W nowy rok z ciężkim bagażem

W nowy rok z ciężkim bagażem

Niestety, tylko na krótko, w czasie wigilijnych życzeń opłatkowych Polacy byli dla siebie bardziej życzliwi i serdeczniejsi. Bo choć te najpiękniejsze i najbardziej sentymentalne święta są okazją do tego, by poszybować nad prozą życia codziennego, to po paru dniach trzeba jednak wylądować w realnym świecie. Na co dzień zabiegani i nerwowi, bojący się utraty pracy lub już bezrobotni, jak większość szukający okazji do dorobienia. Coraz bardziej sfrustrowani, na własnej skórze odczuwający symptomy kryzysu gospodarczego i z trudem wiążący koniec z końcem. W wielu polskich domach w czasie Wigilii z niepokojem mówiono o najbliższej przyszłości, o tym, co będzie w 2001 roku.
A jaki był ostatni rok XX wieku i symboliczny kres tysiąclecia? Wystarczy spojrzeć na wyniki badań nastrojów społecznych, oceny polityków i poziom optymizmu. Strajkujące pielęgniarki, a zwłaszcza sposób, w jaki z nimi od dwóch lat postępuje rząd Jerzego Buzka, to i znak czasu, i znak firmowy tej formacji politycznej. Jakiż ten rząd daje przykład? Ludzie władzy, oczekując od zarabiających po kilkaset złotych poświęcenia i pokornego znoszenia skutków nieprzemyślanych eksperymentów, sami żyją ponad stan.
Polska posierpniowa ostatecznie rozpadła się na coraz bardziej oddalające się od siebie części. Pod starym sztandarem walka toczy się dziś nie o zasady ideowe, a wyłącznie o własną, lepszą, bardziej uprzywilejowaną pozycję na rynku pracy, o dostęp do środków publicznych. Silni spychają słabych na margines. Nikt już nie ma złudzeń, że mamy rząd bezradny intelektualnie, pracujący bez koncepcji, pozorujący działania, nieudolny organizacyjnie. Tajemnicą premiera i Mariana Krzaklewskiego pozostanie, jak w jednym miejscu można zgromadzić tylu ludzi nieudolnych i nieuczciwych.
Kto z rządu jeszcze słucha premiera Buzka? Mimo zakazu premiera dwaj ministrowie sprzedają trzeciemu (Radkowi Sikorskiemu) państwowy las. I co? Nic. Większość ministrów uważa, że nic się nie stało. Takie są dziś standardy zachowań ludzi władzy. Nie dziwią więc słowa Lecha Wałęsy: “Nic już mnie nie łączy z ludźmi, którzy rządzą Polską”.
Ileż lat trzeba będzie odrabiać efekty spustoszenia, jakiego dokonano w świadomości społecznej? Kto i kiedy uwierzy, że normą zachowań władzy w społeczeństwach demokratycznych jest służba państwu i obywatelom? Że państwo jest dobrem wspólnym. Nie tylko pielęgniarek, nauczycieli, górników, ale przede wszystkim, tych, którzy chwilowo są na szczytach władzy.
Czekają nas trudne miesiące. Zużyty moralnie, pozbawiony autorytetu rząd nastawiony jest wyłącznie na przetrwanie do jesieni. Powód tej żenująco rozpaczliwej walki o trzy miesiące rządzenia może być tylko jeden. Załatwić interesy partii i własne, prywatne. Sprytnie podpisać umowy, które będą obowiązywać przez lata. Obsadzić swoich na różnych stanowiskach i zagwarantować im wysokie odprawy po odejściu. Ile trzeba cynizmu, by tak postępując, mówić o zasadach? Ci politycy UW, którzy zdecydowali o podżyrowaniu rządów AWS za kilka posad, muszą się liczyć z tym, że trzeba będzie zapłacić rachunek za cały bilans tej władzy.
Czy skoro w Nowy Rok wchodzimy z takim bagażem, nie ma żadnych powodów do optymizmu?
Nadzieją pozostają sami Polacy. Najdzielniejsi w trudnych sytuacjach. W przyszłym roku czeka nas wielka batalia o kształt państwa. Sami zadecydujemy o tym, jakiej Polski chcemy.

Wydanie: 52/2000

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy