Listy

Listy

*”Kuźnica”
do Prezydenta
Wielce Szanowny Panie Prezydencie!
“Kuźnica” jest dumna z tego, że z takim powodzeniem i uznaniem ze strony polskiego społeczeństwa i międzynarodowej opinii publicznej spełnia Pan funkcję głowy naszego państwa. Pamiętamy, że jest Pan członkiem naszego Stowarzyszenia, a nasz etos, etos polskiego inteligenta, związanego z ideami postępu społecznego i międzynarodowego porozumienia ludzi i cywilizacji, jest Panu tak bliski.
Świadomi tego, a zarazem pewni, że dokonał Pan wielkiego wysiłku, aby być prezydentem wszystkich Polaków, prosimy, aby zechciał Pan zgłosić swą kandydaturę do wyborów prezydenckich na następną kadencję. Będzie ona czasem niełatwym – wymagającym konsekwencji we wprowadzaniu Polski do Unii Europejskiej, a więc naszego własnego wysiłku cywilizacyjnego i troski o sprawiedliwe traktowanie wszystkich obywateli.
Rada Stowarzyszenia “Kuźnica”

*Punktualność – grzecznością królów
Porzekadło mówi, że “punktualność jest grzecznością królów”. Jakże daleko odbiegliśmy od tej zasady dobrego zachowania. Składa się na to wiele przyczyn. Nie usprawiedliwia to jednak nikogo, a szczególnie takiej instytucji, jak telewizja zarówno państwowa, jak i komercyjna, które podobno uczą i wychowują. Trudno znaleźć program (może “Wiadomości”), który rozpoczynałby się punktualnie. To przez reklamy, mówią niektórzy.
Nie jest to żadne usprawiedliwienie. Reklamy nie są chyba czymś nieprzewidywalnym i powinny być włączone w program tak, aby nie zakłócać jego punktualności. Najbardziej paradoksalnie wygląda to przy emisji “Milionerów”. Reklama, długa reklama, wreszcie “Milionerzy” i po trzech minutach znów reklama. Podobnie bywa przy emisji ckliwego “Wybacz mi”.
Punktualność jest grzecznością telewizji. Grzeczność nie jest nauką łatwą ani małą… Romana Chojnicka, Brodnica

*O jaką Unię
nam chodzi?
Red. Krzysztof T. Toeplitz porównuje starania Polski o wejście do Unii Europejskiej do zachowania „dziewczyny, która chcąc wyjść za mąż, zbyt dużo dała przed ślubem” („Przegląd” z 15 maja). Naprawdę, trudno o bardziej trafne porównanie… Po 1989 r. Polska ogłosiła, że chce się w UE znaleźć jak najprędzej i otworzyła swój rynek na towary stamtąd, dzięki czemu pracę ma tam wiele tysięcy ludzi, u nas tymczasem jest bezrobocie. To nie Unia pomaga Polsce, lecz odwrotnie, to Polska w wielkim zakresie pomaga Unii Europejskiej w pozbyciu się nadwyżek produkcyjnych. Kiedy jednak chcemy wprowadzać bariery celne dla subsydiowanych towarów z Unii, natychmiast słyszymy z Zachodu pouczanie o wolnej konkurencji.
Pamiętamy chyba jeszcze, jak w 1996 r. ówczesny Komisarz UE ds. stosunków z Europą Środkową i Wschodnią, Hans Van den Broek, zaatakował nas za takie „grzechy”, jak: ochrona polskich rafinerii, bezcłowy import części koreańskich samochodów Daewoo, montowanych następnie w Polsce, bariery utrudniające dostęp na polski rynek zachodnich towarów. Zarzuty te były bezsensowne w świetle Układu Stowarzyszeniowego Polski z UE z 9 V 1993 r. dającego nam możliwość przejściowych regulacji celnych, odbiegających od uzgodnień o liberalizacji handlu.
Integracja ze strukturami Unii Europejskiej nie może być celem samym w sobie. Konieczne jest tworzenie jednoznacznej postawy albo będziemy traktowani po partnersku, albo powiedzmy partnerom, że przecież chyba i im, i nam nie o taką Unię Europejską chodziło, bo Polska widzi swe miejsce w Unii Europejskiej jako suwerenny, narodowy, równoprawny jej człon, a nie tracący atrybuty suwerennego państwa luźny związek regionów. A jeżeli kosztami polskiego członkostwa w Unii ma być znaczne osłabienie naszej suwerenności, to trzeba się nad taką integracją poważnie zastanowić. Bo UE może być – jak pisze red. K. Wolicki – zaporą lub filtrem globalizacji, ale może też być jej przekaźnikiem.
Powinniśmy też stworzyć alternatywny program – nie wykluczający starań o wejście do UE. Grupa Wyszehradzka, czyli Polska, Czechy, Słowacja i Węgry, mogłaby budować wspólnotę gospodarczą w regionie, poszerzoną o inne państwa CEFTA (Środkowoeuropejska Strefa Wolnego Handlu) – Rumunię, Bułgarię i Słowenię.
Są też opinie, że Polska jako naturalny partner Stanów Zjednoczonych może być nielojalnym partnerem Unii Europejskiej. Napięcia pomiędzy USA a UE są niekorzystne dla naszych interesów narodowych. Polska mogłaby te napięcia łagodzić. W takim kontekście należy też patrzeć na rolę Niemiec w procesie przyjmowania Polski do UE, zwłaszcza że w Konstytucji RFN nadal istnieje art. 116 mówiący o obywatelstwie niemieckim w granicach z 1937 r. Jednak obecna koalicja lewicowa nie poparła w Bundestagu żądań wypędzonych wobec Polski, co dobrze rokuje na przyszłość.
Ryszard Platek, Kraków

*Spółdzielnia
czy folwark? – cd
W związku z listem pana Jerzego Namysło z Katowic (“Przegląd” z 22 maja br.) chcę podać niektóre fakty, dotyczące działalności pracowników Białostockiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Mimo protestów znacznej części lokatorów bloku przy Al. Solidarności 8 w Białymstoku założono przestarzałe liczniki ciepła “Optronic”. Założenie i rozliczanie zlecono prywatnej firmie “Metrona Polska”, co spowodowało znaczne rozbieżności w rozliczeniach lokatorów. Najlepiej wyszli na tym ci, którzy nie pozwolili u siebie założyć liczników. W rozliczeniach nie uwzględniono faktu, że blok został ocieplony.
Po drugie – zarząd spółdzielni nakazał lokatorom tego bloku założenie liczników na wodę. Koszty tej operacji ponieśli lokatorzy. Liczniki miały wskaźniki przewidujące przepustowość wody na 99999 metrów sześciennych. Po zużyciu około 300-500 metrów spółdzielnia pod pozorem legalizacji tych liczników nakazała ich wymianę na nowe, a kosztami obciążono lokatorów.
W obu przypadkach spółdzielnia powołała się na zarządzenie Głównego Urzędu Miar z dnia 28.08.1995 r. nr 102, które dotyczy nie lokatorów, a spółdzielni jako głównego odbiorcy wody ciepłej i zimnej oraz ciepła. Rozliczenia lokatorów ze spółdzielnią mogą być dokonywane na podstawie liczby lokatorów lub wielkości mieszkań.
Wszelkie uwagi lokatorów były przez zarząd lekceważone. Na prowadzenie procesów cywilnych nie wszystkich lokatorów stać i te sprawy muszą być uregulowane w prawie spółdzielczym. Jeżeli SLD tym się nie zajmie, to straci wielu zwolenników.
Aleksander Jakubowski, Białystok

*Absurdy w opłatach za ciepło
Piszę w sprawie mojej kilkuletniej już walki ze spółdzielnią mieszkaniową o rzetelne naliczanie opłat za centralne ogrzewanie. W 1988 r. kupiłem mieszkanie na terenie Katowickiej Spółdzielni Mieszkaniowej. W 1997 r. zostały w nim zainstalowane na grzejnikach c.o. termoregulatory typu Danfoss RTD 3100-3102.
Od maja 1991 do sierpnia 1999 bywałem w swoim mieszkaniu sporadycznie, w sobotę i niedzielę, pracowałem bowiem za granicą. Przez te lata zużycie ciepła było u mnie minimalne. Wyjeżdżając, wyłączałem grzejniki, wierząc, że tym sposobem zaoszczędzę na kosztach ogrzewania, bowiem nikt nie poinformował mnie, że nie jest to kompletne urządzenie pomiarowe, a tylko jego część, która odcinała dopływ ciepła do grzejnika, ale tego nie rejestrowała. Wyszło to na jaw po otrzymaniu przeze mnie rozliczenia za energię za okres grzewczy: 1997/1998 wykonanego przez firmę Brunpol-Silesia z Katowic, w którym określono zużycie ciepła w moim mieszkaniu (o powierzchni 52,8 m kw.) na 68,1958 GJ. Polecono mi też zapłacić 717,91 zł przy najbliższej opłacie czynszowej jako różnicę pomiędzy zaliczkowymi wpłatami za ciepło ponoszone w czynszu a zużyciem ciepła z rozliczenia. Zwiększono mi również wymiar czynszu. Równocześnie dowiedziałem się, iż mieszkanie sąsiednie o takiej samej powierzchni, położone po drugiej stronie korytarza, ma za ciepło nadpłatę.
Nie mogąc pogodzić się z powyższym, zażądałem od KSM wyjaśnień. Jeżeli przez większą część okresu grzewczego grzejniki w moim mieszkaniu były zakręcone, to nie mogłem zużyć tej ilości ciepła, za jaką zostałem obciążony. W ciągu wielomiesięcznej korespondencji zarówno z KSM, jak i z firmą sporządzającą obliczenia, otrzymywałem tylko odpowiedzi, że obliczenia są wykonane dobrze i mają charakter ostateczny.
W powyższej sprawie zwróciłem się do specjalistów z zakresu ogrzewania w NOT i Polskiego Związku Inżynierów i Techników Sanitarnych w Katowicach. Rzeczoznawca NOT stwierdził, że grzejniki zainstalowane w moim mieszkaniu nie mogły wydzielić takiej ilości ciepła, za jaką zostałem obciążony przez spółdzielnię. Nie mogąc doczekać się rzetelnego wyjaśnienia ze strony KSM, wystąpiłem na drogę sądową o zmniejszenie opłaty za energię cieplną. Liczyłem, że sąd zleci wykonanie ekspertyzy niezależnemu rzeczoznawcy i prawda wyjdzie na jaw. Sprawę jednak przegrałem, bo “nie wykazałem interesu prawnego”.
Do dnia dzisiejszego Zarząd KSM nie wyjaśnił moich wątpliwości, natomiast, oczywiście, domaga się uregulowania przeze mnie narosłej różnicy z tytułu nie zapłaconego ciepła.
Pod koniec stycznia ubiegłego roku wystąpiłem do KSM z wnioskiem o zamontowanie w moim mieszkaniu podzielników ciepła, chcąc przekonać KSM i samego siebie o rzeczywistym zużyciu ciepła przez moje mieszkanie. 20.09.1999 r. firma Brunpol-Silesia zamontowała mi podzielniki ciepła na grzejniki centralnego ogrzewania i już trzy dni później otrzymałem z Brunpolu obliczenia zużycia ciepła. (W piśmie otrzymanym z Brunpolu jest jedno bardzo znamienne zdanie: “Do wyliczenia przyjęliśmy typ grzejnika dominujący na klatce schodowej oraz ilość elementów grzejnych identyczną do mieszkania usytuowanego piętro niżej”, co dobitnie świadczy, że firma wykonująca obliczenia nie miała pojęcia o faktycznej ilości elementów grzejnych w moim mieszkaniu, ani ich mocy. Mimo to twierdziła, że przedstawione rozliczenia za ciepło są wiarygodne).
Rozliczenie, które otrzymałem w październiku 1999 roku, było z dnia 23.07.1999 r. i określiło zużycie ciepła na 104,4 działki na skali podzielników (przypominam, że podzielniki zamontowano u mnie dopiero 20.09.1999 r.). Takiej skali w moich podzielnikach nie ma. Zużycie ciepła w innych mieszkaniach mojego budynku wynosiło do dwudziestu kilku działek. Ponownie zwróciłem się do KSM o wyjaśnienia. Pismo, które otrzymałem 15.11.1999 r., nie pozostawia żadnych złudzeń co do stanowiska KSM w tej sprawie: “Uznajemy, że przyjęty tok rozumowania był właściwy. (…) Kolejne żądania w sprawie ubiegłorocznego rozliczenia mijają się z celem (…). Darzymy pełnym zaufaniem kadrę inżynieryjno-techniczną służb KSM… ”.
Koszty centralnego ogrzewania stanowią najpoważniejszą część opłat czynszowych. Obecnie KSM określa wysokość czynszu za mieszkanie własnościowe o powierzchni 52,8 m kw. na 361 zł miesięcznie, z tego koszt centralnego ogrzewania wynosi 218,59 zł. Daje to rocznie 2623 zł, jest to równowartość około 10 ton węgla. Na cały budynek są to wagony. To przecież absurd.
Postanowiłem zrezygnować z mieszkania w spółdzielni mieszkaniowej i wyprowadzić się. Ale zanim to zrobię, chcę poinformować opinię publiczną o praktykach Katowickiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Z tego, co wiem, nie jestem jedynym, którego spółdzielnia lekceważy i oszukuje, czując się bezkarna. Wiem, że wielu spółdzielców jest w podobnej sytuacji i nic nie może zrobić, aby wyegzekwować swoje prawa.
Ryszard Szymoniak, Katowice

*Obelgi
zamiast dialogu
Niech mi wolno, jako stałemu czytelnikowi “Przeglądu”, wyrazić na łamach tygodnika szczere, serdeczne gratulacje marszałkowi Małachowskiemu za to, że miał odwagę napisać to, co napisał (felieton “Obelgi zamiast dialogu” w 16 numerze “Przeglądu”.
Mimo tego, że jestem ciotecznym wnukiem biskupa, ostatniego Ordynariusza Ziemi Pińskiej, całkowicie i bez reszty zgadzam się z Panem Marszałkiem. “Wielebni” hierarchowie już publicznie dają wyraz swemu niepohamowanemu szkalowaniu bliźnich.
W jakim rozdziale, czy dokumencie jest zapisane, że biskup ma prawo obrażać głowę państwa, przecież każda władza pochodzi od Boga. Tak przynajmniej w okresie powstań twierdzili poprzednicy dzisiejszych biskupów, gdy nawoływali naród polski do wierności dla cara.
W myśl nauk nie wolno nawet obrażać maluczkiego, a co dopiero głowę państwa. Żaden przedwojenny biskup nie śmiał w ten sposób wyrażać się o prezydencie Mościckim. Czy tamci biskupi mieli inną Kinderschule? Na pewno, to widać na każdym kroku. Takt, sposób zachowania i wyrażania trzeba wynieść z domu rodzinnego. Tego nie nauczy żadna katedra teologiczna.
Schodzicie, szanowni purpuraci, do poziomu p. Niesiołowskiego, serdecznie gratuluję.
Tomasz Jan Szczepański, Kołbacz

*Wojsko i obronność kraju
Niedawno obchodziliśmy pierwszą rocznicę wstąpienia Polski do NATO. I bardzo dobrze się stało, że znaleźliśmy się w tym nowoczesnym, superpotężnym i elitarnym sojuszu militarnym demokratycznych państw. Czekaliśmy na to długo, aż za długo. Czy jednak przez ten fakt staliśmy się bezpieczni?
Otóż należy sądzić, że niezupełnie. Świadczy o tym rozpaczliwy wręcz stan polskich Sił Zbrojnych oraz przemysłu zbrojeniowego.
Spróbujmy w telegraficznym skrócie wymienić “zasługi” naszych rządzących w dziedzinie obronności kraju. Oto one:
– doprowadzenie wydatków na obronność do rzędu 2% PKB (tj. najniższych w Europie i jednych z najniższych w świecie);
– pomiatanie żołnierzami zawodowymi poprzez pozbawienie ich kolejnych uprawnień, w tym zaserwowanie im niekorzystnej ustawy emerytalnej (najgorszej wśród państw członkowskich NATO), przy jednoczesnym niezmniejszaniu zakresu ich obowiązków służbowych;
– obniżenie realnych zarobków kadry WP o ok. 7% w stosunku do 1991 r.;
– uporczywe lansowanie w środkach masowego przekazu zafałszowanego obrazu kadry WP;
– prowadzenie restrukturyzacji Sił Zbrojnych: ograniczania stanu liczebności WP, likwidacji kolejnych jednostek wojskowych, ograniczania środków finansowych na szkolenie wojska i jego rezerw, na zakup nowoczesnego uzbrojenia i sprzętu, na remonty koszar, na umundurowanie i wyżywienie żołnierzy, zwalniania tysięcy oficerów w młodym wieku – wysokiej klasy specjalistów różnych dziedzin technicznych;
– dopuszczenie da nieobsadzenia ponad stu etatów w strukturach dowództwa NATO w Brukseli (powodem są oferowane oficerom przez MON żenująco niskie uposażenia, a nie nieznajomość angielskiego);
– doprowadzenie do praktycznej prawie likwidacji jednego z najważniejszych rodzajów Sił Zbrojnych tj. lotnictwa (posiadamy 8 nowoczesnych samolotów, zdolnych do współdziałania z siłami powietrznymi NATO);
– doprowadzenie do tragicznego stanu Obrony Powietrznej Kraju (rolnik z woj. warmińsko-mazurskiego ostrzega o naruszeniu naszej przestrzeni powietrznej przez rosyjskie śmigłowce bojowe!);
– doprowadzenie do znacznego zużycia z powodu niedostatecznych środków finansowych na wojsko, rezerw strategicznych (istniejące zapasy pozwalają na prowadzenie walki jedynie przez kilka dni – ujawniano to zostało w prasie wg przecieków z sejmowej Komisji Obrony Narodowej);
– zużycie techniczne obecnego na wyposażeniu wojska sprzętu i uzbrojenia sięgające 60-70% przy jednoczesnej jego wymienialności poniżej 1% rocznie;
– dyletanctwo i nieuctwo cywilnych pracowników MON-u w zakresie znajomości realiów dotyczących obronności kraju;
– uporczywe niewykorzystywanie wiedzy fachowej i praktycznej oraz doświadczenia wyższych oficerów WP przez obecnych decydentów i sterników nawy państwowej;
– doprowadzenie do zapaści wojskowej służby zdrowia;
– doprowadzenie do upadku polskiego przemysłu zbrojeniowego poprzez częściową utratę kontroli państwa nad nim, nieprzemyślaną prywatyzację, niedofinansowanie tego przemysłu, wstrzymanie programu budowy i produkcji wielozadaniowego śmigłowca HUZAR, niedokończenie programu IRYDA, radykalne zmniejszenie zamówień na sprzęt techniczno-bojowy składanych przez MON i MSW (w rezultacie dziesiątki tysięcy pracowników tego przemysłu znalazło się na bruku, a państwo straciło cenne rynki zbytu i dewizy ze sprzedaży uzbrojenia).
Wymieniłem tylko niektóre “grzechy miłościwie nam panującej koalicji”. Wracając do odpowiedzi na zadane wcześniej pytanie, czy jesteśmy bezpieczni? Myślę, że wiele wymienionych wcześniej mankamentów polskiej obronności wskazuje na stan jej permanentnego zagrożenia.
Pogłębia ten stan rzeczy zbyt mała znajomość problemaów obronności państwa przez jego decydentów politycznych. Dotyczy to zwłaszcza tych polityków, którzy jeszcze tak niedawno krzyczeli o konieczności cywilnej kontroli nad armią. Cywilna kontrola stała się faktem. I bardzo dobrze, gdyż jest to ogólnie przyjęte w demokratycznych państwach.
Jest tylko jedno “ale”. W czołowych i przodujących państwach należących do NATO – w USA, Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii wszyscy urzędnicy państwowi od szczebla dyrektora departamentu oraz politycy w randze ministerialnej i wyżej są zobowiązani do ukończenia studiów (kursów) strategii obronnej na akademiach wojskowych. Bez ich ukończenia stanowisk po prostu nie obejmą. U nas jest rzeczą quasi-wstydliwą, żeby minister obrony lub kandydat na niego studiował na wydziale strategiczno-obronnym Akademii Obrony Narodowej. Przecież “jakiś generał” nie może być, nawet chwilowo, jego szefem. Nakłada się na to brak osobistych doświadczeń wśród elit politycznych, nabywanych w czasie służby wojskowej, dającej kwalifikacje oficera rezerwy. Nie pozwala to tym elitom spojrzeć na żołnierzy zawodowych – obywateli naszego kraju, jako na element systemu obronnego państwa. Każe natomiast traktować ich jako wyimaginowanych przeciwników politycznych, podlegających totalnemu zwalczaniu. Rządząca krajem koalicja wmawia społeczeństwu, że obronią nas w razie ewentualnej agresji zjednoczone siły NATO. Pewnie tak, tylko kiedy? Otóż siły zbrojne naszych sojuszników zostaną uruchomione do “braterskiej pomocy” po uzyskaniu zgody przez parlamenty państw członkowskich NATO, tj. najwcześniej po 10-15 dniach (casus – interwencja na Bałkanach). Oznacza to, że nasza armia musiałaby obronić nasz kraj do tego czasu. Sama. Obecny stan zapasów materiałowych Sił Zbrojnych, ich wyszkolenie, mobilność oraz wyposażenie bojowe nie pozwalają im na wykonanie obowiązku obrony ojczyzny.
Stara rzymska zasada mówi: Si vis pacem – para bellum (Jeśli chcesz utrzymać pokój – bądź przygotowany do wojny). Myślę, że warto ją zadedykować naszym rządzącym politykom. Tadeusz Podkowa
Zagórzyce

Wydanie: 24/2000

Kategorie: Od czytelników

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy