Olej palmowy: czy bojkot ma sens?

Olej palmowy: czy bojkot ma sens?

Jeżeli zrezygnujemy z oleju palmowego, to będziemy musieli wielokrotnie zwiększyć obszar upraw innych roślin oleistych


Dr Monika Mętrak – Instytut Biologii Środowiskowej, Wydział Biologii UW


Jak powstaje olej palmowy?
– Źródłem oleju palmowego jest palma olejowa, którą botanicy fachowo nazywają olejowcem gwinejskim. Ta roślina pochodzi z Afryki Środkowej, gdzie jest uprawiana od kilku tysięcy lat. Palma olejowa ma nieduże owoce, mniej więcej wielkości śliwki, z pestką w środku i miąższem na zewnątrz. Do wytwarzania oleju palmowego wykorzystuje się jedno i drugie. Miąższ jest pomarańczowy, więc dopóki olej z niego nie zostanie poddany rafinacji, również jest pomarańczowy i zawiera karotenoidy. Natomiast olej tłoczony z pestki jest żółtawy. W większości olejów roślinnych poziom kwasów tłuszczowych nasyconych wynosi maksymalnie kilkanaście procent, natomiast olej tłoczony z pestek palmy olejowej w ok. 80% składa się z tych kwasów, a olej z miąższu w ok. 50%.

Czym to skutkuje?
– Przede wszystkim wpływa na właściwości fizyczne i chemiczne oleju palmowego. Przez to trudno go zastąpić. Żeby inne oleje roślinne miały podobne właściwości, trzeba je w jakiś sposób przetworzyć.

To dlatego olej palmowy jest tak popularny?
– Między innymi. Jest tani i dobrze miesza się z innymi olejami roślinnymi. Jest prawie wszędzie – w słodyczach, wypiekach, słonych przekąskach, wszystkich daniach typu fast food. W produktach spożywczych odgrywa rolę naturalnego konserwantu. Oprócz tego, właśnie ze względu na dużą ilość kwasów tłuszczowych nasyconych, podwyższa temperaturę topnienia lodów. Ale to niejedyne przyczyny popularności oleju palmowego. Mniej więcej od lat 70. XX w. jego produkcja rośnie.

Dlaczego?
– W latach 90. XX w. pojawiły się pierwsze badania naukowe, które mówiły, że nienasycone kwasy tłuszczowe typu trans, które powstają przede wszystkim w procesie utwardzania płynnych olejów roślinnych, mają negatywny wpływ na zdrowie. Pod presją społeczną firmy zaczęły usuwać tłuszcze trans ze swoich produktów. W odróżnieniu od innych olejów roślinnych oleju palmowego na ogół nie trzeba poddawać procesowi utwardzania. Ma on tak dużo nasyconych kwasów tłuszczowych, że nawet nieutwardzony ma konsystencję właściwą do większości zastosowań kulinarnych. Nawet jeżeli trzeba go dodatkowo utwardzić, łatwo można szkodliwe tłuszcze usunąć, nie zmieniając właściwości produktu. Między innymi dlatego stał się tak popularny. Warto jednak dodać, że nadmierne spożywanie tłuszczów nasyconych może mieć negatywny wpływ na zdrowie.

Olej palmowy znajduje się nie tylko w żywności, lecz także w wielu kosmetykach.
– Stało się to m.in. za sprawą choroby szalonych krów, która zaatakowała zwierzęta w Wielkiej Brytanii w latach 90. XX w. Od tego momentu zaczęto szybko odchodzić od składników odzwierzęcych w kosmetykach. Kiedyś dodawano do nich łój zwierzęcy, a żeby go zastąpić, zaczęto używać oleju palmowego, który ma podobne właściwości. To sprawiło, że olej palmowy zdominował rynek i spożywczy, i kosmetyczny. W tej chwili globalnie zużywamy ok. 70 mln ton oleju palmowego rocznie, co daje średnio 8 kg oleju palmowego rocznie na osobę. Przy czym dla Unii Europejskiej średnia jest trochę wyższa – ok. 10 kg rocznie na osobę.

Od kilku lat mówi się o tym, jak uprawy palmy olejowej niszczą środowisko. Wiele osób nie kupuje produktów z olejem palmowym.
– Palma olejowa może być uprawiana na stosunkowo niewielkim obszarze – 10 st. geograficznych na północ i 10 st. na południe od równika. Dokładnie w tym pasie rosną tropikalne lasy deszczowe. To miejsca, które charakteryzują się wielką różnorodnością biologiczną. Szacuje się, że połowa wszystkich organizmów żywych występujących na Ziemi żyje właśnie tam.

Jednak olej palmowy jest potrzebny.
– Tak. I tu mamy problem: na tym samym terenie z jednej strony mamy fantastyczny, bardzo różnorodny ekosystem, a z drugiej prowadzone są tam uprawy palmy olejowej, soi, powstają pastwiska, pozyskuje się cenne drewno z drzew tropikalnych. Palma olejowa nie jest jedyną przyczyną wylesiania lasów deszczowych, ale niestety jedną z głównych.

Co się dzieje, gdy wycinamy lasy deszczowe?
– Zaburzone zostają lokalne stosunki temperaturowe i wodne. Wylesiony teren zaczyna dużo mocniej się nagrzewać, intensywniej paruje, więc się przesusza i wzrasta ryzyko pożaru. Oprócz tego wycinanie lasów deszczowych na dużą skalę wiąże się ze zmianami globalnych stosunków wodnych, ponieważ wszystkie lasy, a tropikalne w szczególności, wciągają i odparowują wodę z głębszych pokładów gleby. Dzięki temu w atmosferze tworzą się „strumienie” pary wodnej, które z prądami powietrza są transportowane w bardzo odległe miejsca, gdzie spadają w postaci deszczu. Jeżeli przekroczymy punkt graniczny i wytniemy za duży obszar lasów deszczowych, zaburzymy cały globalny obieg wody. I wtedy staniemy przed problemem suszy, a więc kryzysem w rolnictwie.

A co z wychwytywaniem dwutlenku węgla przez lasy deszczowe?
– Drzewa, tak jak wszystkie rośliny fotosyntetyzujące, wiążą go z powietrza i przetwarzają na związki organiczne, które budują ich biomasę. Dzięki temu rośliny są żywymi magazynami dwutlenku węgla. Po śmierci rośliny jej biomasa stopniowo się rozkłada, uwalniając dwutlenek węgla. Natomiast w przypadku lasów tropikalnych, które rosną na torfach, węgiel związany w biomasie roślin może zostać zmagazynowany w osadach organicznych na tysiące lat.

Lasy deszczowe ciągle stoją w ogniu – mówi się, że to wina rozrastających się plantacji roślin i pastwisk.
– Często są to celowe podpalenia, ponieważ ogień jest najtańszą metodą wylesiania. Jeżeli przesuszeniu ulegnie las, który rośnie na torfach, i wybuchnie tam pożar, ogień nie tylko strawi korony drzew, ale zejdzie też w głąb osadów. Torf pali się znakomicie, więc takiego pożaru praktycznie nie da się ugasić. Powstają przy tym gigantyczne ilości dymu, który ma skład podobny do smogu. W tym dymie znajdują się m.in. pyły zwieszone, metale ciężkie i wielopierścieniowe węglowodory aromatyczne, np. rakotwórczy benzopiren. Tu warto przypomnieć, że część obszarów tropikalnych jest gęsto zaludniona. W sezonie wzmożonych pożarów miejscowi często mówią, że czują się, jakby oddychali oparami z grilla.

Co ze zwierzętami? Jaki wpływ mają uprawy palmy olejowej na lokalną faunę?
– W lasach tropikalnych mieszka wiele gatunków rzadkich, których zasięgi występowania ograniczone są do tego właśnie ekosystemu. Wycinanie lasu powoduje, że te gatunki tracą siedliska i stopniowo wymierają. Nawet jeśli nie zniszczymy miejsca występowania jakiegoś gatunku całkowicie, ale podzielimy teren na zbyt małe, niepołączone ze sobą fragmenty, również może się okazać, że gatunek nie będzie mógł przetrwać. Chociażby dlatego, że osobniki nie znajdą partnera do rozrodu lub nie zdobędą pokarmu.

Czym grozi utrata bioróżnorodności?
– W momencie kiedy zaczynają ginąć poszczególne gatunki, dochodzi do zagrożenia integralności danego ekosystemu. Organizmy tworzące ekosystem łączy sieć zróżnicowanych powiązań, dotyczących np. zdobywania pokarmu, ale nie tylko. Jeżeli z ekosystemu zaczną znikać gatunki, zwłaszcza takie, które mają dużo powiązań z innymi, równowaga się załamie. Wymieranie jednego gatunku pociągnie za sobą wymieranie kolejnych.

Co pani myśli o bojkocie oleju palmowego?
– Jak mówiłam, ekosystem jest siecią bardzo zróżnicowanych powiązań, z których często nie zdajemy sobie w pełni sprawy. Podobnie jest na styku społeczeństwa, ekonomii i przyrody. Takie nieoczywiste powiązania sprawiają, że bojkot oleju palmowego, którego potrzebę czujemy sercem, patrząc na zniszczenia powodowane przez uprawy palmy olejowej, może się okazać przeciwskuteczny.

Dlaczego?
– Jak mówiłam, globalnie zużywamy ok. 70 mln ton oleju palmowego. Jeśli powiemy stop uprawie palmy olejowej, te 70 mln ton oleju roślinnego skądś będziemy musieli wziąć. Potencjalne zastępniki to przede wszystkim olej sojowy, rzepakowy, słonecznikowy i kokosowy. Ale jest haczyk – palma olejowa to najbardziej wydajna roślina oleista, jaką znamy. Z jednego hektara uprawy w ciągu roku dostajemy prawie 4 tony oleju. Dla porównania soja, palma kokosowa i słonecznik dają poniżej 1 tony oleju z hektara rocznie. Jeżeli zrezygnujemy z uprawy palmy olejowej, będziemy musieli wielokrotnie zwiększyć obszar upraw innych roślin oleistych. Już ta prosta kalkulacja zmusza do zastanowienia się nad skutkami bojkotu oleju palmowego.

Nie mówiąc o ludziach, którzy pracują przy produkcji oleju palmowego. Zostaliby bez środków do życia.
– W tym momencie przy produkcji oleju palmowego pracuje ok. 6 mln osób, z czego 2 mln to ludzie, dla których ta praca jest jedynym źródłem dochodu. Trzeba zapewnić tym osobom jakieś źródło utrzymania, możliwość przekwalifikowania się. W państwach, które produkują olej palmowy, pieniądze z jego sprzedaży stanowią ważny element PKB. Finansuje się z nich drogi, szpitale, szkoły, nawet ochronę przyrody, co dobrze pokazuje nieoczywiste powiązania.

Lepiej więc pozwolić uprawom palmy olejowej rozrastać się?
– Nie. Wyobrażam sobie, że najlepszym rozwiązaniem byłoby zmniejszenie konsumpcji olejów roślinnych. W naszym świecie konsumpcja jest niezwykle rozbuchana – produkujemy znacznie więcej, niż jesteśmy w stanie przetworzyć. System zmusza nas do szybkiej wymiany rzeczy, które posiadamy. Ten konsumpcjonizm trzeba ograniczyć w każdej dziedzinie. Zmagamy się z tym problemem co najmniej od lat 70. XX w., kiedy ukazał się raport Klubu Rzymskiego „Granice wzrostu” o limitach środowiskowych. Zasoby planety nie są niewyczerpane, mimo to konsumpcja rośnie.

Czy da się jakoś ograniczyć straty spowodowane przez uprawy palmy olejowej?
– Częściowym rozwiązaniem jest certyfikacja upraw, a nawet całego łańcucha dostaw oleju palmowego. Takich systemów certyfikacji istnieje już kilka – niektóre są państwowe, inne tworzone przez organizacje pozarządowe. Z inicjatywy WWF powstał system RSPO (Roundtable on Sustainable Palm Oil). Międzynarodowa Unia Ochrony Przyrody uznała certyfikat RSPO za najkorzystniejszy ze wszystkich dostępnych, jeżeli chodzi o ochronę różnorodności biologicznej. Sama należę do rady naukowej Polskiej Koalicji na rzecz Zrównoważonego Oleju Palmowego (PKZOP), która wspiera i monitoruje wprowadzanie na polski rynek oleju palmowego certyfikowanego przez RSPO.

Jak działa certyfikacja?
– Producent, który chce uzyskać ten certyfikat, musi spełnić wiele wymagań. Po pierwsze, certyfikacja RSPO mówi, że trzeba jak najbardziej ograniczyć wycinanie pierwotnej puszczy tropikalnej. Natomiast na już istniejących plantacjach należy zmaksymalizować uprawy, ale tak, by nie doprowadzić do zanieczyszczenia wody i gleby oraz żeby ograniczyć erozję gleby. Ewentualne decyzje o wylesieniu podejmuje się na podstawie konsultacji z naukowcami i lokalnymi mieszkańcami. Zabronione jest wylesianie metodą wypalania i na torfowiskach. RSPO dba także o godne warunki pracy na plantacjach palmy olejowej.

Mimo to ma pani obiekcje.
– Żadna certyfikacja nie jest idealna. W krajach, w których palma olejowa jest uprawiana, stała się ona w dużej mierze sprawą polityki, bo tak jak mówiłam, z plantacji płyną pieniądze. W związku z tym zdarza się, że audytorzy, którzy przyznają certyfikaty, są poddawani silnej presji ze strony polityków czy dużych korporacji, co może rzutować na decyzje o przyznaniu stosownych zaświadczeń. Niestety, certyfikacja jest trochę jak plasterek naklejany na głęboką ranę, ale jest to rzecz, którą można zrobić realnie, i moim zdaniem to najlepsze z dostępnych obecnie rozwiązań.

Rzadko widuje się certyfikaty zrównoważonego oleju palmowego na opakowaniach.
– Tłumaczenie tak złożonej sytuacji klientom to trudna sprawa, wobec tego wiele firm rezygnuje ze stosowania oleju palmowego. Niezależnie od tego, jak podaje WWF, w tej chwili na rynku polskim 81% oleju palmowego używanego w żywności to olej certyfikowany. Jeżeli chodzi o kosmetyki, 59% oleju palmowego ma certyfikat, a w kategorii „inne zastosowania” (czyli np. pasza dla zwierząt) 27% oleju jest certyfikowane.

Czy kampanie związane z bojkotowaniem oleju palmowego wpływają na jego sprzedaż?
– Wydaje się, że tak. W 2020 r. import oleju palmowego do Polski nieco się zmniejszył w stosunku do poprzednich lat. Można to tłumaczyć pandemią, ale import pozostałych olejów roślinnych w tym czasie nieco wzrósł. Być może ten spadek to efekt wycofywania się firm ze stosowania oleju palmowego za sprawą presji konsumentów. Jeżeli tak, to sygnał, że presja konsumencka rzeczywiście może coś zmienić. Pytanie, czy to dobry kierunek. Zachęcam do zastanowienia się nad kwestią bojkotu oleju palmowego. Mamy do czynienia z wieloaspektowym zagadnieniem, a sprawa jest bardziej zwiła, niż się wydaje.

Fot. archiwum prywatne

Wydanie: 50/2021

Kategorie: Kraj, Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy