Małpa i brzytwa

Małpa i brzytwa

Lem, Internet i komercjalizacja

Tomasz Borejza w PRZEGLĄDZIE nr 1/2018 przypomniał celne uwagi Stanisława Lema z początku lat 90. XX wieku dotyczące Internetu i wpływu tej formy masowej, społecznej komunikacji na przekaz medialny, na jakość dyskursu publicznego i medialnej debaty, na świadomość społeczną i mentalność („Lem to już przewidział”). Wszystko to prawda. Warto jednak zwrócić uwagę na trochę inny aspekt trendów, jakie przedstawia zarówno Autor tekstu, jak i sam Stanisław Lem. Może warto choć odrobinę odwrócić optykę przez nich zarysowaną, która tym samym pokaże zasadniczą determinantę współczesnej kultury generującą procesy krytycznie ocenione, a niesione przez Internet.

Z gruntu odpychające jest pojęcie społeczeństwa,
utrzymywanego w łączności przez uczucia
i stosunki wynikające z interesów pieniężnych.

John Stuart Mill

Czy sposób myślenia w dzisiejszych czasach, współczesny język komunikacji interpersonalnej, wszechobecność sieci i obowiązujących w niej paradygmatów rzutują bezpośrednio na to, co uważało się do tej pory za prawdę ? Czy istnienie tzw. rozumu cyfrowego wymusza siłą rzeczy tzw. racjonalność funkcjonalną określaną jako technokratyczną ciasnotę umysłową? Czy zagrożeniem dla prawidłowego funkcjonowania myślenia i świadomości są niesione przez umasowienie i totalizm cyberprzestrzeni: obrazkowość, symboliczność (z nią związana), kompresja narracji, a przez to uproszczenie, stereotypizacja, a nawet wulgaryzacja retoryki przekazu i wymiany myśli bądź idei? Czy stąd pochodzi zagrożenie dla kultury intelektualnej człowieka, jego duchowości i mentalności, ryzyko deformacji i degradacji języka i ograniczania świadomości? Czy dehumanizacja – bo tak możemy te problemy przedstawić – którą obserwujemy i która jest zjawiskiem groźnym związana jest bezpośrednio z rozwojem techniki? Czy wyłącznie technice i postępowi w tej dziedzinie życia należy przypisywać owe negatywne zjawiska? Internet jest bowiem clou – jak na razie – procesu technologicznego postępu i rozwoju w dziedzinie międzyludzkiej komunikacji.

Dehumanizacja współczesnego życia i stosunków interpersonalnych – i wszystko co z tym mniej lub bardziej się wiąże – postępuje przede wszystkim z tytułu pogłębiającej się stratyfikacji na bogatych i biednych. Jej pokłosiem jest coraz wyraźniejszy podział na decydentów i tych, o których się decyduje. W coraz szerszym zakresie. Za każdym razem ci drudzy są w sytuacji bez wyjścia. To niezwykle istotny czynnik owych procesów: władza, sposób jej sprawowania oraz zadania przed nią stojące. Jak mówią – od dekad – tacy uczestnicy życia intelektualnego oraz publicznego jak Neil Postman, Benjamin Barber, Lester Thurow, Jeremy Rifkin, Noam Chomsky, Naomi Klein, Thomas Piketty itd. władza (czy kapitał, który jest właściwą władzą w systemie kapitalistycznym) musi tych, o których decyduje, czymś zająć. Bo pracy, zajęć kreatywnych i wymagających intelektualnego doskonalenia jest coraz mniej. Zwłaszcza w kontekście kolejnego procesu, przed jakim stajemy: masowej robotyzacji.

Współcześnie zacierają się wszystkie wolności, tak, iż pozostała tylko jedna – wolność wymiany dóbr (czyli zakupizm). Zakupizm to pojęcie określające komercjalizację wszystkich sfer życia codziennego oraz oddanie się bez reszty neoliberalnej religii rynku. A to jest tylko niewielka część życia. Zwłaszcza życia wedle humanistycznych ideałów Oświecenia, tego co z nim wiązaliśmy i winniśmy nadal wiązać.
Z tym wiąże się bezpośrednio kult homo oeconomicus, człowieka przedsiębiorczego, poruszającego się wyłącznie w przestrzeni owej wymiany dóbr i finansów. Jak napisała niegdyś Marion hr. Dönhoff w liście do Mieczysława F. Rakowskiego przecież Homo oeconomicus ma właściwie tylko jeden cel: z bezlitosną precyzją i kierując się niezawodnym rozsądkiem dążyć do osiągnięcia jak największych korzyści. Czyli – skrajny utylitaryzm, dorobkiewiczostwo, a co za tym idzie – olbrzymie pieniądze, także w polityce. Przez to m.in. amerykańska klasa polityczna – czyli elita współczesnego Imperium, dzisiejszego Rzymu i największego na świecie hegemona kreującego globalny porządek – należy do tych najbardziej skorumpowanych (Jeffrey Sachs w wywiadzie dla „Handelsblatt” i „El Pais”).

To szerzenie fundamentalizmu rynkowego popartego prostackim konsumeryzmem oraz komercjalizacją codziennego życia, utowarowienie uczuć i emocji, języka i mentalności, wszechogarniające reklamy i koncentracja kapitału odpowiadają za postępującą dehumanizację i problemy, o których pisał Stanisław Lem (i przypomina Tomasz Borejza). Technika i postęp są agnostyczne i bezaksjologiczne. Dotyczy to też Internetu. Po prostu komercjalizacja i wspomniane utowarowienie oraz bezwzględny dogmat rynku (czyli zysku) wymuszają zawężenie horyzontów myślowych i praktyki zastosowania technologii. Sprzyjają owemu „zidioceniu” utożsamianemu często z terminem „technopol”.

Technopol to pojęcie stworzone przez amerykańskiego filozofa, antropologa, medioznawcę Neila Postmana (1931-2003). Jest określeniem kultury zdominowanej przez technikę. Technika coś daje, ale i coś odbiera, przekształca kulturę, rzeźbi cywilizację. Postman wykazuje w tej perspektywie ambiwalentność i wieloznaczność wszelkich mniemań i poglądów. Zanim znaleźliśmy się współcześnie w technopolu przeszliśmy dwie fazy kulturowe: narzędziową i technokratyczną. Przejście do technokracji dokonało się ok. XVI w.: wiarę, prawdę i wiedzę (służącym intelektualnej satysfakcji) zastąpiły kult siły, postępu i rozwoju (w efekcie – sukcesu). Już Francis Bacon zauważył, iż ten, kto ma wiedzę, ma też władzę. W technokracji początkowo technologia i tradycja współegzystowały ze sobą. Dochodzi jednak do medialnej rewolty – obok druku pojawiają się telegraf, fotografia, radio (Postman nazywa je „plemiennym bębnem”), wreszcie telewizja i komputer („przestrzeń wirtualna”). Dwa ostatnie wynalazki to już era technopolu. Dziś doszedł jeszcze Internet.

Teraz celem pracy oraz myśli staje się wydajność (z racji wspomnianej religii rynku). Tylko mierzalne, doczesne, namacalne elementy rzeczywistości istnieją, mają prawo egzystencji i jakąkolwiek wartość. Biurokracja, statystyka, testy różnego rodzaju, badania opinii publicznej, reklama, klasyfikacje ratingowe i bankowość stały się podstawą tej formy kultury, tej cywilizacji, formatujących pojęcie technopolu do terminu „finansopol”. Moralność i etyka zastąpione zostają przez użyteczność i polityczną poprawność wobec apriorycznych idei; serwilizm (będący dzieckiem zysku) stał się złotym cielcem utylitaryzmu i sukcesu, a myślenie zostaje wytrzebione z krytycyzmu. Informacja (z racji szybkości przekazu) jest teraz elementem metafizycznym. Tym samym obowiązujące symbole kulturowe, pojęcia, idee i wartości uległy trywializacji poprzez upowszechnienie i masowość oraz szybkość przekazu. A ludzie, jak to ludzie. W większości nie chcą być Prometeuszami ani Herkulesami. Wolą zadowolić się – zwłaszcza jeśli edukacja i dostęp do wiedzy są utrudnione z różnych względów – rolą cichego, pokornego, bogobojnego niewolnika mentalnego, bo tak zostali ulepieni i ukształtowani przez Torę, Nowy Testament czy Koran albo… religię rynku.

Duch kultury oświeceniowej (której Lem jest wybitnym admiratorem) może zostać zabity na dwa sposoby: raz wedle koncepcji Orwella (której obrazem jest więzienie i gułag), dwa – wedle wizji Huxleya (której emanacją jest kultura burleski, kiczu, duchowego spustoszenia spowodowanego przez infantylność przekazu i narracji). „Kultura wyjałowionego śmiechu” (tak można to za Huxleyem spuentować) rodząca się z banalizacji, infantylizmu, huraganu informacyjnego, będąca na te zjawiska odpowiedzią (z tytułu osobowych braków analityczno-percepcyjnych) towarzyszy bałwochwalczemu kultowi już nie tyle pieniądza, zysku czy rynku, ale jego hybrydy – banków, stóp procentowych, kart kredytowych, hoss, bess, kredytów itd. Czyli bankowości i finansów. Tu tkwi clou pojęć finansopol lub „banksterstwo”.

To media, ich język i powiązanie z korporacyjnymi, globalnymi rekinami kapitału doprowadziło dziś do opisywanej sytuacji. Technopol (a tym samym Internet) jest tu środkiem, rynkowa świadomość i myślenie – genezą. I nie chodzi o to, by ludzie się nie śmiali, nie bawili, nie stosowali cyfrowych gadżetów i nie zanurzali się w informatyczno-cyfrowym, baśniowym oceanie. Chodzi o to, aby wiedzieli, po co to robią, żeby myśleli samodzielnie i nie poddawali się jednowymiarowości dzisiejszego świata (przed czym ostrzegał już Herbert Marcuse). Ale do tego jest potrzebna gruntowna, wielowymiarowa, powszechnie dostępna edukacja, nienastawiona na zysk, zabawę, infantylizm i bezmyślną rozrywkę.

Wydanie:

Kategorie: Od czytelników

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy