Łuny nad Wołyniem

Opisy z „Ogniem i Mieczem” Sienkiewicza lub „Pożogi” Kossak-Szczuckiej bledną wobec rzezi i mordów popełnianych na polskich rodzinach

11 lipca 1943 r. oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii przy współudziale miejscowej ludności ukraińskiej – często najbliższych sąsiadów – zaatakowały polskie wsie i osiedla na Wołyniu. Tego dnia wymordowano, najczęściej w okrutny sposób, kilkanaście tysięcy Polaków. Nie oszczędzono kobiet, starców ani dzieci. Była to kulminacja ukraińskiej akcji eksterminacji Polaków na Wołyniu.
Konflikt polsko-ukraiński ciągnął się już od lat międzywojennych, a przybrał na sile po czerwcu 1941 r. Ukraińskie główne siły polityczne widziały w konflikcie niemiecko-radzieckim szansę na utworzenie niepodległego państwa. Zarówno Ukraiński Centralny Komitet, jak i Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów reprezentowały twarde stanowisko oparcia zachodniej granicy niepodległej Ukrainy na linii Sanu i Bugu. Niemcy zręcznie wykorzystywali antagonizm polsko-ukraiński. W Generalnym Gubernatorstwie działał legalnie wspomniany już Ukraiński Centralny Komitet. Ukraińcy mieli lepsze przydziały kartkowe niż Polacy, własne szkolnictwo średnie, byli przyjmowani na niemieckie uczelnie.
Pierwsze mordy Polaków rozpoczęły się w 1942 r., osiągając apogeum w lipcu 1943 r. Dokonano wtedy ok. 300 napadów na polskie wsie i osiedla, z czego aż 100 w ciągu pięciu dni pomiędzy 10 i 15 lipca. Polacy starali się bronić. Komenda Wołyńska AK próbowała organizować oddziały samoobrony wspomagane przez polską i radziecką partyzantkę. Bilans polskich strat na Wołyniu jest przerażający. Według danych Środowiska Żołnierzy 27. Wołyńskiej Dywizji AK, z rąk ukraińskich zginęło 50 tys. osób.
Poniżej publikujemy dokumenty i relacje ukazujące tragedię Polaków na kresach. Dokumenty pochodzą ze zbiorów Archiwum Akt Nowych, a relacje z Archiwum Wschodniego. Część materiałów pochodzi z własnego artykułu opublikowanego w nr 8 „Karty”.

Wybór dokumentów
G. Sołtysiak i J. Stępień
Raport Armii Krajowej dotyczące rzezi Polaków na Wołyniu
(Fragmenty)

Od połowy lipca 1943 r. napływają do Lwowa, głównie przez Sokal, masy uchodźców polskich z Wołynia, którym udało się ujść z życiem przed bandami ukraińskimi. Rozmowy z uchodźcami, wśród których nie brak inteligencji, pozwalają wyrobić sobie wcale jasny, syntetyczny obraz sytuacji na Wołyniu i przyczyn tutejszych zajść. (…)
Zorganizowana w wielkiej skali akcja mordowania ludności polskiej na Wołyniu zaczęła się i w większości okolic została zakończona w niedzielę, dnia 11 lipca.
Według relacji uciekinierów, przebywających obecnie we Lwowie (około 1,5 tys. ludzi pod opieką Polskiego Komitetu Opiekuńczego), bandy ukraińskie opanowały następujące wsie, osady i kolonie:
W powiecie chorochowskim: Strzelce, Koziatyn, Kwasów – wieś i kolonia, Hektary, Lipska Kolonia, Iwanówka (wieś czysto polska), Lipa, Lipszczyna, Smolawa, Antonówka, Rudka, Plaszowa, Janowa, Zielona, Zagaje (polska wieś, prawie doszczętnie wymordowana), Reymontowicze, Beresteczko, Bodiaczów, Łobaczówka, Holatyń, Kałmaczówka, Poluchno, Fusów, Szpikułosy, Pieczychwasty.
W powiecie łuckim: Kądziewola (wieś czysto polska), Aleksandrówka, Kozin, Dębina, Żabiecznik (polska kolonia doszczętnie spalona) Kołodzierz, Żabcze, Rusin-Beresteczko. (…)
We wszystkich tych miejscowościach Polacy zostali wymordowani (może 30% zdołało się uratować ucieczką), a domy polskie zrabowane i spalone. Wykaz ten nie zawiera wszystkich miejscowości objętych akcją pogromową, lecz tylko te, z których niedobitkom i rannym udało się dotrzeć do Lwowa. Pogromy takie odbyły się również w innych powiatach Wołynia, z których dotychczas nie nadeszły wiadomości.
Akcja mordowania Polaków zaczęła się na Wołyniu właściwie przed trzema miesiącami. Początkowo były to morderstwa indywidualne, głównie wśród nauczycielstwa, urzędników, byłych wojskowych, księży, organistów, byłych sekretarzy gminnych, ekonomów, zarządców majątków.
W powiecie chorechowskim Ukraińcy już w kwietniu otoczyli 17 polskich osad lub wsi, w których była przewaga Polaków, odcinając ludność od jakiegokolwiek kontaktu ze światem, i przez kilka tygodni dokonywali tam niesamowitych okrucieństw, plądrując wszystkie domy i rabując mienie.
Prawie we wszystkich wypadkach napady organizowali sołtysi i ich sekretarze.
Ostatnią akcję poprzedziły ukraińskie ćwiczenia wojskowe w lasach zabłocickich, lachowskich, w Maryninie i w Dawidowie. Tam obradowały sztaby i tam zapadały decyzje. Na cztery dni przed akcją obejmującą wymienione wyżej miejscowości odbyły się w budynkach szkolnych specjalne wykłady, na których mówiono o konieczności wymordowania wszystkich Polaków na Wołyniu. Operowano przy tym hasłami: „Wyrżnąć Lachów aż do siódmego pokolenia, nie wyłączając tych, którzy nie mówią już po polsku”. (…)
We wszystkich bez wyjątku wsiach, osadach, koloniach akcję mordowania Polaków przeprowadzili Ukraińcy z potwornym okrucieństwem. Kobiety, nawet ciężarne, przybijali bagnetami do ziemi, dzieci rozrywali za nogi, inne nadziewali na widły i rzucali przez parkany, inteligentów wiązali kolczastym drutem i wrzucali do studzien, odrąbywali siekierami ręce, nogi, głowy, wycinali języki, obcinali uszy i nosy, wydłubywali oczy, wyrzynali przyrodzenia, rozpruwali brzuchy i wywlekali wnętrzności, młotami rozbijali głowy, żywe dzieci wrzucali do płonących domów. Szał barbarii doszedł do tego stopnia, że żywych ludzi przerzynali piłami, kobietom obcinali piersi, inne nadziewali na pale lub uśmiercali kijami. Wielu ludzi skazywali na śmierć – z wyroku – odrąbując im ręce i nogi, a dopiero potem głowę. Za uciekającymi przez pola organizowali nagonki, wyłapując lub zabijając na miejscu, kogo dopadli. Do kryjówek podziemnych w zabudowaniach i do piwnic, gdzie zdołała schronić się większa ilość ludzi, wrzucali granaty lub pęki zapalonej słomy. Z wielu miejscowości ucieczka była po prostu niemożliwa, gdyż we wsiach nadrzecznych pozrywali mosty, a na drogach wylotowych postawili posterunki.
Wszystkie domy polskie ulegają spaleniu, z trupów ściągają buty i ubranie, całe mienie mordowanych – inwentarz żywy i martwy – rabują.
O rozmiarach strat poniesionych przez ludność polską na Wołyniu świadczą następujące przykłady:
* wieś Górów w powiecie włodzimierskim, jedna z pierwszych kolonii od Bugu, otoczona przez 70 wsi ukraińskich. Ogólny stan ludności 530 ludzi, w tym 480 Polaków, w ciągu godziny banda licząca około 100 ludzi opanowała 160 gospodarstw. Spośród 480 Polaków ocalało około 70 osób, reszta została wymordowana, domy spalone (11 lipca);
* wieś Poryck, 80 km od Włodzimierza. W niedzielę, 11 lipca, o godz. 11, gdy ludność polska stłoczono była w kościele na sumie, zajechały przed kościół cztery furmanki, z których zeskoczyło kilkudziesięciu uzbrojonych bandytów i otoczyło kościół. Przed drzwiami ustawili karabin maszynowy i oknami zaczęli rzucać do wnętrza granaty. Spowodowało to olbrzymi popłoch, nikt jednak nie mógł się wydostać, gdyż w drzwi kościoła siekł karabin maszynowy, Bandyci ułożyli przed ołtarzem głównym pocisk armatni, obłożyli go słomą i rzucili granat zapalający. Nastąpiła straszliwa eksplozja. Odprawiający sumę ksiądz Bolesław Szarlowski padł ciężko ranny. W Porycku, liczącym ogółem 650 ludzi, podczas napadu na kościół i na domy polskie wymordowano prawie całą ludność polską, przeszło 200 osób. Wszyscy ranni zostali dobici, a ks. Szarlowskiego, którego w bardzo ciężkim stanie przeniesiono do jednego z domów – zasztyletowali nożami. (…)
* wieś Sądowa: dnia 11 lipca, po zerwaniu mostów na Bugu, banda otoczyła całą wieś, dopuszczając się niesamowitych okrucieństw. Spośród żyjących w tej wsi 600 Polaków wymordowano 580, zaledwie 20 osób zdołało ujść z życiem.
Na przestrzeni 7 km, od Lipy do stacji kolejowej Sienkiewiczówka, zostały spalone wszystkie polskie domy. W Sienkiewiczówce i w Żabczu spalono równiej polskie kościoły. (…)

Pierwsze zbrodnie ukraińskie w powiecie brodzkim.
Dnia 3 września 1943 r. został zamordowany przez Ukraińców proboszcz osady Wysocho-Hallerowa, ks. Michał Duszeńko, lat 55. Tegoż dnia wymordowano dwie rodziny (11 osób) w Kadłubiskach, gmina Panikowica. Św. pamięci ks. Duszeńko dostał siedem kul kalibru dum-dum, jakich używała policja ukraińska przy likwidowaniu getta oraz kilka pchnięć nożem. Zmarł w nadludzkich męczarniach dopiero w dwie godziny po dokonaniu zbrodni. Inne ofiary bandyckiego napadu zostały również z prawdziwie wschodnim okrucieństwem pomordowane nożami. Nie oszczędzono malutkiego dziecka w kołysce ani brzemiennej kobiety, której płód wydarto z wnętrzności.
(…)

Wypadki na Wołyniu w powiecie włodzimierskim.
W nocy z 18 na 19 marca 1943 r. prawie we wszystkich okolicznych wioskach i miasteczkach pomordowano wiele osób rekrutujących się z inteligencji. We wsi Lachów, pow. Włodzimierz, został zamordowany leśniczy, p. Dołhmut, por. WP i zarządca majątku, p. Berhat. Żony ich i dzieci doszczętnie zrabowane. Wieś Zabłoćce – zarządca majątku, Jan Figel, i organista parafii rzym.-kat., Józef Ząbkowski, dostali po kilkanaście kłuć nożem, oczy im powyjmowano, paznokcie z rąk i członki poodrzynano, obaj związani drutem kolczastym. W tak okrutny sposób zmasakrowanych znaleziono ich po dziesięciu dniach. Kolonia Nowiny – rodzina Baranów; ojca i dwóch synów zastrzelono jednej nocy. Wieś Żdżary – nauczyciel Kazimierz Mederski zastrzelony ośmioma kulami, Wieś Zahorów – nauczyciel wraz żoną i dwojgiem dzieci.

Ulotka Rady Głównej Opiekuńczej w Krakowie

Przewielebny Ojcze,
Zdarza się sposobność przesłania paru słów przez osobę, która uchodzi przed nożami Ukraińców. Co się tutaj teraz dzieje, to brak słów na opis tych rzezi i mordów, popełnianych na polskich rodzinach. Opisy z „Ogniem i Mieczem” Sienkiewicza lub „Pożogi” Kossak-Szczuckiej bledną wobec wypadków obecnych.
W całym powiecie krzemienieckim po wsiach wyrżnięto już prawie wszystkich Polaków, a ci, co zdołali ujść hajdamackich noży lub kuli, schronili się do Krzemieńca i Wiśniowca, bo jeszcze w tych dwóch miejscowościach stoją załogi niemieckie – w innych, jak Szumsk, Dederkały, Kuty, Łanowce – słabsze załogi wybito lub same uciekły przed liczniejszymi bandami Ukraińców.
Przytoczę chronologicznie kilka wypadków, by mnie nie posądzono o przesadę. Mordowanie Polaków zaczęło się jeszcze w listopadzie ubiegłego roku [1942 r.] i trwało przez całą zimę, lecz były to jeszcze sporadyczne wypadki – w jednej wsi wyrżnięto jedną rodzinę, w innej znów dwie lub trzy. Masowe mordy zaczęły się dopiero od Wielkanocy i z każdym dniem przybierają na sile. Zaraz po świętach w wioskach koło Szumska wymordowano do 600 Polaków, reszta schroniła się do Krzemieńca. Potem uderzono na Kuty, była to najliczniejsza parafia w powiecie krzemienieckim (4 tys. dusz). Gdy zaczęto mordować, ludność schroniła się do kościoła wraz z księdzem proboszczem. W kościele broniono się przez jedną noc, w ciągu dnia kobiety z dziećmi uszły do Krzemieńca, w kościele zostali mężczyźni, by go bronić – następnej nocy naszły liczniejsze hordy, kościół zburzono, a 200 Polaków w nim wyrżnięto. Z całej parafii nie została ani jedna dusza. Kościół licealny w Krzemieńcu obrócono na mieszkanie dla tych uchodźców, potem Niemcy zabrali młodych do robót do Niemiec, a starzy cierpią skrajną nędzę.
Z początkiem maja schroniło się do nas dwóch księży proboszczów z Oleksińca i Kołodna. W oleksińskiej parafii już prawie wyrżnięto i zrabowano wszystkich Polaków, proboszcz, nie mając co robić, wyjechał wczoraj od nas do Generalnego Gubernatorstwa, kołodeński – również. Prawie codziennie widać łuny – palą osiedla Polaków, a tych, którzy nie uciekli, mordują w bestialski sposób.
Z 15 na 16 maja napadnięto na przezacną rodzinę Kusiów w Mrynowcach. Zabito dwie córki i 21-letniego syna. Reszta rodziny zdołała uciec. Napastnicy, po doszczętnym zrabowaniu domu, wrzucili tamże zabitych, a następnie spalili.
Uchodźcy wszyscy uciekają do Wiśniowca, gdzie w klasztorze żyją w opłakanych warunkach i cierpią straszną nędzę. Aż serce się kraje na widok tej nędzy i opowiadań o niej.
Co rano przychodzą wieści – tam zabito, tam zrabowano, tam znów spalono dom wraz z ludźmi. I tak dzień po dniu upływa w męce i naprężeniu nerwów, bo nie ma wątpliwości, że gdy załoga niemiecka opuści Wiśniowiec (zamek), to pierwszej nocy wszyscy Polacy będą wymordowani. Kto może więc, uchodzi do Gubernatorstwa, bo te hajdamaki się zacinają, że ani jedna noga polska nie powinna zostać na Wołyniu. Wiśniowca prawie że już nie ma, bo w mieście były same domy żydowskie, a Żydów wybito w zeszłym roku co do jednego, zaś obecnie Ukraińcy rozebrali wszystkie ich domy i budy – zostały tylko zamek, klasztor, Urząd Gminy i apteka – reszta wszystko rozwalone. Na przedmieściach stoją tylko domy hajdamaków.
Jakie jest tutaj nasze życie, to z tego opisu Wielebny Ojciec sobie wystawi – jesteśmy gotowi na śmierć, bo trzeba by cudu Bożego i szczególnej opieki Matki Boskiej, byśmy z tej pożogi unieśli całe głowy. Bardzo więc prosimy o święte modlitwy, by Pan Jezus się zlitował i uspokojenie nastąpiło, bo naprawdę straszne przeżycia przechodzą tutejsi Polacy, których całą winą jest to, że się urodzili Polakami i są katolikami, bo nawet tych Ukraińców, którzy w czasach polskich przyjęli katolicyzm, mordują.
Kończąc, raz jeszcze pokornie prosimy o święte modlitwy, by nasze nerwy były spokojne i byśmy mogli przetrwać, w kornym zdaniu się na wolę Bożą, te tortury moralne, a może i fizyczne.
Całując kornie święty Szkaplerz, raz jeszcze o modlitwy upraszam.
Krzemieniec, 7 czerwca 1943 r.
Brat Cyprian

Fragment relacji Danuty Koniecznej
Miałam już prawie dziesięć lat, kiedy banderowcy napadli na polską wioskę Korościatyn. Tego dnia było jeszcze wcześnie i ludzie nie zdążyli się ukryć.
Banda działała w trzech grupach. Pierwsza szła i mordowała. Drudzy kradli, co się dało. Ostatnia grupa to przeważnie wyrostki 12-, 14-letnie – zwalniali z łańcuchów bydło i podpalali domostwa. Słyszałam, jak w domu mówiono, że bandą tą dowodził młody ksiądz wyznania greckokatolickiego z naszych Monasterzysk, nazwiska jego nie pamiętam. Ludzie się bronili, ale zginęło wtedy 160 Polaków. Pamiętam, jak stałam z moimi rodzicami i innymi sąsiadami przed domem i patrzyliśmy na łunę.
Rano ludzie saniami zaprzężonymi w konie podążali do Korościatyna. Ja też tam byłam. Pamiętam, jakby to było wczoraj. To, co tam zobaczyłam, było makabryczne. W zdewastowanych, spalonych domach, na podwórkach, w ogrodach, na stacji kolejowej – wszędzie leżeli zamordowani ludzie. Tego nie można opisać. Tego nie mogę zapomnieć. Widziałam ludzi pozabijanych siekierami i nożami. Mieli odrąbane ręce, nogi, rozłupane głowy, obcięte uszy i powyrywane języki, wydłubane oczy, rozprute brzuchy i rozwleczone jelita. Kobiety miały obcięte piersi. Nie oszczędzali nawet niemowląt. Widziałam maluśkie dziecko z roztrzaskaną o ścianę głową.
Pamiętam, jak stara kobieta stała nad zmasakrowanym ciałem swojej córki, mówiła do niej, żeby wstała i włożyła płaszcz, który jej przyniosła, bo jest zimno i pora iść do domu.

Fragment relacji Władysława Kobylańskiego
(…)
Janowa Dolina – kwiecień 1943 r.
Janowa Dolina znana była powszechnie z bogatych złóż kamienia bazaltowego. Masakry ludności polskiej dokonali nacjonaliści ukraińscy spod znaku tryzuba w Wielki Piątek 1943 r. Nożami, siekierami, kulami z broni palnej zamordowano w bestialski sposób około 600 osób bez względu na wiek, płeć i stan zdrowia.
Polacy z Janowej Doliny nie byli w najmniejszym stopniu przygotowani do obrony. Dobrze uzbrojeni mordercy pastwili się nad życiem bezbronnej ludności, nawet psychicznie nieprzygotowanej do stawiania oporu. Świadkowie tej masakry – byli mieszkańcy Janowej Doliny, Jan Karwan i jego żona Jadwiga, z którymi zapoznałem się w Chicago w 1988 r. – mimo tak dużego dystansu czasu jeszcze z trudem, ze łzami w oczach po przeżytym szoku opowiadali o przebiegu masakry ludności polskiej w Janowej Dolinie.
„W Wielki Czwartek 1943 r. na ulicach Janowej Doliny pojawiło się bardzo dużo schutzmanów (policji ukraińskiej w służbie niemieckiej). Miejscowa ludność ukraińska, jak i my, Polacy, była bardzo zaniepokojona ich przybyciem.
Niektórzy Ukraińcy radzili Polakom ucieczkę do lasu, inni zabierali Polaków do swoich domów i przechowywali ich w ukryciu. Między innymi nas i nasze dzieci przechowywał w swoim domu Ukrainiec Wasyl. Atmosfera zagęszczała się. Do Janowej Doliny przybywały dalsze jednostki policji na służbie niemieckiej. Pojawił się nawet oddział policji składającej się z Litwinów i Łotyszy. Była też widoczna obecność miejscowych służb wojska niemieckiego. Wasylowie informowali nas na bieżąco, że policja chodzi i zbiera informacje, w których domach mieszkają Polacy, a w których Ukraińcy. W Wielki Piątek po zmierzchu rozpoczęła się rzeź bezbronnych. Po wymordowaniu Polaków w ich domach zaczęto również sprawdzać, czy w domach ukraińskich nie ma Polaków. Polacy wykryci (zadenuncjowani) w domach ukraińskich byli mordowani na miejscu, w obecności rodziny ukraińskiej. Były też przypadki, że wraz z Polakami zamordowani zostali Ukraińcy, którzy przyznali się, iż wiedzieli o obecności w ich domu Polaków i nie wydali ich z własnej inicjatywy. Znany nam jest przypadek, że wykryta w domu ukraińskim pani Świderska z trojgiem dzieci musiała wcześniej oglądać mord swoich opiekunów Ukraińców, a potem dopiero odebrano życie jej i jej dzieciom.
Mimo tej bezwzględności policji ukraińskiej Wasyl przechował nas przez cały dzień jeszcze w sobotę, a po zapadnięciu nocy wyprowadził nas do lasu i pożegnał. Przedostaliśmy się lasami do Kostopola. W Kostopolu szacowano na gorąco, że w Janowej Dolinie w Wielki Piątek wymordowano co najmniej 570 Polaków. (…) Garnizon niemiecki w Janowej Dolinie liczył około tysiąc żołnierzy Wehrmachtu, wobec masowych morderstw i pożarów zachował się biernie. Nie opuścił swoich koszar.

Meldunek generała Komorowskiego do Londynu w sprawie mordów Polaków na Wołyniu

19 sierpnia 1943 r.
Wołyń. W okresie sprawozdawczym od marca do maja ofiarą rzezi padło 3 tys. zabitych – 5 tys. wywieziono do Rzeszy. Obrona polska polegała na skupieniu ludności w większych miastach i na współdziałaniu partyzantki z zewnątrz. Niemcy panują nad terenem, reakcja ogranicza się do palenia wsi i do odezw oraz do zarządzeń wzmagających stan rozjątrzenia.
Po krótkim przyciszeniu się w czerwcu rzezie przerzuciły się z północnego wschodu Wołynia na słabiej przez nas zorganizowane południe. Stłoczeni w miasteczkach uciekinierzy musieli zgłaszać się na wyjazd do Rzeszy lub byli werbowani do użytej do represji na Ukraińców policji, która sama potem wyjechała do Niemiec. Niemcy sprowadzili też baon policji z GG, co popełnianym bestialstwom nadaje charakter zemsty polskiej. Naszą bazą obronną w Dubieńskim stała się Pańska Dolina. W zachodnich powiatach względny spokój, między innymi dzięki pomocy propolskich Ukraińców.
Od lipca nastąpiło scentralizowanie obrony wojskowej i cywilnej przez Komendanta Okręgu, jednocześnie wzmógł się napór band. 11 i 12 lipca wycięto 60 wsi polskich w Horochowskim i Włodzimierskim. W końcu lipca wobec wyczerpania amunicji padła Huta Stepańska broniąca się od marca. Obrońcy przebijają się do rejonu Kiwerc i do Antonówki. Na obszarze objętym rzezią wszyscy Polacy zbiegli do miasteczek. Z większych miast wywieziono do Niemiec 35 tys. ludzi. Bliżsi kordonu uciekają do Gen. Guberni.
Organizacja rzezi opiera się niejednokrotnie na lokalnym aparacie OUN opanowanym od dołu przez dywersantów sowieckich. Jej przypisać należy odezwę z 18 maja zrzucającą odpowiedzialność za wypadki na Polskę i wysługiwanie się Niemcami i zapowiadającą wzmożenie rzezi. Przywódcy nacjonalistyczni nie panują nad dołami. Bulba, podobno Roman Szuchewycz, dowódca banderowskiego legionu w 1941 r., szukał w czerwcu br. porozumienia z wołyńskim delegatem okręgowym, wypierając się rzezi, podobnie jak lwowska centrala banderowców. Sowiety w oficjalnych odezwach przybierają rolę arbitra, by pogodzonych z Ukraińcami Polaków rzucić do partyzantki antyniemieckiej. (…)

Wydanie: 25/2003

Kategorie: Historia

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy