Listy od czytelników nr 48/2018

Listy od czytelników nr 48/2018

Miasta dla ludzi, nie dla samochodów
Ciekawe, że wszyscy ci blacharze, którzy rozprawiają o szybkiej komunikacji samochodowej, rękami i nogami bronią się przed trasą szybkiego ruchu pod swoim domem. Przecież to tylko ułatwi wam dojazd, nieprawdaż?

Krzysztof Rosa

Sam jestem ofiarą samochodozy. Zbudowali mi jedną z tych tras pod domem, dewastując wizualnie przestrzeń i sprawiając, że więcej czasu zajmuje mi przejście na drugą stronę niż niejednemu dojazd z odległej wioski. No ale to poza szczytem. W szczycie nawet nie płaczę, że nie jestem w stanie wyjechać na ulicę. Pieszo wyprzedzam wszystkich. A w każdym autku 1,1 osoby. Cały korek zmieściłby się w dwóch autobusach.

Wojtek Chmielewski

Nie pamiętacie już, jak było za „naszych czasów”. Do szkoły „z buta” – 10 min, do warzywniaka, piekarni, samu też coś koło tego. Kiedyś się dało, teraz nie?

Krzysztof Kuś

No dobra, ale niech ta komunikacja miejska będzie punktualna. Ile można się spóźniać do roboty, bo 112 jeździ sobie, jak chce?

Stanisław Paluch

W Gdańsku jest kolej metropolitalna, żeby dojeżdżać na lotnisko w Rębiechowie. Tyle że nie dojedziesz nią na poranne loty, bo nie kursuje o tej porze. Ale można wyjechać wieczorem poprzedniego dnia i przesiedzieć w holu do rana. Nie trzeba używać auta.

Michał Piotrowski

To było malutkie ziarnko grochu
Historia pani Joanny Górskiej, która mówi o sobie: „Wyjątkowo o siebie dbałam – nie piłam, nie paliłam papierosów, uprawiałam sport, od dawna się nie stresowałam, nie jadłam mięsa i nagle się okazało, że mam raka”, dowodzi, jak bezsensowne jest rezygnowanie ze strachu przed rakiem z wielu małych przyjemności, takich jak smaczne jedzenie czy umiarkowane spożywanie alkoholu, opalanie się itp. Przyczyny chorób nowotworowych są tak złożone i różnorodne, że nie jesteśmy w stanie ogarnąć wszystkich czynników, które je powodują. Trzeba po prostu żyć i czerpać z życia jak najwięcej radości.

Krystyna Jankowska

Dlaczego Żwirko nie awansował
W artykule „Polskie listopady” (PRZEGLĄD nr 46) Wiesław Kot napisał o por. pil. Franciszku Żwirce i szkole lotniczej w Grudziądzu. Jest tam trochę nieścisłości. W Grudziądzu nie było szkoły oficerskiej, była natomiast w latach 1921-1925 Wyższa Szkoła Pilotów, szkoląca podoficerów i oficerów pilotów służby stałej i rezerwy w sztuce tzw. wyższego pilotażu.

Franciszek Żwirko nie był nigdy kadetem, tj. uczniem średniej szkoły wojskowej w Polsce. Jako zmobilizowany w 1915 r. absolwent progimnazjum w Wilnie i średniej szkoły technicznej został skierowany do oficerskiej szkoły piechoty w Irkucku, którą ukończył w stopniu podpraporszczyka (plut. pchor.). W armii carskiej doszedł do stopnia sztabskapitana (por.). Następnie wstąpił do Korpusu Polskiego gen. Dowbora-Muśnickiego. Po rozbrojeniu i internowaniu korpusu przez Niemców uciekł do Rosji, wstąpił do Armii Ochotniczej gen. Denikina, by móc się zgłosić do szkoły obserwatorów lotniczych prowadzonej przez Francuzów. Ukończył ją z tytułem obserwatora lotniczego, ponadto posiadł podstawowe umiejętności pilota. Latał bojowo jako obserwator lotniczy. W 1921 r. przez Turcję i Rumunię powrócił do Polski. Jako byłego „denikinowca” nie przyjęto go do zawodowej służby wojskowej. Zgłosił się jednak do Szkoły Pilotów w Bydgoszczy jako cywil rezerwista i ukończył ją w 1923 r., uzyskując uprawnienia pilota wojskowego rezerwy.

Następnie przyjęto go do zawodowej służby wojskowej jako dobrego pilota. Został zweryfikowany jako porucznik WP ze starszeństwem z 1919 r. Jako zawodowy porucznik pilot ukończył Wyższą Szkołę Pilotów w Grudziądzu w 1924 r., uzyskując uprawnienia pilota myśliwców. Służył jako pilot w 18. Eskadrze Myśliwskiej 1. Pułku Lotniczego w Warszawie. Aż do śmierci nie awansował pomimo uprawnień instruktorskich pilotażu i 15-letniego stażu, nie miał bowiem matury ogólnokształcącej i był „denikinowcem”. W 1931 r. Żwirko został przeniesiony na stanowisko dowódcy eskadry szkolnej Centrum Wyszkolenia Oficerów Lotnictwa w Dęblinie (etat majora).

Jacek Tyliński

Co z roku 1918 powinna przejąć dzisiejsza władza
Wydaje się, że niedościgłym wzorem z 1918 r. jest Ignacy Daszyński, który miał szacunek dla przeciwników politycznych, szukając w każdej sytuacji rozwiązania, pod którym obie strony mogły się podpisać. Nie inwektywy, złośliwości, ale merytoryczne ujmowanie problemu i poszukiwanie rozwiązań dobrych dla wszystkich. Kultura osobista i pryncypia nieuwalniające najgorszych pokładów ludzkich słabości. Trudne, ale w cywilizowanym świecie absolutnie możliwe. I jeszcze jedno – dobrze byłoby mieć polityków z wizją przyszłości, takich jak Daszyński czy Moraczewski, bo propozycje ówczesnego rządu socjalistów – ośmiogodzinny dzień pracy, prawa wyborcze kobiet, powszechne szkolnictwo i opieka zdrowotna – były absolutnie awangardowe w Europie. I nadal aktualne.

Tadeusz Kalinowski

Bircza wraca jak bumerang
Pan Jacek Boki, o którym mowa w artykule „Bircza wraca jak bumerang” (PRZEGLĄD nr 46), przekonując podczas sesji elbląskiej rady miejskiej do nadania rondu nazwy obrońców Birczy, użył całkowicie fałszywego argumentu, jakoby Birczy broniła Armia Krajowa. Przytoczył nazwiska dwóch (!) z ok. 10-15 tys. żołnierzy, jacy przewinęli się tam w latach 1945-1946, którzy rzeczywiście wcześniej walczyli w 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. Według niego był to wystarczający argument, aby wspólnie z PiS przegłosować w radzie uchwałę, która odbiera zasługi i chwałę żołnierzom Ludowego Wojska Polskiego, funkcjonariuszom KBW, MO i UB, za to całkowicie kłamliwie zasługę obrony Birczy przypisuje nieobecnej tam AK. To samo powtórzył zresztą później, podczas swojej przemowy w czasie uroczystości odsłonięcia pomnika i nadania nazwy temu rondu. To bezczelne kłamstwo i historyczna manipulacja.

Robert Koliński

Wydanie: 48/2018

Kategorie: Od czytelników

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy