W najnowszym (51/2017) numerze Przeglądu polecamy

W najnowszym (51/2017) numerze Przeglądu polecamy

W poniedziałek, 18 grudnia, w kioskach 51., świąteczny numer tygodnika PRZEGLĄD. Polecamy w nim:

TEMAT Z OKŁADKI
Słuchajmy się nawzajem
Prof. Jerzy Bralczyk radzi, jak przeżyć świąteczne spotkania
Rozmowa to są chwile niepowtarzalne. W rozmowie najważniejsze jest to, by być ze sobą – podkreśla prof. Jerzy Bralczyk, językoznawca, specjalista w zakresie języka mediów, reklamy i polityki. – Od lat powtarzam: powinniśmy nie mówić do ludzi, ale mówić ludziom. Czyli mówić tak, żeby nastawić się na naturalny kontakt z rozmówcą. Nie wystarczy wygłoszenie swojego tekstu. W rozmowie chodzi o to, by mój rozmówca odczuł, że to, co mówi, skłania mnie do refleksji, do zastanowienia. Do tego niezbędna jest umiejętność słuchania. Ta umiejętność powinna nawet iść przed umiejętnością dobrego prowadzenia rozmowy.
A o czym rozmawiać przy świątecznym stole? – Ludzie mają wiele wspólnych wspomnień, te wspomnienia łączą, dlatego warto o nich rozmawiać – podpowiada profesor. – Jeśli się skarżyć, to najbezpieczniej na pogodę lub na rząd – wówczas mamy poczucie skrzywdzenia przez Pana Boga lub Prezesa. Wygodnym tematem do rozmów przy stole bywają plotki o celebrytach. Równie bezpiecznie możemy rozmawiać o serialach. W każdym razie nie zapominajmy, że spotykamy się przecież nie z intencją sporu, nawet jeśli nie z intencją pełnej zgody. Spotykajmy się z takim zamiarem, aby po prostu być razem.

WYWIAD
Szpieg w twoim domu
Autor czterech szpiegowskich bestsellerów Vincent V. Severski (Włodzimierz Sokołowski), oficer Departamentu I MSW (wywiad), UOP i Agencji Wywiadu, emerytowany podpułkownik zdradza, że każdy agent, który został wycofany z linii, dlatego że wpadł, albo z innych powodów, musi odpracować to, co w niego zainwestowano. Każda służba to robi. W CIA jest specjalne biuro, które zajmuje się przygotowaniem publikacji, adiustowaniem pamiętników, wspomnień, współpracą z dziennikarzami… Z Kuklińskim było bardzo podobnie. – Ta historia dotycząca Kuklińskiego, którą CIA oficjalnie prezentuje, jest funta kłaków warta. To było dobre do zrobienia filmu „Jack Strong” – mówi. – Ale szpiegowi tamtej historii się nie sprzeda. Dzisiejsza sytuacja w Polsce z pewnością sprzyja innym wywiadom, ułatwia pracę operacyjną. Bo sytuacja zrobiła się niestabilna. Nie wiadomo, w którą stronę Polska idzie. Jaka ona jest teraz, to wiedzą dziennikarze. Ale jaka będzie za 5-10 lat, tego muszą się dowiedzieć szpiedzy. I muszą wypracować dla swoich rządów pakiet informacyjny, który da ten obraz. Tak jak Rosja – nie jest już ważne, jaka będzie teraz, ważne, co będzie po Putinie. Wszystkie wywiady pracują nad tym, co będzie potem.

KRAJ
Rezydent
Najdłużej głodującym uczestnikiem październikowego protestu rezydentów był Piotr Matyja. Głodował 12 dni. 1 grudnia rozpoczął rezydenturę w psychiatrycznym Szpitalu Nowowiejskim w Warszawie. Od półtora miesiąca mieszka na starym Żoliborzu. – Przez cały okres studiów i na stażu wynajmowałem pokoje za 500-600 zł. Przeprowadzałem się osiem razy. Ostatnio w Brwinowie właścicielka mieszkania oszczędzała i słabo ogrzewała pokoje, a łazienki w ogóle – opowiada. – Kiedy 13 października Piotr musiał przerwać głodówkę, postanowił wspomagać głodujących. Nie wrócił do wynajętego pokoiku w Brwinowie, spał u znajomych, czasem u siostry na Służewcu. 30 października Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy zdecydował, że głodówki w całym kraju zostaną zakończone. Tego dnia kończył się też staż Piotra w szpitalu w Grodzisku Mazowieckim. I wtedy zadzwonił do Urszuli, która też brała udział w proteście, i zapytał, czy mógłby wynająć pokój. Ula i jej siostra się zgodziły. – Siedzieliśmy razem i rozmawialiśmy o tym, co się wydarzyło, jakie są dalsze perspektywy po proteście rezydentów – wspomina Piotr. – Byliśmy dumni z tego, co osiągnęliśmy, w końcu udało się przebić do opinii publicznej z informacją, że ten system jest chory nie z powodu lekarzy, tylko z powodu kosmicznych zaniedbań od wielu lat. Wkrótce znów będzie głośno o lekarzach – przewiduje Piotr. – Trwa akcja wypowiadania przez lekarzy specjalistów i rezydentów klauzuli opt-out, która znosi ograniczenia czasu pracy wprowadzonego przez kodeks. Poprzez tę akcję chcemy uświadomić, że są poważne braki kadrowe w ochronie zdrowia.

Zima pod folią
Pięć miesięcy po nawałnicy na Pomorzu mieszkańcy dotknięci przez żywioł nadal żyją w niewygodzie i prowizorce. Niebieską folię widać na dachach wielu budynków. W Rytlu stanęły dwa kontenery – na podwórku rodziny Kosiedowskich i Schmidt. – Już w sierpniu nadzór budowlany wręczył nam pismo, że nasz dom nie nadaje się do zamieszkania – mówi Monika Kosiedowska. – Chcemy zdążyć z remontem domu przed mrozami, bo zima w kontenerze może być ciężka, już teraz uszczelniamy okna kocami.
Bardzo wolno postępuje odbudowa zniszczonych budynków. Wielu mieszkańców prowizorycznie zabezpiecza uszkodzone budynki i z dużymi remontami wstrzymuje się do wiosny. Zdejmowanie całego dachu przy tak niepewnej pogodzie to duże ryzyko, zwłaszcza gdy nie ma się pieniędzy w garści i majstrów na podwórku. Głośno obiecywana pomoc rządowa w rzeczywistości stanowiła ułamek deklarowanych kwot. Nie wszyscy dostali tyle, ile potrzebują. – Mamy dach nad głową głównie dzięki ludzkiej solidarności – mówią ludzie z terenów poszkodowanych przez wichurę. – Raz miałem wywiad w radio. Mówiłem, że Kobierowskim brakuje pieniędzy na dom – opowiada sołtys Rytla Łukasz Ossowski. – Za chwilę zadzwonił telefon. Mężczyzna chciał pozostać anonimowy. Zapytał, ile brakuje, powiedziałem, że 30 tys. zł. Przelew na konto naszego stowarzyszenia był natychmiastowy. Organizowaliśmy też koncerty charytatywne dla potrzebujących. – Właściciel tartaku z Gdańska przywiózł nam po palecie drzewa. Rodzinie z Nowej Cerkwi, co po wichurze mieszkała w piwnicy, ktoś dał dom w Rytlu – opowiadają w Sternowie. – Dwa „blaszaki” na garaż dostałam od harcerzy – dodaje Krystyna Ciesielska. – Ta pomoc ludzka była większa niż pomoc państwa – podkreśla rolnik z Młynek.

ZAGRANICA
Jarmark na przekór
Po ubiegłorocznym zamachu terrorystycznym na jarmark bożonarodzeniowy w Berlinie Niemcy otrząsnęli się z traumy i tłumnie odwiedzają świąteczne targowiska. Niemieccy oficjele z każdej strony apelowali, by nie dać się zastraszyć terrorystom i nie rezygnować z tradycji, do której należy odwiedzanie bożonarodzeniowych jarmarków. Na ulicach wokół głównego placu rozmieszczono betonowe zapory, mające uniemożliwić wjazd samochodów. Wejście na jarmark nie jest strzeżone przez umundurowanych policjantów, tak jakby funkcjonariusze nie chcieli wprowadzać dodatkowej nerwowości. Policja, owszem, jest, ale w niewielkiej liczbie, daleko, nienarzucająca się, by jak najmniej osób zwróciło na nią uwagę. Zdecydowanie więcej funkcjonariuszy działa po cywilnemu. Jarmarki są obserwowane również przez 24-godzinny monitoring.

Misja senator Ewy
Urodzona w 1980 r. w małopolskich Proszowicach Ewa Dziedzic jest jedną z czworga Zielonych w parlamencie Austrii i wielką nadzieją na odrodzenie partii. Pracowała naukowo, ale jej żywiołem jest działanie. W 2015 r. Zieloni przegrali te wybory i nie mają przedstawicieli w izbie niższej, Nationalracie, tylko czworo reprezentantów w izbie wyższej, Bundesracie. – Czuję odpowiedzialność, żeby odbudować partię, przez te trzy lata do najbliższych wyborów muszę dać z siebie wszystko, by iść dalej. Mnóstwo osób się załamało, ale ja nie. Muszę działać, dlatego nie mam czasu rozmyślać, rozpamiętywać – mówi. Zdaniem obserwatorów austriackiej sceny politycznej w ciągu roku Ewa Dziedzic stanie się drugą osobą w partii. – Wiele osób mi mówiło, czemu nie zmienisz nazwiska, nie przetłumaczysz go, nikt go w polityce nie powtórzy. Ja zawsze byłam zdania, że to moje korzenie i każdy, kto sobie język na moim nazwisku złamie, popatrzy też dwa razy, z kim ma do czynienia. Zawsze odbierałam to jako korzyść – śmieje się̨ Ewa Dziedzic. Święta i sylwestra też spędza w Polsce, z bliskimi. – Ja tam nadal i za każdym razem najlepiej odpoczywam. Mamy domek pod Krakowem, tam poczytam po polsku, także prasę, tutaj czytam głównie po niemiecku – cieszy się̨. Może zrobi jakieś zakupy. Torbę do pracy, taką, jak lubi („bez tych falbanek, ozdóbek”), kupiła sobie oczywiście, w ukochanym Krakowie.

SYLWETKI
Jareczek
W rozmowie z Teresą Torańską w książce „My” widać, że Kaczyński cały utkany jest z małych zadr, że jest małostkowy, pamiętliwy, wytacza mniejsze i większe zemsty. Już wtedy, między rokiem 1991 a 1994, bo tak datowane są nagrania, próbowała zrozumieć, o co Kaczyńskiemu i innym chodzi. Poświęciła mu bardzo dużo czasu, może już wiedziała, że w przyszłości stanie się czołową postacią w państwie. Przecież to jej powiedział, mając 45 lat, że chciałby być emerytowanym zbawcą narodu, szefem silnej, bardzo wpływowej, rządowej, współtworzącej albo tworzącej rząd partii. Każdy, kto chce zrozumieć, jak powstawała Polska po 1989 r. i co teraz się w niej dzieje, powinien przeczytać tę rozmowę, która już wtedy obnażała mechanizmy polityki, a dzisiaj pokazuje kalkulowaną zmianę poglądów, a zarazem konsekwencję ambicji wodza. Pokazuje też, jak zmieniło się jego zaplecze, jak ludzi o przenikliwej inteligencji, w których towarzystwie czuł się dobrze w latach 80. i zaraz na samym początku 90., o których mówi z sympatią, zamienił na wiernych, ślepo wykonujących jego zalecenia, oklaskujących każdą jego myśl. Już kiedy Teresa z nim rozmawiała i kiedy kształtowała się ta nowa Polska, w jego otoczeniu było coraz więcej wyznawców. W pewnym momencie rzuciła mu nawet: Ty, Jarek, masz talent do dobierania sobie marnych ludzi. To w tekście wywiadu. Na oryginalnej taśmie mówi: Ty ubóstwiasz mieć durniów wokół siebie. To moja diagnoza ciebie.

Z książki Remigiusza Grzeli „Podwójne życie reporterki. Fallaci. Torańska”. Prószyński i S-ka.

HISTORIA
Czwarty atak na Birczę
Przewodniczącego Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej Wołodymyra Wiatrowycza oburzyło upamiętnienie na tablicy w kolumnadzie Grobu Nieznanego Żołnierza polskich żołnierzy, którzy zginęli w obronie podkarpackiej Birczy przed atakami UPA na przełomie 1945 i 1946 r. Nazwał ich czekistami. Wkrótce po tym oświadczeniu Bircza zniknęła z Grobu Nieznanego Żołnierza. Państwowa polityka historyczna RP współgra bowiem z polityką historyczną Ukrainy na płaszczyźnie wojującego antykomunizmu. Żołnierze Wojska Polskiego, którzy walczyli na froncie wschodnim, a po wojnie m.in. w obronie ziem południowo-wschodnich przed UPA, zostali przecież wykluczeni przez znanego historyka obecnego obozu władzy z tradycji polskiego oręża. W świetle tej polityki historycznej obrońcy Birczy – zarówno żołnierze, jak i funkcjonariusze MO – byli przedstawicielami „sowieckiej władzy okupacyjnej”, którzy na pamięć nie zasługują. W rzeczywistości na przykład dowódca 2. Batalionu 26. pułku piechoty 9. Drezdeńskiej Dywizji Piechoty, niezwykle przez wszystkich szanowany mjr Leon Lubecki, należał do korpusu oficerów przedwrześniowych. Miał dużą wiedzę wojskową i doświadczenie. Cechował go zawsze spokój, powaga i wysoka kultura osobista. Tacy to właśnie „czekiści” bronili Birczy.

KULTURA
Granie solo jest jak Formuła 1
– Grając sam, muszę przez godzinę, od początku do końca, intensywnie skupiać uwagę słuchacza i samemu być niezwykle skupionym na graniu – mówi Krzysztof Herdzin, pianista, kompozytor, aranżer, dyrygent, multiinstrumentalista. – To trochę tak, jakbym prowadził bolid Formuły 1, nawet na sekundę nie mogąc stracić koncentracji, ponieważ jeden niepoprawny ruch mógłby doprowadzić do wypadku. Gdy gra się w takich warunkach, chwila dekoncentracji, zagubienia skutkuje tym, że muzyka staje się nieciekawa, powierzchowna, ludzie przestają słuchać w skupieniu. Sądzę, że niewielu pianistów jazzowych, nagrywając płyty solowe, wpisało się nimi w historię muzyki. Nie mam w sobie czegoś takiego jak gniew twórczy. Powiem więcej: mam w sobie coraz mniej gniewu w ogóle. To efekt tego, jak pracuję nad sobą, w jaki sposób staram się żyć: tonować napięcia, nie doprowadzać do problemów i kłótni, nie oceniać, nie krytykować. Dlatego wypisałem się z wszelkich portali społecznościowych, choć wcześniej byłem tam bardzo aktywny i na swój sposób uzależniony. Zauważyłem, jak bardzo jestem w to uwikłany i jak przestaję nad tym panować. Nie żyję swoim życiem, spędzam godziny w światach wirtualnych. Przeszkadzało mi, że pod wpływem tych portali stawałem się cyniczny, podatny na kłótnie, nieprzyjemne polemiki, złą energię płynącą z bzdurnych wpisów.

Qulturalia

SPORT
Bez Lewego nie ma prawie niczego
– Siła naszej reprezentacji jest z pewnością mniejsza, niż sugeruje ranking FIFA. O ile – to zweryfikują mecze na mundialu – twierdzi dziennikarz sportowy Adam Godlewski w rozmowie z Maciejem Polkowskim. – Drużyna Adama Nawałki jest uzależniona od goli, a nawet obecności Lewandowskiego i zapewne tak już pozostanie do końca jego kadencji. Tylko wrodzonym skłonnościom Nawałki do pracoholizmu kibice zawdzięczają osiągnięte w ostatnich latach wyniki, które wcale nie wzięły się z wciąż mizernego potencjału naszego futbolu. Jeśli jednak w dalszym ciągu nasz zespół będzie tracił tak dużo goli po przerwie, jak to się działo w eliminacjach – a 11 z 14 straconych przez biało-czerwonych bramek padło w drugich połowach – to nawet szczęście nie uchroni naszej drużyny przed gorszymi niż dotychczas wynikami. Poprzeczka pójdzie przecież znacznie w górę, a polska drużyna ma ewidentny problem z utrzymaniem koncentracji, zwłaszcza przy korzystnym wyniku.

OBSERWACJE
Legendy o żarciu
Z jedzeniem na wyjazdach różnie bywa. W każdym kraju je się trochę inaczej, trzeba przede wszystkim wiedzieć, co jeść, bo nie zawsze może to być dla nas bezpieczne – pisze Jurek Owsiak. – W Indiach miałem zawsze jedną, żelazną zasadę – nie jem nic białego. Żadnych serów, żadnych twarożków, żadnych, kurwa, jogurtów. I zawsze mówiłem to swojej załodze: nie wciągajcie żadnych białasów, flora bakteryjna w środku jest kompletnie inna i nawet jeśli takie jedzenie jest formalnie zapakowane, wszystko styka i wydaje się, że jest OK, to dla Europejczyków nie będzie OK.
Kiedy pierwszy raz przyjechaliśmy naszą filmową ekipą do Indii, jeden z kolegów wciągnął oczywiście jogurt, mimo że cztery razy go prosiłem, by tego nie jadł. Rano, kiedy mieliśmy jechać dalej, facet wyglądał jak szmata, nie miał nawet siły ruszać ustami. Indyjskie białe żarcie zadziałało na niego jak słynna zemsta faraona w Egipcie, wyeliminowało go totalnie z pracy. Kiedyś w Indiach i ja znalazłem się jednak w sytuacji, w której nie było wybacz. Zaproszono nas do wójta na kurtuazyjną wizytę. Przyjął nas z całą swoją rodziną bardzo elegancko i dostojnie, po czym zaprosił na poczęstunek. Spojrzałem na podłogę, na której na wielkim obrusie rozstawione było jedzenie, i zdrętwiałem, bo leżało tam samo białe… Ułaaa, samo białe, nic innego! I wtedy zrobiłem ostatnią, desperacką rzecz, która mnie uratowała. Nagle wyjąłem z kieszeni telefon, który nie dzwonił, powiedziałem „Sorry” i wyszedłem przed dom. Nie zjadłem tego, co nam podano, nie ruszyłem ni kęsa, ale cała reszta mojej ekipy musiała to jeść i powiedziała potem: – Dzięki! Zostawiłeś nas z tym samych, samo białe! Białe do potęgi. Rzeczywiście, nic im nie było! Choć ja i tak nie zmieniam zdania: bez białego!

Fragmenty książki Jurka Owsiaka „Obgadywanie świata”. Wydawnictwo Znak.

FELIETONY I KOMENTARZE
Jerzy Domański: Pod świątecznym dywanem
Bronisław Łagowski: Czy narody mają honor?
Jan Widacki: Oczywista oczywistość
Roman Kurkiewicz: Atrapospolita Polska
Tomasz Jastrun: Mieszanie w głowach
Edward Mikołajczyk: Ogórek nie chce eskalować
Agnieszka Wolny-Hamkało: Lulanie na ostro

* * *

Karpie głosu nie mają. My – tak. Nie dajmy go sobie odebrać.
Nie tylko w świąteczne dni.
Świąt z fantazją, ku radości ciała i ducha,
Czytelnikom i Przyjaciołom
życzy PRZEGLĄD

Wydanie: 51/2017

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy