Mała reprywatyzacja – wielka hucpa!

Mała reprywatyzacja – wielka hucpa!

Mając powyższe na uwadze, ze względu na upływ całych dziesięcioleci od dat wydania kolejnych decyzji dekretowych sankcjonujących wywłaszczenia, powstaje pytanie, czy prowadzenie postępowań administracyjnych i sądowoadministracyjnych w ramach „małej reprywatyzacji” było celowe i słuszne. Upływ tak długiego czasu stawia pod znakiem zapytania możliwość osiągnięcia podstawowych celów postępowania administracyjnego określonych w art. 6-14 k.p.a. Prawidłowe dokonywanie ustaleń faktycznych, mających istotne znaczenie dla podejmowania słusznych rozstrzygnięć w postępowaniach składających się na całokształt „małej reprywatyzacji” był znacznie utrudniony lub w ogóle niemożliwy. Skomplikowany stan prawny związany ze zmianami norm prawnych na przestrzeni niemal siedemdziesięciu lat powoduje, że ustalenie treści norm prawnych mających zastosowanie do rozstrzyganych problemów graniczy z cudem. O tym, jak poważne problemy w tym zakresie miały organy administracji publicznej i sądy, niech świadczy kilka tysięcy orzeczeń sądowo-administracyjnych wydanych w sprawach gruntów warszawskich w obydwu instancjach. Skoro organy administracji prowadzące postępowania w tych sprawach same nie były pewne obowiązującego stanu prawnego, to jak miały wywiązać się z obowiązków wynikających z art. 8-11 k.p.a. wobec wszystkich uczestników postępowania, a także wszystkich innych, których wszak reprezentują. Działania organów administracji w tych sprawach można określić jako wprost sprzeczne z wyrażonymi w art. 8 k.p.a. postulatami pogłębiania zaufania obywateli do organów administracji oraz pogłębiania świadomości i kultury prawnej obywateli. Wreszcie, postępowania reprywatyzacyjne to w większości przypadków synonim przewlekłości i piętrzenia trudności natury formalnej. Tak więc stwierdzić należy, że prawidłowa realizacja ogólnych celów postępowania administracyjnego określonych prawem w przypadku „małej reprywatyzacji” była znacznie utrudniona, jeżeli w ogóle możliwa. To właśnie m.in. z tych powodów prawo nie może działać wstecz.

Reasumując powyższe rozważania, powołana do życia praktyką orzeczniczą organów administracji publicznej i sądów administracyjnych pseudoinstytucja prawna, zwana małą reprywatyzacją, i jej poważne wady wzmacniają argument o niekonstytucyjności art. 156 k.p.a. w jego aktualnym brzmieniu. Problem ten można oczywiście bez końca relatywizować, ale dowodem jego słuszności są niedające się racjonalnie wyjaśnić paradoksy, tworzące konstrukcję swoistego dziwadła, jakim jest „mała reprywatyzacja”.

Tylko ustawą można było przeprowadzić reprywatyzację.

Ze względu na potrzebę ochrony bezpieczeństwa i pewności obrotu prawnego, stanowiących od zarania cywilizacji fundament, na którym konstruowany jest system prawny, należy stwierdzić, że ponad wszelką wątpliwość reprywatyzacja winna była zostać uregulowana na drodze legislacyjnej, a nie przeprowadzona w trybie indywidualnych rozstrzygnięć administracyjnych i sądowych. Taki jest porządek w demokratycznym państwie prawnym, że to ustawy, przyjęte przez większość parlamentarną i poprzedzone pogłębioną debatą publiczną, stanowią środek właściwy do rozwiązywania skomplikowanych problemów prawnych, społecznych i historycznych. Fakt, że parlament ustawy reprywatyzacyjnej dotychczas nie uchwalił, w żaden sposób nie usprawiedliwia nieograniczonego retrospektywnego stosowania art. 156 k.p.a. w celu przeprowadzenia „małej reprywatyzacji” ze wszystkimi jej wadami, które pozwoliły odwrócić to, co nieodwracalne. W wielu indywidualnych sprawach dekretowych urzędnicy samorządowi za namową prawników reprezentujących spadkobierców i ich następców prawnych, nie będąc do tego wyraźnie uprawnionymi i naruszając powszechnie obowiązujące normy, wyręczyli ustawodawcę i decydowali o zwrotach nieruchomości dekretowych, stanowiących własność wspólnoty samorządowej, którą wszak tworzą wszyscy jej mieszkańcy. W skład tej samej wspólnoty wchodzą przecież uczestnicy procesów reprywatyzacyjnych, tj. członkowie składów orzekających sądów, prowadzący postępowania urzędnicy, dawni właściciele nieruchomości, a raczej ich następcy prawni, ich pełnomocnicy, notariusze, ale też lokatorzy komunalni w zwracanych budynkach. Wspólnotę samorządową stanowią także wszyscy inni mieszkańcy gminy, którym przecież odmówiono prawa uczestnictwa w tym społecznie ważkim procesie i w sposób bezprawny pozbawiono dostępu do informacji publicznej na ten temat. Ostatecznie przecież mieszkańcy dzisiejszej Rzeczpospolitej nie ponoszą odpowiedzialności za skutki działań wojennych i krzywdy komunistycznych wywłaszczeń, podczas gdy należące do nich komunalne mienie jest przekazywane w ręce prywatne w bardzo wątpliwych prawnie okolicznościach.

„Mała reprywatyzacja” dotyczy nie tylko stolicy. W podobnym trybie rozpatruje się bardzo dużo spraw reprywatyzacyjnych na terenie całego kraju. Duża część z opisanych powyżej problemów odnosi się także do tysięcy przypadków restytucji własności na ternie całego kraju.

Inne kraje, które musiały zmierzyć się z tym samym problemem, dlatego przyjęły ustawodawstwo reprywatyzacyjne zaraz po zmianie ustrojowej, ponieważ do głowy nikomu tam nie przyszło, że sprawy te można załatwić w inny sposób niż na mocy powszechnie obowiązujących aktów normatywnych. Różnorodność podjętych w innych państwach rozwiązań reprywatyzacyjnych wskazuje na podstawy dla pełnej dowolności ukształtowania tych stosunków również przez polskiego ustawodawcę. Dowolność ta oczywiście powinna uwzględniać potrzebę słusznego zrekompensowania szkód poniesionych przez osoby pokrzywdzone bezprawnymi wywłaszczeniami, jednak z właściwym uwzględnieniem interesu publicznego. Nie da się uniknąć oczywistej konstatacji, że ze względu na „osiągnięcia małej reprywatyzacji” dowolność ta została znacznie ograniczona.

Wobec powyższego sposób, w jaki „mała reprywatyzacja” została przeprowadzona, godzi w istotę samej demokracji. Bez cienia wątpliwości należy skonstatować, że o bezładnym kształcie stołecznej reprywatyzacji decydowano w zaciszach urzędniczych gabinetów, do których dostęp mieli tylko wybrani, a ogół społeczeństwa został pozbawiony prawa do współdecydowania.

Jak do tego doszło?

Trudno jest dziś ustalić przyczyny, dla których organy administracji przy przyzwoleniu sądów uznały siebie za kompetentne do wdrożenia „małej reprywatyzacji”. Doświadczenie życiowe pozwala domniemywać jedynie, że to prawnicy reprezentujący dekretowych wnioskodawców wytrwałym uporem przekonali urzędników i sędziów do takiego rozwiązania. Jedno jest natomiast pewne. Gdy pierwsze sprawy ostatecznie rozstrzygnięto w tym trybie, potworek zwany „małą reprywatyzacją” zaczął żyć własnym życiem. Otwarta puszka Pandory doprowadziła do niekontrolowanych zupełnie następstw, o których była mowa powyżej. Zza otwartego wieka wydostały się na świat koszmary warszawskiej reprywatyzacji, najbardziej krzywdząc komunalnych lokatorów, ale i nas wszystkich przez pozbawienie wspólnej własności i uniemożliwienie racjonalnego rozwoju stolicy.

Warto także zastanowić się, jaka potężna siła ekonomiczna napędza pociąg zwany małą reprywatyzacją. Proces ten w przypadku wygranej gwarantuje zwrot mienia w naturze lub uzyskanie odpowiadającej jego wartości rekompensaty, a co za tym idzie –  jego beneficjenci na mocy decyzji dekretowych częstokroć stają się milionerami. Nigdy nieruchomości w Warszawie nie były tak drogie jak obecnie. Względna wartość nieruchomości dzisiaj odbiega daleko od jej względnej wartości w roku 1945. W wyniku II Wojny Światowej Warszawa doznała bardzo poważnych i rozległych zniszczeń. Według badań naukowych przeprowadzonych na ten temat globalny szacunek zniszczeń zabudowy i wyposażenia wynosił 84 proc., a wartość strat wynosiła ok. 2,5 mld dolarów według kursów walut z 1938 r. Z tych względów wartość nieruchomości warszawskich w roku 1945 w porównaniu do ich aktualnej wartości rynkowej była znikoma. W 1945 r. rynek nieruchomości w zasadzie nie istniał, a wszystkie cechy cenotwórcze nieruchomości były na najniższych od dawien dawna poziomach. Odbudowa Warszawy dokonana ze środków publicznych i w czynie społecznym, a także późniejsze wysiłki stołecznej gminy i całego państwa polskiego i wielu jego mieszkańców pozwoliły na to, aby ceny nieruchomości osiągnęły obecny poziom. Z cywilnoprawnego punktu widzenia ani polskie państwo ani stołeczna gmina, ani tym bardziej jej mieszkańcy nie ponoszą odpowiedzialności za straty osób prywatnych spowodowane działaniami wojennymi. Czynniki te uzasadniają pytanie, czy sprawiedliwa społecznie jest sytuacja rekompensowania takich strat w naturze, a jeżeli tak, to w jakich okolicznościach faktycznych i na jakich zasadach? Z oczywistych względów pytanie to dotyczy podstawowych wartości konstytucyjnych, na jakich zbudowana została Rzeczpospolita Polska, a nie li tylko ochrony własności.

Tajemnicą poliszynela jest fakt, że znaczna część budynków wracających po całych dekadach oczekiwań do rąk spadkobierców i następców prawnych dawnych właścicieli jest bardzo szybko zbywana. Budynki są w międzyczasie skutecznie opróżniane z lokatorów, co bardzo często odbywa się w okolicznościach niemających z praworządnością wiele wspólnego. Od prywatnych właścicieli nie można przecież wymagać, żeby z własnej kieszeni utrzymywali dawne budynki komunalne i zamieszkujących je lokatorów. W przeciwieństwie do gminy, nie należy to do ich obowiązków. Opróżnionym budynkom wyspecjalizowane firmy budowlane przywracają dawny blask i dalej je zbywają. Tak się również składa, że każdy kolejny nabywca budynku zwróconego w trybie Dekretu, korzysta z instytucji rękojmi wiary publicznej ksiąg wieczystych. Chroni go ona w sytuacji, gdyby z jakichkolwiek przyczyn zwrot nieruchomości orzeczony na podstawie Dekretu okazał się jednak bezprawny.

Strony: 1 2 3 4 5

Wydanie:

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy