozmowie tej prezes TP, który – jeśli wierzyć mediom – jest jednym z najlepiej wynagradzanych ludzi w Polsce, kilkakrotnie zapowiedział, że TP będzie regulowała swoje przychody przez podnoszenie opłaty abonamentowej, czyli opłaty za posiadanie telefonu podłączonego do sieci TP. Kierownik UOKiK nie zareagował.
Co ta zapowiedź znaczy, wiedzą abonenci TP o niższych i niskich dochodach, a w szczególności ludzie starsi, starzy i samotni. Już dzisiaj, aby uniknąć opłaty pocztowej, przynoszą pieniądze bezpośrednio do kas TP, o czym jej prezes powinien wiedzieć. TP za zainstalowanie telefonu pobiera oddzielnie jednorazowo wysoką opłatę, zaś abonament jest swoistym podatkiem na jej rzecz.
Zamysł dalszego podnoszenia opłaty abonamentowej, aby zapewnić sobie wpływy od osób, które telefonu potrzebują ze względów bytowych, a nie do prowadzenia interesów (prowadzący tzw. działalność mogą sobie odliczyć VAT, a rachunek wliczyć w koszty), zasługuje, moim zdaniem, na krytyczną ocenę, a także na reakcję UOKiK.
Adam Sikora, Kraków

*Obietnice polityków
Z rozbawieniem obserwuję gwałtowne zmiany na scenie politycznej. Partie nagle wsłuchują się w głosy narodu, posłowie zmieniają poglądy i przynależność partyjną i tworzą nowe ugrupowanie, aby uciec od odpowiedzialności za swe dotychczasowe działania. Nawet nie chcą podwyżki swych uposażeń, bo nie licują one z ubóstwem społeczeństwa.
Nic dziwnego – rozpoczęła się już kampania przed jesiennymi wyborami parlamentarnymi. Potem można o nich zapomnieć. Dlatego my musimy pamiętać, co owi politycy mówili dawniej i jak realizowali swe obietnice.
Zapisałem sobie, co prezentujący wciąż niezmienny optymizm Jerzy Buzek mówił w swym exposé 10 listopada 1997 roku:
– Nie chcemy zastępować jednych “swoich” innymi.
– Konieczne jest stworzenie takiego systemu stypendialnego, który skutecznie (…) wyrównywałby szanse młodzieży wiejskiej na zdobycie solidnego wykształcenia średniego i wyższego.
– Rozpoczniemy realizację Narodowego Planu Budownictwa Mieszkaniowego.
– Będziemy przeciwdziałać bezrobociu (…). Za szczególnie ważne uznajemy prowadzenie takiej polityki wobec ludzi młodych, aby nie zaczynali dorosłego życia od ustawiania się w kolejce po zasiłek dla bezrobotnych.
Jan Rzeszewski, Koszalin

*www.nowa matura dla wybranych
Z zaniepokojeniem przeczytałem tekst pani Iwony Konarskiej, zatytułowany “www.nowa matura dla wybranych”, zamieszczony w numerze 7. “Przeglądu”.
Sprawa dostępności syllabusów wiązana była z zapisami “Rozporządzenia Ministra Edukacji Narodowej z dnia 19.04.1999 r. w sprawie zasad oceniania…”. W rozporządzeniu tym nie mówi się o opublikowaniu syllabusów, lecz o ich przygotowaniu na dwa lata przed egzaminem maturalnym. I ten wymóg został spełniony. Rzeczywiście treść syllabusów została opublikowana najpierw w Internecie. Stało się to jednak w maju 2000 r., a nie w październiku. Oczywiście łatwiej jest posługiwać się papierowymi wersjami dokumentów. Dlatego właśnie wydrukowałem wtedy syllabus z fizyki, to jest z przedmiotu, którego uczę. Od maja również informowałem uczniów obecnych trzecich (ówczesnych drugich) klas o tym, gdzie można zapoznać się z interesującymi ich, jak sądzę, wiadomościami. Sam ściągnąłem te syllabusy, które mogłyby moich uczniów interesować i udostępniałem je chętnym. Wiem, że to samo zrobił jeszcze jeden nauczyciel z mojej szkoły. Wiele szkół średnich ma obecnie pracownie komputerowe z dostępem do Internetu. Nie ma więc chyba przeszkód, by je też tak wykorzystać. Trzeba tylko chcieć.
Papierowe wydanie syllabusów pojawiło się w mojej szkole na przełomie sierpnia i września. Również w tym samym czasie można było część z nich nabyć w niektórych księgarniach. Blisko szkoły jest duża księgarnia z działem oświatowym. Syllabusy z najpopularniejszych przedmiotów są w niej stale dostępne. Nie zauważyłem, by wywołały one szczególne zainteresowanie przyszłych maturzystów. Ważne jednak, że można je kupić.
Nie byłem i nie jestem wielbicielem poprzedniego ministra. Nie podobają mi się nieprzemyślane decyzje i nieprecyzyjne zapisy. Na przykład takie jak we wspomnianym rozporządzeniu. Z rezerwą podchodzę do wielu spraw związanych z wprowadzaną reformą edukacji. Jednak właśnie reforma egzaminu maturalnego wydaje się być sensowna. Dlatego szkoda byłoby zepsuć tę sprawę. Zadbajmy więc o większą dokładność dotyczących jej informacji.
Krzysztof Matziol, nauczyciel Zespołu Szkół
Chemicznych i XXV LO we Wrocławiu

*HONOR PROFESORA
W rozmowie “Siódmy dzień tygodnia” (Radio Zet – niedziela) p. Bronisław Geremek odpowiadając na zaproszenie p. Rokity do krytykowania słownictwa Leszka Millera, raczył, w sposób zawoalowany, obrazić p. Millera. Pan Geremek sugerował, iż Miller nie ma zdolności honorowej i dlatego nie można się z nim pojedynkować. Przecież to jest jak uderzenie w twarz. Nie rozumiem, dlaczego Leszek Miller nie zareagował. Oczywiście, p. Geremek popełnia krańcową głupotę, obrażając w ten sposób szefa najbardziej popularnego ugrupowania. Poza tym dlaczego nikt nie powie na to obrażanie się prawicy po prostu: uderz w stół, a nożyce się odezwą?
Piotr Kuczyński, Warszawa

*Chybotliwa Platforma
Platforma Obywatelska, powołana przez trzech polityków, jest chybotliwa. Wprawdzie próbowano postawić ją na twardym podłożu realiów społeczno-gospodarczych, lecz wspierające ramiona okazały się niewystarczająco nośne, gną się one pod ciężarem formułowanych celów. Już wizja przyszłości, wyśpiewana przez M. Płażyńskiego (Dwa tygodnie temu było nas trzech, teraz są tysiące, a wkrótce będą miliony) jest świadectwem triumfu nadziei nad doświadczeniem. Polityk o tak długim stażu powinien wiedzieć, że nawet blask efemerydy przyciąga rzesze spragnionych promyka, pragnących zajaśnieć na podobieństwo księżyca – światłem odbitym.
Jeszcze niedawno Szanowny Wizjoner czynnie uczestniczył w podziale łupów w ramach 4000 ciepłych fotelików dla “bliskich nam ludzi”. Czyżby to niczego Go nie nauczyło? A prawda jest brutalnie prosta: nie wszyscy się dorwali do konfitur, złaknionych znacznie jest więcej i oni, nauczeni doświadczeniem, nie czekają w drugim szeregu, lecz tulą się, jak mogą najbliżej do ręki ewentualnego dobrodzieja. Stracił, nie stracił, a potargować można. Nie gardzi się awansem z drugiej do pierwszej ligi.
A jakie marchewki programowe pokazano szerokiej publiczności, przyszłym wyborcom? A. Olechowski proponuje wyzwolenie gospodarki z “imadła głupich przepisów” (gospodarki, a nie obywateli!), opowiada się przeciwko korupcji (zapewne będzie dbał o interesy państwa i społeczeństwa z takim oddaniem jak Agnelli o stan koncernu Fiata), mówi o potrzebie ułatwień dostępu do nauki (cel szlachetny, dobrze świadczy o projektodawcy, nośny reklamowo), nie podoba mu się fakt, że niektórzy ludzie w Polsce muszą żyć za jedyne 300 zł miesięcznie i zapewne w przyszłości nie dopuściłby do tego, by jakiś hołodupiec w ciągu paru lat zgromadził na koncie bankowym parę milionów dolarów.
Niewątpliwie atrakcyjnym i pozytywnym elementem programu jest uwolnienie społeczeństwa od rządów pazernej i pasożytniczej kliki Krzaklewskiego. Ale jest to zabieg negatywny, tzn. taki, z którego nie wynika cel dalszej działalności. Znaczy to, że Platforma jest płaska, bez określonej perspektywy nawet na najbliższy czas aktywności. Spostrzeżenie to potwierdza również brak konkretyzacji, znaczących szczegółów, operowanie wyświechtanymi ogólnikami.
Program Platformy ma czytelnego adresata. Formalnie są nimi ludzie centrum politycznego, rzeczywiście ci, których krępuje “gorset przepisów gospodarczych”. Dla nich to melodia o podatku liniowym. W przypadku dojścia do władzy ugrupowania, o którym mowa, to oni będą odgrywać wiodącą rolę. Znaczy to, że podstawowe tendencje naszej polityki społecznej nie ulegną zmianie: nadal będzie pogłębiało się rozwarstwienie społeczne, bezwzględne ubożenie warstw niższych, kwitło bezrobocie. Skąd ten pesymizm? Wynika on po prostu z obserwacji faktów życia społecznego. Grupą odniesienia (porównawczą) naszych przedsiębiorców są kapitaliści krajów zasobnych, europejskich i amerykańskich. Im to nasi nuworysze pragną dorównać poziomem życia i stanem konta. Główną ich troską będzie zatem realizacja tego zadania życiowego, a sprawy społeczne, pracownicze pozostaną w sferze inhibitorów pomnażania bogactwa.
Jeżeli zatem powstanie Platformy wzbudza pozytywne uczucia tylko ze względu na wywołany ruch w polskiej trupiarni politycznej, a reszta raczej niepokoi, to może walory osobiste inicjatorów pozwalają wykrzesać pewną dozę optymizmu? Niewątpliwie są to sympatyczni ludzie, przekrój osobowości od ponuraka do wesołka. Nie widać jednak w tym gronie męża stanu, który sprostałby zadaniom obecnej gospodarczej i społecznej sytuacji Polski.
Czesław Matuszewicz, Lublin

*Jak traktowani są emeryci
Czytając Aleksandra Małachowskiego, który pisze o biedzie, o obecnych stosunkach społecznych, które tę biedę tworzą, możemy wiedzieć, że jeszcze jest ktoś, kto brał udział w powstawaniu nowego ustroju i nie zapomniał, że takie słowo jak “Solidarność” do czegoś zobowiązuje.
Pan Małachowski w jednym z felietonów w “Przeglądzie” napisał: “Naród sam sobie wybrał taki los, dopuszczając do władzy różnego rodzaju hołotę polityczną, ukrytą sprytnie za tarczą ozdobioną szlachetnym słowem “Solidarność””.
I miał rację, bo dam przykład, jak traktowani jesteśmy my, ci, co już odchodzą. W czerwcu odbyła się tak głośno zapowiadana rewaloryzacja rent i emerytur. Miała być, zgodnie z ustawą, uzależniona od inflacji, jaka była w tym czasie. A była ona dwucyfrowa. Zrewaloryzowali jednak emerutury według jednocyfrowej, czyli naruszyli ustawę. Kto? Ci, którzy winni jej przestrzegać. Ja, jak i setki tysięcy mnie podobnych, w ramach rewaloryzacji otrzymali po 17 zł więcej. Czy to nie kpiny? Nie wiem, jak długo jeszcze wytrzymamy.
Dyżurnym tematem przedwyborczym zawsze była sprawa emerytów i rencistów, mam wycinki gazet z poprzedniej kampanii czy to prezydenckiej, czy parlamentarnej, no i co? Nic, po wyborach szybko zapomina się o tych obietnicach, czego dowodem jest ostatnia rewaloryzacja. Czy prócz emerytów sprzeciwił się ktoś tak jaskrawemu naruszaniu prawa? Obiecanki przełożenia dodatkowych wypłat pod presją głodujących emerytów przenosi się na luty 2001 r. Do tego czasu ceny pójdą w górę i całe podniesienie w ramach zaległej rewaloryzacji pójdzie w gwizdek.
Istnieje obecnie możliwość przejścia z małej renty na emeryturę, kiedy ma się ku temu odpowiedni wiek i odpowiednią liczbę przepracowanych lat. Aby wybrać najlepsze trzy lata z kolejnych dziesięciu przepracowanych, należy ZUS-owi przedstawić co najmniej 20 lat udokumentowanej pracy z jednoczesnymi ówczesnymi zarobkami, potwierdzonymi przez firmy, w których się pracowało.
Wszystko jest tak obliczone, aby jak najbardziej utrudnić otrzymanie zasłużonej emerytury.
Wiesław Marczewski, Szymbark

*Samodzielni wyzywają media
Redaktor Krzysztof Wolicki jest zbyt niezależnym i znakomitym publicystą, by oczekiwał kadzenia – ale nie mogę powstrzymać swego aplauzu dla tak celnego zdania: “… Gdyby owo “bydło”, które wtedy nazywało się “Solidarnością”, nie upomniało się o swoje prawa u poprzedniego reżimu, to panie i panowie redaktorzy nie mieliby dziś żadnych akcji firmy Agora”. Zdanie to, jak niegdyś slogan o “proletariuszach wszystkich krajów”, winno teraz wisieć również w gabinetach dygnitarzy państwowych, od marszałkowej Senatu i ministrów, aż po lokalnych kacyków, których “rewolucja kulturalna 1997” posadziła na stołkach.
Jestem pewien, że nigdy, przenigdy w najgorszych latach PRL-u nie wisiały w redakcji “Polityki” portrety Lenina – czyli wtedy, gdy tygodnik ten uchodził za “najlepszy między Łabą a Władywostokiem” (łza się w oku kręci!). Wyobrażam sobie natomiast, że w kilku przynajmniej pokojach wiszą teraz portrety duetu Sachs-Balcerowicz, a największy w pokoju redaktora AKW, autora tezy, że “bieda jest najczęściej skutkiem świadomego wyboru nieróbstwa” (!) (tak pisał w lecie ubiegłego roku).
Jest zadziwiające, jak z pisma poszukującego i ambitnego można szybko przeistoczyć się w tygodnik ewidentnie kastowy, w którym obowiązuje skrzętnie ukrywana cenzura wewnętrzna.
Jarosław Lesica, Sosnowiec
*Pozbawiony praw obywatelskich
W czasie okresowej wizyty u specjalisty urologa dowiedziałem się, że kaliski szpital w trosce o społeczeństwo organizuje profilaktyczną akcję pod hasłem “Prostata”. Otóż w ramach tej akcji wystarczy zarejestrować się w szpitalu (nawet telefonicznie) do lekarza urologa, żeby uzyskać poradę i bezpłatne badanie krwi. Pełen uznania dla reformy, która mimo wszystko wyraża troskę o interes pacjenta, zadzwoniłem pod wskazany numer. Miły głos w rejestracji potwierdził rozpoczęcie “akcji”. Najbliższy termin kontaktu z lekarzem, tj. 21 luty br., uznałem za wyjątkowo krótki. Zaskoczyło mnie pierwsze pytanie rozmówczyni nie o nazwisko i adres, ale ile mam lat. Po podaniu daty urodzenia dowiedziałem się, że po przekroczeniu 70 lat akcja mnie nie obejmuje, gdyż kasa chorych nie refunduje kosztów “akcji” za takich pacjentów. Wyszedłem poza margines ustalony przez kasę chorych, jestem bez wyroku pozbawiony praw obywatelskich i najlepiej byłoby, gdybym służbie zdrowia, a może i innym instytucjom, z którymi związany jest emeryt, nie zawracał głowy.
Twórcom tego pomysłu chcę przypomnieć, że też będą starzy i poczują etyczny i moralny wydźwięk takiego działania.

Czytelnik z Kalisza

Wydanie: 10/2001

Kategorie: Od czytelników

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy