Listy

Listy

*Pistolet trzymam w biurku
Z ciekawością przeczytałem wywiad w numerze 38/40 “Przeglądu” z dnia 18 września, przeprowadzony z ministrem sprawiedliwości, panem Lechem Kaczyńskim.
Pan minister między innymi ubolewa, że 89% wyroków ferowanych jest z zawieszeniem, co przestępcy traktują jako orzeczenia bezkarności. Ale dlaczego pan minister nie wspomina ani słowem o przyczynach tego zjawiska?
A odpowiedź jest bardzo prosta. Sędziowie i prokuratorzy po prostu boją się o własną skórę i o bezpieczeństwo swoich bliskich! Otrzymują telefony z pogróżkami. Jak sam minister przytacza, prokurator z Wyszkowa został skatowany i ledwie uszedł z życiem. Nie tak dawno, podczas rozprawy w sądzie jeleniogórskim bandyta przystawił do głowy sędzinie granat! Maluczko, a dojdzie do tego, że przedstawiciele prawa będą zmuszeni nosić kamizelki kuloodporne i poruszać się w samochodach pancernych.
Póki ta sprawa nie zostanie w jakiś sposób załatwiona, to o normalnym funkcjonowaniu organów sprawiedliwości nie ma co marzyć.
Stefan Śliwiński, Karpacz

*Prawo dla bandziorów
Sprawa śmierci Irka Reglińskiego jest u nas, na Wybrzeżu dobrze znana, jednak artykuł p. Aliny Kietrys w waszej gazecie (“Prawo dla bandziorów”, “P” nr 37) spowodował, że nie mogę się otrząsnąć z przerażenia. Jak widma z przeszłości wróciły obrazy, o których każdy chciałby zapomnieć.
Pierwszy – stoję w oknie nastawni na stacji Gdańsk Oliwa. Jest rok 1966, a ja jestem dyżurną ruchu. Obserwuję kolejkę wyjeżdżającą w kierunku Oliwy z przystanku Gdańsk Przymorze, wówczas Polanki. Nagle widzę chłopaka, który jak piłka odbijany jest pomiędzy wiatą a pędzącymi wagonami. Nie mam łączności z maszynistą kolejki, on nie widzi mnie ani moich sygnałów, żeby zatrzymać pociąg. Na szczęście, ktoś zerwał hamulec. Pociąg zatrzymał się ułamki sekund po tym, jak chłopak spadł pomiędzy tor a peron. To uratowało mu życie.
Irek Regliński nie miał tyle szczęścia.
Drugi – 20 lat później. Sąd Wojewódzki w Elblągu. Jest rok 1986. Rozprawa w sprawie katastrofy kolejowej na stacji Susz w dniu 1.10.1985 r. Oskarżony dyżurny ruchu – p. Z.S. W nocy z 30 września na 1 października opijają imieniny kasjerki, Danuty. Godz. 4.00 – do stacji zbliża się pociąg relacji Kołobrzeg-Warszawa. Jest gęsta mgła. Maszynista pyta o “wolną drogę”. Dyżurny potwierdza, zapominając, że na głównym torze stoi pociąg towarowy. Sześć ostatnich wagonów jest z olejem napędowym. Gdy maszynista zauważa “beczki”, nie ma szans na cokolwiek.
Ten maszynista był moim mężem. Wtedy w Suszu zginęły cztery osoby. Ja byłam tylko na pierwszej rozprawie. Niestety, wtedy PRAWO BYŁO DLA BANDZIORÓW. Jeżeli rzeczywiście oskarżony dyżurny był chory, jak przeszedł coroczne badania? Kto wyraził zgodę na pracę tego człowieka, skoro wszyscy w okolicy wiedzieli, że jest alkoholikiem? Na tej rozprawie czekałam tylko na stwierdzenie, że to mój mąż był winien tej katastrofy. Na szczęście, orzeczono wyrok – 4 lata pozbawienia wolności dla dyżurnego, po odwołaniu prokuratora – 6 lat, ale z więzienia wyszedł bardzo szybko. Dla nas, rodzin zabitych, nawet gdyby to było po 20 latach, byłoby za szybko.
Nikt nie jest w stanie zwrócić życia naszym bliskim. Groźne miny pana ministra od “NIESPRAWIEDLIWOŚCI” nie są w stanie zmienić opinii poszkodowanych o pracy naszych sądów.
Renata Opara, Gdynia

*Czy to, co bezsensowne, jest piękne?
Mówi się ostatnio, że ideały solidarności były piękne, ale utopijne; dawniej to samo mówiło się o ideałach socjalistycznych i komunistycznych, a jeszcze wcześniej o ideałach pierwotnego chrześcijaństwa. Ale, czy to, co nierealne, absurdalne, niedorzeczne, nie dające się zastosować, niemożliwe do urzeczywistniania, iluzoryczne, idiotyczne itp., może być piękne? Wprawdzie teoretycy sztuki twierdzą, że to, co piękne, musi być w pewnym przynajmniej stopniu absurdalne, ale tylko w niewielkim stopniu. Ale czy piękne może być pozbawione rozumu ględzenie, idiotyzm, absurd, jeśli zachowanie to ma służyć zaspokajaniu istotnych potrzeb człowieka!
Nawiązując do obrazoburczej poniekąd wypowiedzi pana prezydenta, chciałbym zaznaczyć, że powstrzymywałem się przed zapisaniem się do “Solidarności” nie dlatego, że mogłaby zmienić obowiązujący system, lecz dlatego, że mogła go rozwinąć, spotęgować; przecież głosiła absurdy, od których ten system się odżegnywał; była to oczywiście tzw. komunistyczna utopia. “Solidarność” domagała się od państwa prawie natychmiastowego zaspokojenia nie tylko podstawowych potrzeb materialnych, ale i, biorąc pod uwagę to, że domagano się wprowadzenia transmisji nabożeństw kościelnych, również zbawienia wiecznego w życiu pozagrobowym. Wywodzący się zaś z głębokiej prowincji ogół nie pragnął ani dobrze pracować, ani nawet dobrze się modlić, lecz tylko bez względu na to, czy się stoi, czy się leży, domagać się odpowiedniego wynagrodzenia: “czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy”; poza tym zaś potwierdzenia przez państwo bezspornego jakoby faktu, że wszyscy mają jednakowe żołądki. Można by jednak powiedzieć, że postulaty “Solidarności” to tylko cel strategiczny; ale nie myślało tak przecież 10 milionów osób; myślał tak, i to nie tylko na dole, jeden, a może jeszcze mniej niż jeden procent ogółu. Najszerszy ogół nie domagał się też, jak wiele na to wskazuje, socjalizmu bez wypaczeń; owszem, domagał się go czasem, lecz z wypaczeniami: a więc takiego, że wszyscy mają jednakowe żołądki i nie przemęczają się w pracy; i to jest oczywiste, każdy by chciał takiego socjalizmu; podstawowa siła narodu polskiego myślała zatem prawidłowo.
Jest więc utopia społeczna, jaką była przed 20 laty “Solidarność” czymś pięknym, czy nie jest? A może chodzi tu tylko o eufemizm? Henryk Borowski, Lublin

*Nie jesteśmy bezbronni wobec bakterii
Parę tygodni temu zamieściliście artykuł o coraz mniejszej skuteczności antybiotyków w walce z bakteriami (“Bakteria potrząsa harpunem”, “P” nr 35). Artykuł utrzymany był w tonacji pesymistycznej, jedyną nadzieję pokładał w szybkości badań nad nowymi rodzajami antybiotyków, skuteczniejszych od dotychczasowych.
Czy jest zatem inne wyjście z sytuacji, jak tylko czekanie na nowe rodzaje antybiotyków? Jest, trzeba tylko hasło WHO, rzucone przed dwoma laty (“Twoje zdrowie w twoich rękach”), realizować nie przez jeden rok, ale przez całe życie.
Trzeba zatem zacząć od podstaw: dostarczyć organizmowi to, czego nie ma w codziennym pożywieniu. Im bardziej nasze pokarmy przetworzone są w skomplikowanych procesach technologicznych, tym intensywniej wypłukiwane są w tych procesach życiowo ważne pierwiastki śladowe. Powinniśmy zatem codziennie łykać zestaw minerałów, wybierając w aptece możliwie najszerszy ich zakres.
Antybiotyki możemy przygotowywać sobie sami. Antybiotyk w czosnku lub cebuli ma tę przewagę nad tym w tabletce, że nie zabija bakterii od razu, tylko poraża bakteryjne DNA, czyli uniemożliwia bakterii jej rozmnażanie się. Terapia trwa dłużej, ale jest skuteczniejsza. Nie pozostawia też żadnych skutków ubocznych.
Nalewkę z czosnku robimy następująco: do płynu po kiszonych ogórkach wrzucamy tyle ząbków czosnku, ile się w nim zmieści, tak, by nie wystawały ponad poziom płynu. Po dwóch tygodniach pijemy jedną łyżkę stołową dziennie. Nie ma przykrego zapachu ani smaku świeżego czosnku.
Inny, bardzo mocny antybiotyk zawierają pestki grejpfruta. Kiedy wyrzuciliśmy nadgniły grejpfrut na kompost w ogródku – opowiadają znajomi – po paru dniach pokrył się on białym kożuchem bakterii. Jedynie pestki tkwiły w tym kożuchu nietknięte. Zrozumieliśmy wtedy, jak potężną osłonę przed bakteriami muszą one zawierać.
Olejki eteryczne również zabijają bakterie. Siłę niszczącą jednej cząsteczki olejku porównywano do siły zabijania bakterii przez jedną cząsteczkę fenolu, która wchodzi w skład silnego środka dezynfekującego, jakim jest lizol. Olejek goździkowy okazał się ośmiokrotnie silniejszy od fenolu, a olejek oregano – 23 razy silniejszy. Oregano po włosku, to po polsku lebioda. Nic dziwnego, że nasi przodkowie w czasach głodu żywili się nią wiosną.
Stefan Abramowski, Rumia

*No i po maluchu
Pracowałam w FSM w Bielsku-Białej od początku. Prowadziłam tzw. żywienie zbiorowe. Codziennie 5000 śniadań, zupa gęsta z wkładką i bułki, ile kto zjadł. Obiadów około 3000. Ale to margines. Chciałam przypomnieć tych, którzy tworzyli malucha! A to był przede wszystkim dyrektor Ryszard Dziopak, który od rana do wieczora był w zakładzie. Ja też tak pracowałam, bez liczenia godzin.
Najgorszy był czas wykopów. Grunt był wilgotny, deszcz, ale praca szła. Pracowało wojsko, więźniowie i dziesiątki młodych mężczyzn ze wschodnich krańców Polski. Przyjechali od pługów i wideł robić samochód. Kiedy skarżyłam się, że do pracy w kuchni przysyłają młode, niedoświadczone dziewczyny, odpowiadali mi inżynierowie, że z takimi chłopcami mają budować fabrykę samochodów. I udało się.
Dzięki dyrektorowi Dziopakowi, dzięki ministrowi Wrzaszczykowi, który nie przyjeżdżał lancią z obstawą, tylko pociągiem.
O tych ludziach musi się wspominać “przy maluchu”. Pamiętam, kiedy pierwszy egzemplarz zszedł z taśmy. Przyszedł do mnie inżynier i mówi: “Niech pani idzie, jest już nasz maluszek”. Wszyscy mieli łzy w oczach. Tak było, bo na ówczesne czasy było to wielkie dzieło.
Kiedy skończyła się najgorsza robota – wykopy fundamentów, hale zaczęły rosnąć. W każdej hali organizowałam bufet. Nieprawda, że nic nie było. Hale były dobrze zaopatrzone, co kosztowało wiele pracy. Talonu na samochód nie dostałam, po przejściu na emeryturę został mi “medal za rozwój handlu”, ale z tego nic nie mam. Marną emeryturę.
Omal zawału nie dostałam, kiedy z prasy dowiedziałam się, jak lekką ręką p. Olechowski sprzedał zakład Włochom. Nie rozmawiałam z dyrektorem Dziopakiem, ale wyobrażam sobie, jak to przeżył. Dziś zresztą już nie żyje, a owocami naszej ciężkiej i ofiarnej pracy tuczą się Włosi. No, ale tak już jest u nas, że to, co zrobiły tysiące ludzi, jeden potrafi zepsuć.
Aniela Pietrzyńska, Bielsko-Biała

*Wojna diet
Z uwagą przeczytałem tekst “Wojna diet” w nr. 29 “Przeglądu”. Nie chcę się wypowiadać na temat wszystkich zaprezentowanych diet, natomiast muszę sprostować oczywiste nieprawdy, dotyczące diety dr. Kwaśniewskiego. Dieta optymalna, którą proponuje dr Kwaśniewski, propaguje prawidłowe odżywianie, ma leczyć przyczyny wielu chorób (nie skutki), a osiąganie prawidłowej wagi jest tylko skutkiem ubocznym, choć też ważnym.
Gdyby naukowcy (?), którzy unikają merytorycznej dyskusji, zapoznali się z tekstami dr. Kwaśniewskiego, to stwierdziliby, że istotą diety optymalnej jest zachowanie w żywieniu proporcji: 1 g białka na 2,5-3,5 g tłuszczu i 0,5 g węglowodanów. Oczywiście, są bardziej i mniej wartościowe składniki. Kto ciekaw – odsyłam do tekstów źródłowych.
A teraz o moim doświadczeniu.
W 1988 r. dopadł mnie zawał, a jego przyczyną nie był wysoki stan cholesterolu, lecz stres. Zaaplikowane przez kardiologów leczenie i dieta doprowadziły mnie do zaawansowanej miażdżycy. Po przeprowadzeniu koronografii stwierdzono (1996 r.) konieczność szybkiej operacji i wykonania trzech obejść (by-passów). Badanie to ujawniło też w sercu tętniaka. Udałem się więc do Krakowa, do najwyższego autorytetu – prof. dr. hab. A. Dziatkowiaka, który po zapoznaniu się z filmem badania stwierdził, że dwóch oddzielnych operacji nie przeżyję, a operacja tętniaka jest przedwczesna. Miałem się stawić w lipcu 1987 r. Niestety, w maju tego roku zachorowałem na raka i po ciężkiej operacji laryngologicznej, a następnie leczeniu radiologicznym, operacja serca była niedopuszczalna.
Miażdżyca nadal postępowała do tego stopnia, że “zatykało” mnie po przejściu kilkudziesięciu metrów. Musiałem zażywać nitraty lub wtryskiwać aerosonic.
W listopadzie 1998 r. dowiedziałem się o diecie optymalnej dr. J. Kwaśniewskiego. Zawarta w książce argumentacja biochemiczna przekonała mnie do tego stopnia, że natychmiast zastosowałem dietę optymalną, na której jestem do dzisiaj. Nie, żebym stosował podany przykładowo jadłospis (jest też książka kucharska zawierająca 700 dań), ale zastosowałem zasadę proporcji: białko – tłuszcz – węglowodany. Wynik? Mogę chodzić bez ograniczeń i leków, nie “zatyka” mnie. Inne leki zostały ograniczone. Jestem w dużo lepszym stanie, niż byłem.
Imię i nazwisko do wiadomości redakcji

*Twórczość epistolograficzna genseków
W interesującym komentarzu do “posłania” J. Andropowa, autorstwa prof. A. Werblana (“Przegląd” nr 31), zakradła się drobna nieścisłość. Profesor, którego cenię za wnikliwe szperania w archiwach oraz za co najmniej dwie książki: “W. Gomułka. Sekretarz Generalny PPR” oraz “Stalinizm w Polsce”, pisze, że dotychczas “w całości tekstu J. Andropowa nie publikowano”. Otóż nie odpowiada to prawdzie. Pełny tekst “posłania” oraz podobnego listu K. Czernienki z dnia 13 grudnia 1984 r. do gen. W. Jaruzelskiego można znaleźć w mojej książce “Tytani zbrodni. Wielka polityczna sierota” na str. 83-88, wydanej przez Wydawnictwo CB w styczniu 2000 r. w cyklu “Tajna historia Polski”. Teksty obu dokumentów otrzymałem od gen. W. Jaruzelskiego w 1998 r.
Uważam, że tego typu twórczość epistolograficzna genseków bądź instancji KPZR, uprawiana na szerszą skalę (znane są m.in. podobne listy do W. Gomułki, S. Kani). stanowiła ważny element nacisków na państwa satelickie Imperium. Pojedyncze listy-posłania mówią wiele, ale nie mówią wszystkiego. Zebrane razem pokazują ogromną skalę presji, wywieraną na zaprzyjaźnione kraje. Warto je więc zderzyć ze sobą. Jestem przekonany, że ogłoszenie kompletu listów-posłań i ich analiza, dokonana np. przez prof. A. Werblana, pozwoliłaby zobaczyć najnowszą historię PRL w nieco innym świetle, a być może rzuciłaby nowe światło np. na ocenę dotyczącą zagrożenia militarnego PRL w latach 80. przez Zjednoczone Siły Zbrojne Układu Warszawskiego.
Henryk Piecuch, Warszawa

*Sąd lustracyjny, sąd Boży
Późno, niestety, spostrzegłem niezręczność w mojej ocenie Sądu Lustracyjnego, a skoro się ukazała wśród listów (21.08.br.), to wypada mi przeprosić jego Sędziów, raczej sprawiedliwych – a to oni są w togach, gdy naganiacze do tego sądu i dostarczyciele dokumentów przebrani są skromnie, po cywilnemu. Cóż, omnis comparatio claudicat, ale to marne usprawiedliwienie.
Edward Pietraszek

Przepraszamy
W numerze 37 z 11 września w tekście “Jak kat podczas egzekucji” pomyłkowo zamieściliśmy zdjęcie Moniki Bőttcher, skazanej za zamordowanie dwóch córek, zamiast zdjęcia Barbary Dey – Polki, ofiary Svena Bőttchera.
Redakcja

Wydanie: 40/2000

Kategorie: Od czytelników

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy