Listy od czytelników Nr 35/2016

Listy od czytelników Nr 35/2016

Medale i bezlitosna arytmetyka
Irytują mnie stwierdzenia, że polscy sportowcy zdobyli na minionych igrzyskach najwięcej medali w XXI w. Po 1989 r. na siedmiu igrzyskach od Barcelony w 1992 r. po Rio polscy sportowcy zdobyli łącznie 91 medali, co daje średnią 13 medali na jedne letnie igrzyska. Z Rio przywieźliśmy ich 11. W klasyfikacji medalowej Polska plasowała się od 19. miejsca w Barcelonie i do 32. w Rio.
Na siedmiu wcześniejszych igrzyskach, począwszy od Rzymu w 1960 r. po Seul w roku 1988, nasi sportowcy zdobyli 157 medali, czyli średnio 22 medale na jedne zawody, lokując Polskę na miejscach od 6. do 20. Wszystko to działo się w czasach znienawidzonej „niesuwerennej” władzy, która podobno bardziej dbała o swoje interesy niż o młodzież. I podobno tylko w we własnym interesie zakładała setki nowych klubów, budowała nowe stadiony, nie mówiąc o 1000 szkół z salami gimnastycznymi. A 10 lat po II wojnie światowej biedny i zrujnowany kraj kierowany przez „komunistów i lewaków” mógł się pochwalić takim rozwojem społeczeństwa, że na igrzyskach w Rzymie polscy sportowcy osiągali rezultaty plasujące ich w światowej czołówce. Można tylko życzyć więcej prawdy i pokory mediom i ludziom kierującym propagandą w III i IV RP.
Andrzej Kotnowski


W Warszawie nie było komisarzy
W wywiadzie na temat stanu współczes­nego samorządu lokalnego w Polsce „Samorząd na celowniku” (PRZEGLĄD nr 30) znalazły się błędne informacje. Po 1989 r. Warszawa nie miała żadnego prezydenta stolicy komisarza. Wymienieni w tekście Mirosław Kochalski i Kazimierz Marcinkiewicz w okresie po wygaśnięciu mandatu Lecha Kaczyńskiego (9 lutego 2006 r.) nie stanowili zarządu komisarycznego, tylko pełnili obowiązki prezydenta stolicy. Zgodnie z ustawą o samorządzie gminnym zarząd komisaryczny jest ustanawiany przez premiera w sytuacji „nierokującego na szybką poprawę i przedłużającego się braku skuteczności w wykonywaniu zadań publicznych”. Takiej sytuacji w 2006 r. w stolicy nie było.
Prof. Jacek Wojnicki, Wydział Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW


Ukraińcy nie chcą przyznać się do zbrodni
Ludobójstwa na ludności polskiej dokonano nie tylko na Wołyniu, o czym od jakiegoś czasu wreszcie się pisze, ale we wszystkich południowo-wschodnich województwach II RP, aż po granicę na łańcuchu Karpat. Na Huculszczyźnie, we wsi Żabie, 8 października 1943 r. mały oddział UPA zabił strzałami z karabinu moich rodziców. Stało się to na moich oczach i mimo upływu wielu lat to przeżycie wraca do mnie codziennie. Mój ojciec, inż. Witold Tyski, był w czasie wojny leśniczym w Żabiem.
Nie uznaję odpowiedzialności zbiorowej, ale mam do Ukraińców uczucie niechęci i żalu, spotęgowane tym, o czym przekonałam się, przebywając przez kilka miesięcy w latach 1991-
-1994 na Ukrainie, głównie w Worochcie, ale także we Lwowie i Truskawcu. Przekonałam się, że Ukraińcy – przynajmniej ci, z którymi rozmawiałam – nie chcą uznać za zbrodnię tego, co zrobili ich rodacy. W rozmowach na ten temat dominowały trzy typy postaw. Pierwsza to zaprzeczenie, że coś takiego się odbywało, wyrażające się w stwierdzeniach: „Nic podobnego, Ukraińcy nigdy nie zabijali Polaków. To jakaś potwarz”. Druga to bagatelizowanie. Tak mówili ludzie starzy, którzy pamiętali wojnę. Twierdzili, że były jakieś zatargi, nawet jakieś walki między Polakami a Ukraińcami, ale to były osobiste konflikty. No i była wojna, działy się różne straszne rzeczy. Trzecia postawa to pochwała zbrodni. Charakteryzuje ona przede wszystkim młodych mężczyzn. Mówili: „Ukraińcy słusznie zabijali Polaków”. Tu następowała różna motywacja – bo np. „polskie władze przed II wojną światową nie dopuszczały Ukraińców do szkół, bo Polacy zajmowali nasze ziemie, bo po zawarciu unii brzeskiej siłą narzucali nam katolicyzm”. I ta najważniejsza przyczyna: „Bo Polacy nami gardzili”.
Ani jeden Ukrainiec nie powiedział: „Stała się rzecz straszna. UPA zabiła tysiące niewinnych ludzi tylko dlatego, że byli Polakami. U podstaw tej zbrodni leżała ideologia faszystowska”. Dlatego uważam, że w idei wzajemnego wybaczania (my Ukraińcom, oni nam) leży błąd. Tak jak w tym grupowym wybaczaniu będącym pustym gestem, którym władze chcą coś załatwić. Ludzie z dawnych Kresów Wschodnich, którym stała się krzywda ze strony nacjonalistów ukraińskich, oraz ich potomkowie nie są pozytywnie nastawieni do takiego „przyklepywania” zbrodni ludobójstwa na Polakach. Dla nich ważne jest wyjaśnienie do końca tych mordów i spowodowanie, żeby wszyscy w Polsce i w świecie o nich się dowiedzieli. A także by Ukraina do tych wydarzeń się przyznała, by przestała wielbić bojowników UPA, a uznała, że byli to zbrodniarze. Inaczej będziemy przepraszać Ukraińców za nasze winy (oczywiście były różne winy Polaków, głównie władz), a oni przyjmą to z zadowoleniem. Coraz mniej licznym Kresowianom nie o zemstę chodzi, ale o oficjalne wyjaśnienie prawdy. Bez nieustannej dyplomacji i uników.
Moi rodzice byli przyjaźnie nastawieni do okolicznych Hucułów. Jednak to jeden z tamtejszych chłopów wskazał oddziałowi UPA Polaków, o czym dowiedziałam się w Żabiem od starej Ukrainki, która uratowała swojego męża Polaka, ukrywając go w ziemiance. Było to w 1945 r., kiedy Huculi wymordowali ostatnich Polaków, nielicznych spokrewnionych z Ukraińcami, którzy wierzyli, że są bezpieczni.
Joanna Tyska-Kobylińska, Chorzów


Wszystkie imiona globalnej nomadki
W reportażu „Wszystkie imiona globalnej nomadki” (PRZEGLĄD nr 20) znalazły się nieścisłości dotyczące mojej osoby, jak też stosunku mojego i mojej rodziny do bohaterki reportażu, Rady.
Nie jestem brokerem. Jestem biznesmenem. Działam na rynku nieruchomości, a także w branży maszyn drukarskich oraz technologii i lotnictwa. Nigdy nie mówiłem o interesach w Moskwie.
W tekście napisano, że Rada mieszkała w moim domu rodzinnym kilka tygodni. To nieprawda, mieszkała tam zaledwie pięć dni. Mieszkanie jest na tyle duże, że każdy mógł mieć własną przestrzeń. Także ona i jej córka. Jednak ona wolała żyć osobno.
Nieprawdą jest także, że mój ojciec nie zgodził się na dobudowanie piętra. W ogóle artykuł przedstawia go jako czarny charakter. W rzeczywistości on się z Radą praktycznie nie kontaktował, więcej – jeśli trzeba było, podawał jej lunch.
Rada żali się, że w moim domu czuła się jak w klatce. A ja przecież cały czas traktowałem ją jak księżniczkę. Mogła robić, co chciała, mogła spotykać się z innymi ludźmi. Nie poślubiłem jej dla pieniędzy, nigdy nie prosiłem jej o nie. Przeciwnie, to ja od 2012 r. pomagałem jej jako samotnej matce. Starałem się być dla niej kotwicą i oparciem, tak samo cała moja rodzina. Ale ona jest Cyganką, ma wolną naturę. Przywykła do niezależnego życia.
W tekście zasugerowano również, że nie rozumiem, że to mężczyzna gwałci, że uważam, że skoro kobiety noszą dekolty i krótkie spódnice, nie powinny się dziwić, że są gwałcone. To wszystko nieprawda. Proszę nie łączyć mnie ze słowem gwałt, ponieważ nie mam z tym żadnego związku w jakimkolwiek sensie.
Vivek P., Bombaj

Wydanie: 2016 35/2016

Kategorie: Od czytelników

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy