Listy od czytelników nr 10/2018

Listy od czytelników nr 10/2018

Policja nie musiała skuwać Frasyniuka
W związku z tym, że w publicznej dyskusji, także na łamach PRZEGLĄDU, wywołanej zatrzymaniem i skuciem w kajdanki Władysława Frasyniuka, wypowiadane są zdania zupełnie oderwane od stanu prawnego i bałamutne, warto przypomnieć obowiązujące przepisy. Reguluje to w miarę precyzyjnie ustawa z 24 maja 2013 r. o środkach przymusu bezpośredniego i broni palnej (dalej w skrócie: ustawa).

Po pierwsze, nie ma ustawowego nakazu zakuwania w kajdanki kogokolwiek, a już w szczególności skuwania rąk z tyłu! Ilekroć jest w ustawie mowa o użyciu kajdanek lub innych środków przymusu bezpośredniego, ustawa mówi, „że można ich użyć lub wykorzystać”. Nigdzie nie jest napisane „należy użyć lub wykorzystać” lub „używa się i wykorzystuje” (art. 11 pkt 11, a także art. 13 ust. 1).

Po drugie, zatrzymanie i przymusowe doprowadzenie nie jest „konwojowaniem” w rozumieniu ustawy (por. art. 4 pkt 4 i art. 13), a przy zatrzymaniu i doprowadzeniu mamy do czynienia z „prewencyjnym użyciem kajdanek” (art. 13 ust. 1). Przy takim zatrzymaniu „kajdanki można nałożyć na ręce trzymane z przodu”.

No i rzecz najważniejsza. Środki przymusu bezpośredniego należy stosować „w sposób wyrządzający możliwie najmniejszą szkodę” osobie, w stosunku do której są one podejmowane (art. 7 ust. 1). Ta szkoda może mieć charakter niematerialny, np. naruszenie dóbr osobistych osoby zatrzymywanej (art. 7 ust. 1 ustawy, a także art. 15 ust. 6 ustawy o policji).

Reasumując. Policja, mając nakaz prokuratora, musiała zatrzymać i doprowadzić Władysława Frasyniuka do prokuratury. Nie musiała zatrzymywać go o godz. 6.00 rano. Nie musiała skuwać go kajdankami, a już w szczególności z rękami do tyłu.

Jan Widacki

Historia i odwety
W warunkach pokojowych Solidarność obroniłaby się zapewne przed delegalizacją. Może gen. Jaruzelski postąpił zbyt radykalnie, wprowadzając stan wojenny, ale toczyła się gra z niewiadomym wynikiem i nie bez zagrożeń, a mediacja Kościoła nie została wysłuchana. Kiedy działacze opozycji głosowali na niego jako prezydenta Rzeczypospolitej, nie mieli wątpliwości, że głosują na osobę ze stopniem generalskim, tak też zwracał się do niego Jan Paweł II, a wolna Polska pochowała go z godnością.

Andrzej Lam

Premier z Breslau
Mateusz Morawiecki miał być nową wizytówką „dobrej zmiany”, inteligentnym i obytym światowcem. Okazał się tępym, zakompleksionym i niedouczonym zawistnikiem. Czyli, jak zazwyczaj, wyraźnie widać rozziew między planem i realizacją.

Domyślam się, że pan Morawiecki, zamiast chodzić na zajęcia na studiach historycznych, z zapałem i potajemnie planował, jak obalić komunę i w ten sposób przypodobać się niewidywanemu ojcu.

Jednak jego polityczny promotor i animator pilnie studiował ówczesną teorię państwa i prawa oraz filozofię marksistowską, co udowodnił, zdając na piątkę egzaminy doktorskie. Wiedział zatem dr J.K., że kadry decydują o wszystkim.

Dlaczego więc dobrał sobie, mówiąc jego plugawym językiem, kadry najgorszego sortu?

Chce rozwalić własne dzieło od środka? Zapomniał, po co to wszystko robi? Tak się zapamiętał, że nie widzi dalej niż doraźna perspektywa? Nie pojmuję.

Robert Koza

Fikcja niepotrzebnych linii
W tekście „Tu nie ma życia bez samochodu” (PRZEGLĄD nr 8) czytam o likwidowaniu nierentownych połączeń autobusowych. Dręczy mnie pytanie: jak wiele z nich zamknięto jako „niepotrzebne” na podstawie analizy sprzedaży biletów, której wyniki dają fałszywy obraz rzeczywistości?

Wiecie o czym mówię? Pewnie wiecie, ale nie widzicie powodu, żeby mówić o tym głośno. Kiedy jako dziecko jeździłam do babci na wakacje, ostatnie 5 km, z Praszki do Przedmościa, jechaliśmy furmanką, a czasem taksówką. Potem, dzięki staraniom miejscowej ludności, przedłużono jedną z linii PKS, a mnie cieszyło, że jest autobus relacji Katowice-Przedmość. Później autobusów przybywało.

Po iluś latach ze zdziwieniem i zażenowaniem poznałam codzienną praktykę kierowców sprzedających bilety. Pasażer płacił kierowcy mniej niż za bilet, biletu nie dostawał. Kierowca miał swój zarobek, a właściwie, nazywając rzecz po imieniu, kasę uzyskaną metodą żebraczo-złodziejską. A bilety nie były sprzedawane, więc uznawano, że pewnie linia jest niepotrzebna.

Że to niby przeszłość? Nic podobnego. To codzienność na znanej mi linii podmiejskiej z Wrocławia do jednej z miejscowości podwrocławskich (i z pewnością nie tylko tutaj). Tu też sprzedażą biletów zajmuje się kierowca. I tu również mało kto ogląda bilet, ale pasażer jest zadowolony, bo jedzie ciut taniej, niż gdyby kupił bilet. To jest społecznie akceptowane! Ja jestem czarną owcą, mówię: „Poproszę bilet”. Ale nie umiem powiedzieć kierowcy w oczy: „Jest pan złodziejem”. A może powinnam…

Hanna Garyga

Marksizm w chińskim wydaniu
Marksizm został zaadaptowany do chińskiej cywilizacji – stwierdził na spotkaniu Wrocławskiego Klubu Dobrej Pamięci prof. Zbigniew Wiktor, autor wielu publikacji i książek o Chinach. Prowadzący spotkanie prof. Andrzej Małkiewicz zaprezentował osiągnięcia Chin w ostatnich dziesięcioleciach. Od 1978 r. dochód tego kraju wzrastał średnio o 9% rocznie. Szacuje się, że USA są zadłużone w Chinach na 3 bln dol., ale nieoficjalne źródła mówią o kwotach znacznie wyższych. PKB Chin jest ponad 25 razy większy od polskiego. Z tezą prof. Wiktora polemizowali inni uczestnicy debaty, którzy uważali, że pod przykrywką ideologii marksistowskiej Chiny budują kapitalizm. W trakcie debaty postawiono tezę, że Chiny wraz z Rosją stworzą w niedalekiej przyszłości gigantyczne imperium gospodarcze. Jednak padła także inna teoria: Rosja stanie się wkrótce półkolonią Chin, bo widać, że nie potrafi dotrzymać kroku Państwu Środka, a w Syberii Chińczycy widzą nowe tereny do zasiedlenia i ekspansji gospodarczej. Dzisiaj finansowo i technologicznie Rosja została w tyle i staje się jedynie zapleczem surowcowym dla chińskiej gospodarki. Kompromisu w debacie na ten temat nie osiągnięto.

Czesław Cyrul

Wydanie: 10/2018

Kategorie: Od czytelników

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy