Zbigniew Waszkielewicz – aktor, reżyser, pedagog i animator kultury. W 1986 r. założył Teatr IOTA, który działa we wsi Radzie na Mazurach, a w sierpniu obchodził jubileusz 40-lecia.
Jak to jest być alfą i omegą niewielkiego, ale wyjątkowego Teatru IOTA, działającego w mazurskiej wiosce, gdzieś między Giżyckiem a Ełkiem?
– IOTA jest teatrem autorskim, chociaż ma w nazwie improwizację i słowa. Założyłem go jeszcze w Katowicach, gdzie pracowałem w Teatrze Śląskim im. Wyspiańskiego oraz na Uniwersytecie Śląskim. 31 lat temu teatr wraz ze mną przeniósł się na Mazury, gdzie osiadłem. Wrócił ze mną w ojczyste strony. 40 lat jego działania to kilkadziesiąt spektakli, ale dokładnie tego nie liczyłem. Jest też kilka akcji plastycznych, projektów kulturowych – ale spektakli było najwięcej. Wszystkie zagraliśmy jakieś 500 razy. To nawet nie tak dużo jak na te 40 lat. Nigdy jednak nie byliśmy instytucją repertuarową, nie biliśmy rekordów wystawień.
Nie damy rady wrócić do każdego, ale gdybyś spojrzał na nie wszystkie jak na całość, jedność, to jaki byłby to spektakl?
– Moja wędrówka przez życie to taka peregrynacja, gdzie każdy spektakl jest słupkiem, przydrożnym kamieniem. Nigdy nie miałem ściśle wytyczonej trasy do przejścia czy zrealizowania. Gnały mnie ciekawość życia i marsz ku nieznanemu. Gdy budowałem dom albo robiłem spektakl, nigdy z góry nie wiedziałem, jaki będzie ostateczny efekt. Robię to w dialogu z samym sobą, spieram się, zadaję nowe pytania, podążam spontanicznie, nieregularnie w dal. Nigdy nie wiem na początku, jak i czym to się skończy.
Wiele twoich spektakli krąży wokół literatury, inspiruje się dziełami klasyki, muzyką, choć wszystko filtrujesz przez własne doświadczenie. Podasz jakieś nazwiska, tytuły?
– Z jednej strony, były to spektakle autorskie, z drugiej – wiele projektów edukacyjnych. Tu przydaje się formuła teatru performatywnego, teatru czytania, improwizacji. Nie zawsze drogą jest domknięty tekst, którego trzeba się nauczyć na pamięć. Sięgam po różnych autorów. Jeśli się pojawia Szekspir, to znaczy, że jest dla mnie, jeśli Dostojewski – podobnie. Tych inspiracji jest dużo. Mam też wielu takich autorów, którzy nigdy nie zostali zaadaptowani w jakąś formułę czy to edukacyjną, czy spektaklu, ale byli ważni jako inspiracje. Od dziecka byłem molem książkowym i nawet na studiach zdarzało mi się coś zaniedbać, bo po prostu się zaczytałem i znikałem w innym świecie.
Jeśli miałbym przywołać nazwiska z tradycji teatralnej, na pewno byliby to Beckett, Gombrowicz; z poetyckiej Schulz, Leśmian; wymieniony wcześniej Dostojewski. Poza tym literatura rosyjska przełomu XIX/XX w.: Czechow, Gogol. Zawsze też ważni byli dla mnie Amerykanie – Hemingway, dramaty O’Neilla. Z europejskiej tradycji istotny był dla mnie Albert Camus. No i poezja – zawsze, najróżnorodniejsza, gdzie w krótkiej formule można zawrzeć cały świat. Lakoniczność jest dla mnie ważna – nie potrafiłbym robić spektakli wielogodzinnych. A tu poezja ma ogromną siłę rażenia i magię wielości języków, sposobów mówienia.
A motywy religijne?
– Kiedyś jakiś ksiądz powiedział do mnie, że skoro ponad 90% Polaków to katolicy, to i ja pewnie jestem katolikiem. Na co ja: nie, ja jestem wyznania ekumenicznego. Nie ma czegoś takiego – on na to. A ja – że jeśli tak deklaruję, to znaczy, że jest. Wyobrażałem sobie zawsze, że ktoś pewnie zarządza tą Drogą Mleczną, i taka to moja wiara… Robiłem rzeczy teatralne inspirowane tekstami biblijnymi, modlitwami wszelakimi, pieśniami religijnymi. Czytają je teraz jako teksty pocieszenia, wsparcia, źródło siły dla wielu ludzi. Nigdy jednak konfesyjnie. Jeśli coś jest









