Listy od czytelników nr 20/2015

Listy od czytelników nr 20/2015

Zadanie dla PIW

Znacznie zmalała u nas ostatnio liczba (choć nie zawsze ranga) krytyczno-naukowych edycji dzieł klasyków literatury polskiej. Czy nie czas byłoby zewidencjonować potrzeby i zlecić czuwanie nad ich realizacją, niekoniecznie dochodową, Państwowemu Instytutowi Wydawniczemu? Znakomita tradycja wzorowego edytorstwa tu i ówdzie jeszcze się kołacze (Witkacy, Białoszewski), ale bez jej pielęgnowania i kontynuowania może rychło się zamienić w doraźne amatorstwo. Krytycznych wydań nie mają czołowi pisarze polscy XX w., dzieła dawniejszych żółkną, rozpadają się i pokrywają bibliotecznym kurzem. Należy dodać, że do chlubnych wyjątków należy Biblioteka Pisarzy Staropolskich Instytutu Badań Literackich, choć mało kto troszczy się o jej upowszechnienie, więc te tytuły są nieobecne w mediach i rankingach.

Andrzej Lam

Wstydliwe tematy

Dobrze, że dr Urszula Glensk przypomniała, jak wyglądała II RP, do której tak tęsknią elity III RP („Wstydliwe sprawy II RP”, PRZEGLĄD nr 16). Polska międzywojenna biedą, koniem i gruntową drogą stała. Weźmy samochody – w 1938 r. w Niemczech na 1000 mieszkańców przypadało 19,6 samochodu osobowego, w Polsce tylko 0,62. Z całej liczby 24 tys. samochodów, które jeździły po Polsce, ponad 8 tys. jeździło po Warszawie, 6 tys. w Krakowie, reszta w innych większych miastach. W województwie białostockim, mającym wtedy ponad 30 tys. km kw. i prawie 2 mln ludności, było aż 126 samochodów! Nigdy nie zrozumiem, jakim cudem w ciągu 40 lat PRL ludzie zapomnieli o biedzie, z jakiej ich wydobyto, i jaki skok naprzód w tym okresie się dokonał. Nigdy nie zrozumiem, jaki trzeba mieć kręgosłup moralny, by zakłamywać czas międzywojenny, wmawiając wszystkim, że każdy żył wtedy w dobrobycie, choć 90% ludności żyło w wielkiej biedzie.

Magoo

Moja historia

W czasie wojny mieszkałem w Łodzi, nazwanej przez okupantów Litzmannstadt. Do szkoły nie chodziłem, bo nauka polskich dzieci na ziemiach włączonych do Rzeszy była zakazana. Po ukończeniu 12 lat byliśmy przeznaczeni do niewolniczej pracy, a po wyeksploatowaniu sił do eksterminacji. Na szczęście brakowało mi kilkunastu miesięcy do włączenia w szeregi małych niewolników. 19 stycznia 1945 r. zostaliśmy wyzwoleni z koszmarnej okupacji hitlerowskiej przez Armię Czerwoną i Wojsko Polskie i natychmiast zostaliśmy „zniewoleni”, o czym wtedy nie wiedzieliśmy. Przeciwnie, przeżywaliśmy euforię wolności. Jako „zniewolony” jedenastolatek musiałem po raz pierwszy pójść do szkoły i pilnie się uczyć, aby nadrabiać zaległości. W bojach o wyzwolenie mojego miasta poległo wielu żołnierzy Wojska Polskiego i Armii Czerwonej. Poległym czerwonoarmistom wdzięczni łodzianie stworzyli cmentarz wojenny z ładnym pomnikiem w parku im. Poniatowskiego. W 1974 r. w czasie spaceru zobaczyłem przy jednym z grobów zapłakaną, zniszczoną życiem, biedną starowinkę, która usiłowała zapalić cienką, prawosławną świeczkę. Pośpieszyłem z pomocą. Zaproponowałem posiłek w domu, ale odmówiła, bo przyjechała z wycieczką i była umówiona z kierowcą autokaru, który miał po nią przyjechać. Ta staruszka od zakończenia wojny zbierała pieniądze, aby przyjechać na grób synka. Tak, synka, bo Anton Sokolenko miał zaledwie 18 lat i poległ po tygodniu wojaczki. Kiedy mieszkałem w Łodzi, co roku w dniu Wszystkich Świętych zapalałem świeczkę Antosiowi. Teraz mieszkam daleko, ale ilekroć jestem w rodzinnym mieście, pamiętam o grobie tego dzieciaka, czerwonoarmisty. Cmentarz jest dziś sporo mniejszy i zaniedbany. Nowe władze pomnik zburzyły, szczątki z indywidualnych grobów szeregowców przeniesiono do wspólnych mogił. Według obecnych władz Łodzi, w tych grobach leżą nie wyzwoliciele miasta, ale najeźdźcy, którzy na bagnetach przynieśli komunizm i nas zniewolili. Ilekroć słyszę wypowiedzi w tym tonie różnych mężów stanu, polityków, redaktorów, specjalistów od fałszowania historii, widzę zapłakaną matkę Antosia, a także makabryczne sceny z czasów okupacji hitlerowskiej. Po żałosnym incydencie z rosyjskimi motocyklistami specjalnie pojechałem do Łodzi ze świeczką na grób Antosia, aby uczcić pamięć jego i innych tam pochowanych wyzwolicieli miasta.

Grzegorz Ulman

Zapomniana tragedia więźniów obozu Neuengamme

Wśród obchodów wielu bolesnych rocznic nie powinna nam umknąć pamięć o tragedii więźniów obozu koncentracyjnego Neuengamme w Hamburgu. W końcowej fazie wojny okupanci przywieźli tam wielu więźniów, m.in. z Auschwitz. 3 maja 1945 r. na polecenie Himmlera wszystkich więźniów (ok. 11,6 tys. osób), w większości Polaków, załadowano na trzy okręty: „Cap Arcona”, „Thielbeck” i „Deutschland” i zamknięto pod pokładem. Statki w Zatoce Lubeckiej pozostawiono bez paliwa, ponieważ planowano ich zatopienie. W tym czasie dowództwo brytyjskie nadało przez radio ostrzeżenie dla jednostek niemieckich, by zawinęły do portów pod groźbą zbombardowania. Statki z więźniami pozostały jednak na morzu. Około południa nadleciały brytyjskie samoloty i zbombardowały tranport. Marynarze i esesmani rzucili się do łodzi ratunkowych. Nielicznym więźniom, którym udało się wydostać spod pokładu, pozostawało skakać do wody. Ocalało tylko ok. 300 osób. W następnych dniach morze wyrzucało na brzeg setki ciał. Grzebano je pośpiesznie w zbiorowej mogile w Lubece, często bez oznakowania. Na jednym z grobów alianci umieścili tablicę informującą, że w tym miejscu spoczywają zwłoki 7 tys. więźniów 12 narodowości, w tym Polaków. O ile wiem, Polska jest jedynym krajem, który nie upamiętnił w żaden sposób zamordowanych rodaków. Nie słyszałem też, by w ciągu 70 lat od tragedii delegacje państwowe czy kościelne oddawały tam hołd tysiącom ofiar. Chcę zapytać nie tylko o obecność polskich delegacji w Neuengamme, ale też o możliwość upamiętnienia pomordowanych polskich obywateli pomnikiem w tym miejscu oraz o to, czy IPN wystąpi do władz brytyjskich o wyjaśnienie, jak doszło do tego, że ich lotnictwo zbombardowało trzy statki wypełnione więźniami obozu koncentracyjnego.

Stały czytelnik

Wydanie: 20/2015

Kategorie: Od czytelników

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy