Fragmenty rozmowy przeprowadzonej przez Wojciecha Łaskiego, fotografa i dziennikarza, z Wandą Traczyk-Stawską w 80. rocznicę wybuchu powstania warszawskiego
Wanda Traczyk-Stawska – (ur. 7 kwietnia 1927 r. w Warszawie, zm. 18 sierpnia 2026 r. tamże) ps. „Pączek”, „Atma”, harcerka Szarych Szeregów, żołnierka Armii Krajowej, uczestniczka powstania warszawskiego. Psycholożka, nauczycielka, działaczka społeczna i kombatancka.
Gdzie zastał panią wybuch powstania i jak pani się o nim dowiedziała?
– Wybuch powstania wywołał taki entuzjazm wśród ludności Warszawy, że zawsze o tym momencie pamiętam. Powstanie mnie nie zastało – ja do niego doszłam. Byłam w konspiracji w Szarych Szeregach. Miałam wyznaczoną placówkę i rozkaz zameldowania się u „Huberta” (Aleksandra Kamińskiego, autora książki „Kamienie na szaniec” – przyp. red.). Pełniłam funkcję, o której rzadko się mówi, bardzo niebezpieczną i trudną, polegającą m.in. na ratowaniu Żydów.
Gdzie się pani nauczyła strzelać i rzucać granatem?
– Nauczył mnie tego kolega z batalionu „Zośka”. Był bardzo odważnym chłopcem, poległ w powstaniu. Na pary Niemcy zwracali mniejszą uwagę. Uważali, że chłopak z dziewczyną bardziej są zajęci sobą aniżeli konspiracją czy walką. Moim marzeniem było walczyć z bronią w ręku. Pracując w konspiracji, roznosiliśmy warunkowe wyroki śmierci, o czym także mało się mówi. Polskie służby, kierując się prawem, miały też za zadanie wykonywanie wyroków. Zdarzało się przecież, że zdradzali nawet ci, którzy byli w konspiracji. A do więzienia nie można było nikogo wsadzić, bo więzień nie było.
Kiedy wybuchło powstanie, była pani młodą dziewczyną. Jak wyglądały pani pierwsze dni?
– To był dla mnie bardzo trudny czas. Nie miałam broni, a musiałam chodzić do ludzi, którzy donosili.
Nigdy nie wiedziałam, czy nie zaczną mnie bić, by wymusić informacje o tym, kto stoi za warunkowymi wyrokami śmierci. Polakom, którzy zdradzali, roznosiliśmy pisma warunkujące: albo zaprzestanie donoszenia, albo śmierć. Roznoszący te pisma byli starannie obserwowani.
W Szarych Szeregach była pani jedną z osób, które roznosiły także informacje drukowane.
– Roznosiłam „Biuletyn Informacyjny”. Wymyśliłam na to własną metodę: kupowałam gazetę, której treść odpowiadała Niemcom…
Gadzinówkę!
– …„Nowy Kurier Warszawski”, wkładałam do niego „Biuletyn Informacyjny” i mówiłam zainteresowanym kupnem o wkładce. Warszawiacy roznoszących prasę bardzo chronili. Ostrzegali: „Nie biegnij tam, bo jest łapanka” albo: „Niemcy przeprowadzają rewizję”, „Schowaj się w to
Wojciech Łaski









