Orkiestra zagrała dla ofiar tsunami

Orkiestra zagrała dla ofiar tsunami

Szpitale na Sri Lance dostaną od Owsiaka sprzęt za 250 tys. dolarów

Jurek Owsiak tłumaczy, dlaczego w tym roku WOŚP zbierała także dla ofiar tsunami i dlaczego jej członkowie pojechali na Sri Lankę:

– Naszą złotą zasadą jest to, że zbieramy wyłącznie na dzieci w kraju. Złamaliśmy ją raz, gdy pomogliśmy uchodźcom w Kosowie, i teraz, gdy pieniądze z aukcji internetowej Allegro, czyli ok. 250 tys. dol., Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy przeznacza na pomoc ofiarom tsunami. Jasno postawiliśmy sprawę – kto chciał pomóc dzieciom z regionu dotkniętego tsunami, wpłacał przez Internet, kto chciał pomóc maluchom w kraju, wybierał inną formę. Poza tym w takiej sytuacji zawsze przypominam stan wojenny. Wtedy nam pomogli, teraz my możemy się podzielić złotówką.
Warto było przed zakupami sprzętu medycznego pojechać na Sri Lankę. Po pierwsze, to ogromna radość wejść do szpitala takiego jak ten w Batticoala i powiedzieć: – W porządku, kupujemy wam 90 łóżeczek dziecięcych, 90 szafek i 90 stojaków. Wyposażymy cały oddział. Ale po drugie, ta podróż pozwoliła nam zdecydować, co tym ludziom jest naprawdę potrzebne, bo nie chcemy tylko wysłać trochę drogiego sprzętu i mieć sprawę z głowy. To ma być pomoc długofalowa i skierowana do trzech konkretnych szpitali, w tym jednego położonego na terenach kontrolowanych przez Tamilskie Tygrysy, gdzie tsunami nie dotarło, ale ludzie żyją w dramatycznych warunkach.
Kiedy po licznych kontrolach poprzez straszne wertepy dotarliśmy do szpitala, zobaczyłem taki widok: w wielkiej sali leżało kilkadziesiąt osób, a lekarz bardziej przypominający felczera mówił: – Te panie urodziły, o, tych dwóch jest po operacji, ten jeden nie wiem, czy przeżyje…
Taka szkoła przetrwania. W kącie na stoliku leżały leki używane na ich intensywnej terapii. A był to taki banalny zestaw, jaki my mamy w domowej apteczce. Innych leków nie mają. Lekarz przyjmuje ok. 200 osób dziennie z całego regionu, jednemu pacjentowi poświęca trzy minuty.
Ale ucierpiały wszystkie szpitale. Zwożono tam tysiące ludzi potrzebujących pomocy. Wyczerpały się leki, a rzężący sprzęt w ogóle przestał pracować.
Władze Sri Lanki przygotowały całą listę oczekiwań, którą weryfikowaliśmy. Np. wpisano inkubatory, ale my zobaczyliśmy, że u nich już one stoją, tyle że nie działają. Powiedziałem im, że widać mają kłopoty z serwisem, więc rozpoczniemy pomoc od prostszego sprzętu, na początek mebli. Wszystko polskiej produkcji. Potem kupimy trochę inkubatorów i respiratorów. Zobaczymy, jak o nie dbają.
Nie, nie obrazili się. Dla nich większym problemem było, czy ta grupa facetów z nieznanego kraju (chyba tysiąc razy tłumaczyłem, że Poland to nie Holland) jest wiarygodna. Szybko się uspokoili i spotkaliśmy się z ich ministrem zdrowia. Konkretny człowiek gestem ręki zwolnił nas z cła. To się nazywa – szybkie podejmowanie decyzji. Zgodził się też, byśmy wszędzie, gdzie wyślemy sprzęt, zostawiali serduszka Orkiestry. Nasza deklaracja wyposażenia trzech szpitali była dla niego ważna, bo jedyna. Kiedy odwiedzaliśmy ich placówki, nie mijaliśmy innych delegacji. Cieszę się, że za kilka lat lekarze z Sri Lanki ciągle będą używać polskiego sprzętu i dobrze nas wspominać. Nie będę już musiał rysować Europy na piasku i pokazywać, gdzie jesteśmy.
Szpitale są tam przestronne, posprzątane, ale z czyszczeniem i konserwacją sprzętu nikt nie przesadza, właściwie wszędzie widzisz stare graty. Dlatego proszono nas np., byśmy pamiętali, że łóżka, które kupimy, przez lata nie będą oliwione ani czyszczone. Poza tym najlepszy jest dla nich sprzęt obsługiwany hydraulicznie, nie komputerowo, bo jest zbyt delikatny i zaraz się zepsuje. A serwisu brak. Szczególnie potrzebują też aparatury pomagającej w chorobach dróg oddechowych. Wilgotny klimat wywołuje wiele schorzeń, poza tym ludzie odratowani z tsunami mają problemy z płucami. Zauważyłem też, że cenią rzeczy z metalu, np. szafki. Też je dostaną.
W ich salach szpitalnych czułem się trochę tak, jakbym się cofnął do czasów dr. Judyma. Widziałem noworodka w inkubatorze, ale kiedy już matka mogła go karmić, robiła to łyżeczką. Zdobycie butelki i smoczka było niemożliwe. Poza tym noworodki są kłute igłami dla dorosłych, co robi okropne wrażenie. Prawie w ogóle nie ma sprzętu dostosowanego do ich wielkości. Ale z drugiej strony, lekarze wykonują skomplikowane operacje, a – co najbardziej podziwiam – jeden szpital opiekuje się aż milionem osób.
Widzieliśmy ogromną pomoc płynącą z całego świata. Rząd dzieli ją sprawiedliwie – każdy dostaje 50 dol., 150 dodatkowych dolarów to rekompensata za zmarłego członka rodziny, poza tym każdy zostaje wyposażony w olej napędowy, by mógł łowić. Konkretnie i praktycznie.
Wszędzie porozstawiano namioty z najróżniejszymi flagami, całość na tle tej przepięknej przyrody przypomina wakacyjny obóz. Wszyscy razem gotują, na drutach kolczastych rozwieszają pranie. W tle pracują buldożery. W szpitalach jest dużo lekarstw, bo nadeszły ich tony, ale mamy też świadomość, że za rok będzie tu pusto, współczucie opadnie. Niewielu zostanie takich jak my, chcących pomagać przez kilka lat.
Podobał mi się ich tolerancyjny i praktyczny stosunek do religii. Budda sąsiaduje z Chrystusem, bo na Sri Lance docenia się możliwości Kościoła katolickiego choćby w sprawach niesienia pomocy.
Pozornie przyjmują tragedię spokojniej niż Europejczycy. Taka jest natura, takie przeznaczenie – powtarzają. Ale to nie znaczy, że nie cierpią. Poznałem kobietę, która straciła całą kilkudziesięcioosobową rodzinę. Żadna pomoc nie wyprostuje jej życia.
Jedną z reakcji na tragedię jest wyeliminowanie z posiłków ryb. Dlaczego? Bo one żywiły się ich najbliższymi.
A jednak, pomimo ogromu śmierci, prosili mnie o jedno: – Opowiadaj w tej swojej Europie, że u nas już życie wróciło do normy, że można przyjeżdżać. Jeśli załamie się turystyka, żadna pomoc nas nie uratuje.
Wysłuchała IKA

 

Wydanie: 11/2005

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy