Listy i e-maile

Listy i e-maile

Co z podatkami od firm zagranicznych? Sytuację finansów państwa polskiego określa się obecnie jako katastrofalną, niezbyt się zresztą przejmując kwestią odpowiedzialności. Pomysły Ministerstwa Finansów mające zażegnać kryzys to przede wszystkim zamrożenie rent i emerytur, podniesienie stawek VAT m.in. na materiały budowlane i art. dziecięce, likwidacja zasiłków rodzinnych itp. Jak widać, zarówno zmniejszenie wydatków, jak i zwiększenie dochodów (VAT, podatek importowy) mają obciążyć najgorzej sytuowanych. Ciekawe, że i czynniki oficjalne, i media ignorują sprawę ściągalności podatków od działających w Polsce firm zagranicznych. Temat ten poruszyli nieliczni politycy opozycji, którym zarzuca się populizm. Twierdzą oni, że wszystkie firmy zagraniczne wykazują zerowe dochody, a więc nie płacą podatku dochodowego. Wygląda na to, że sprzedaż państwowych firm inwestorom zagranicznym zaowocuje dalszym zmniejszeniem podatków. Nasuwa się pytanie, czy prywatyzacja nie jest takim „interesem”, który będzie przedmiotem „polskich kawałów” (polish jokes). Stanisław Piątek, Rzeszów Dziwne transakcje MON W artykule „Dziwne transakcje MON” (nr 31 z 30 lipca) znalazł się następujący fragment: „W tym kontekście (podejrzanych kontraktów dla wojska – A.T.) powraca postać gen. Adama Tylusa, doradcy min. Komorowskiego, który kilka lat temu doprowadził do podpisania przez MON umowy na dostawę terenowych mercedesów dla armii. Sporo nas (podatników) ona kosztowała. Niektóry pytają, czy to nie efekt bliskości salonu Mercedesa Sobiesława Zasady, usytuowanego przy warszawskim Krakowskim Przedmieściu, w monowskim »domu bez kantów«? Wracając do Tylusa – zasłynął on w historii MON jako oficer, który po otrzymaniu stopnia generała jeszcze tylko trzy miesiące pracował w ministerstwie, a potem odszedł na własną prośbę i pracował przez dłuższy czas w jednej z firm należących do Sobiesława Zasady”. Wyjaśniam: Na stopień generała brygady zostałem mianowany 11 listopada 1992 r. Wydarzenia i rozmowy, które spowodowały, iż podjąłem decyzję o odejściu z wojska, rozegrały się pod koniec tego roku i na początku następnego. Ich istota związana jest ze stosunkami wewnątrz wojska i z tego powodu nie chcę jej publicznie podnosić. (…) O tym, że nie pomyliłem się, świadczy fakt, iż – wbrew tradycji – jako generała nie żegnał mnie minister obrony narodowej, lecz, w jego zastępstwie, pijany dyrektor kadr MON. Oficjalnie odszedłem ze względu na stan zdrowia. Nie było w tym zresztą żadnego naciągania. Dowód: Zawiadomienie Głównej Wojskowej Komisji Lotniczo-Wojskowej nr 1/II/93 z 4 stycznia 1993 r. Decyzja ministra obrony narodowej o zwolnieniu mnie z wojska datowana jest na 4 kwietnia 1993 r. Pracę w firmie Sobiesława Zasady rozpocząłem 14 maja 1994 r. – rok po odejściu z wojska. Przywołana w artykule umowa została podpisana 23 maja 1995 r. To kalendarium dowodzi, że jako generał w czynnej służbie nie pracowałem nad jej sfinalizowaniem, nie zachodził w moim przypadku żaden konflikt interesów, nie pomyliłem powinności służbowych z pracą na rzecz firmy Sobiesława Zasady ani też nie zrzuciłem munduru, żeby natychmiast przenieść się do Mercedesa, jak sugerują autorzy artykułu. Zresztą jako czynny oficer nigdy nie miałem do czynienia z zakupami dla wojska. Autorzy wykazują słabe rozeznanie nie tylko jeśli chodzi o moją osobę, ale także co do tej umowy, która „sporo podatników kosztowała”. Opiewała ona na 112 samochodów osobowo-terenowych za sumę 12,2 mln zł, co daje średnio 109 tys. zł za samochód. Cena obejmowała wszystkie koszty i dopłaty, nie mogła być zmieniana, samochody musiały być w pełni wyposażone, gwarancja obejmowała rok bez wyznaczenia limitu przejechanych kilometrów, a rękojmia – okres do pierwszej naprawy głównej, ale nie wcześniej niż po przejechaniu 250 tys. km. Sprzedawca gwarantował również dostawę części zamiennych przez 10 lat od chwili zaprzestania produkcji tych pojazdów. O ile wiem, przebieg wszystkich zbliża się do 250 tys. km i żaden nie wymagał naprawy poza bieżącym serwisem. Oczywiście – zamiast mercedesów można było zdecydować się na tarpana-honkera. Kosztował wtedy 45 tys. zł. Nie słyszałem tylko, by jakikolwiek tarpan wytrzymał bez naprawy głównej więcej niż 80 tys. km. Jeśli więc się policzy, okaże się, że zakup tarpana byłby „kosztowniejszy dla podatnika” niż zakup mercedesów. Generał brygady Adam Tylus Nie jestem

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2001, 36/2001

Kategorie: Od czytelników