Państwo nie działa, ale prawicowy duopol trwa

Państwo nie działa, ale prawicowy duopol trwa

POPiS, choć coraz bardziej zużyty i nieświeży, trwa i zmian na horyzoncie nie widać. Zaobserwowano jedynie drobne przetasowania między PO i PiS. Poza tym mamy ogólne zmęczenie polską polityką, dalsze wycofywanie się z oficjalnego spektaklu politycznego i coraz większą obojętność społeczeństwa wobec medialnej demokracji. Plus skandaliczne liczenie głosów, które dodatkowo ośmiesza oficjalną politykę w Polsce. Nie tylko zresztą politykę, ale i całe państwo. W tym samym bowiem czasie nastąpił kompromitujący falstart sprzedaży biletów na sztandarowy projekt PKP (osławione pendolino) – tam też system się zaciął. Zacinanie się różnych części systemu staje się w Polsce ciągłe i powszechne. Tak w skrócie można opisać wybory i okres powyborczy.

Warto jednak bliżej się przyjrzeć pewnym głębszym rysom w zachowaniach politycznych (choć jest to dość trudne bez znajomości ostatecznych wyników wyborów). Po pierwsze, frekwencja. Generalnie niska, ale szczególnie słaba w zachodniej Polsce i sporej części dużych miast. Czyli tam, gdzie zazwyczaj aktywność polityczna była większa. W tym roku było odwrotnie – częściej do urn wyborczych szła prowincja, wieś i Polska wschodnia. Kościelna ambona zrobiła swoje i zmobilizowała prawicowo-rozmodlone środowiska. Liczebna przewaga bardziej religijnego, konserwatywnego i prawicowego elektoratu przeważyła szalę na rzecz PiS. W tych warunkach jednak wynik PiS nie jest oszałamiający. Niska frekwencja na terenach, gdzie mieszka bardziej lewicowy i kulturowo liberalny elektorat, świadczy zaś o dwóch zjawiskach: pozostaniu w domu dużej części sympatyków lewicy i słabnącej zdolności Platformy do mobilizowania liberalnej części społeczeństwa. SLD nie porwał lewicowego elektoratu, a coraz bardziej zużyta i pozbawiona treści PO nie zachęca do głosowania obrońców bardziej liberalnych nastrojów.

Kilkuprocentowa porażka Platformy pozornie nie oznacza tragedii, ale w dłuższej perspektywie utrata wpływów w kilku sejmikach wojewódzkich dla partii władzy może być początkiem głębszych kryzysów – wewnętrznych kłótni i rozliczeń, regionalnych przejść do rosnącej w siłę konkurencji i dystansowania się wobec liderów. Jeżeli łącznikiem w PO są głównie interesy, a nie poglądy jej członków, to przy utracie realnych wpływów mogą się zacząć poważne problemy. Tym bardziej że premier Kopacz – sprawiająca wrażenie osoby znerwicowanej i rozhisteryzowanej – nie jest tak sprawnym socjotechnikiem jak Donald Tusk. O ile różne afery i skandale nie zaszkodziły Platformie pod rządami Tuska, o tyle realna utrata wpływów w terenie może mocno zachwiać partią władzy kierowaną przez Ewę Kopacz.

Lewicy z kolei powinna się zapalić czerwona lampka oznaczająca być może ostatnią szansę na przemodelowanie taktyki, wypracowanie długoterminowej strategii i poważne przemyślenie oferty politycznej. Czas się zastanowić, czy tego skromnego kapitału, jaki pozostał (ok. 1,3 mln wyborców, trochę lokali partyjnych, resztki dofinansowania z budżetu państwa i niewielka grupa ludzi, którym jeszcze coś się chce), nie zainwestować – bez gwarancji sukcesu – w zupełnie nową ofertę polityczną. Trwanie w miejscu, zamykanie się w bunkrze i czekanie na cud raczej sukcesu nie przyniesie. Tak samo jak wewnętrzne kłótnie i jałowe spory sprowadzane tylko do konfliktów personalnych. Rozliczanie zamieniające się w bijatykę do końca rozłoży lewicę.

Mówiąc o nowym rozdaniu na lewicy, nie mam na myśli kolejnej, sztucznej, odgrywanej przed kamerami telewizyjnymi tzw. integracji środowisk lewicowych. Przetasowanie w żaden sposób nie powinno się sprowadzać do zbierania do kupy lewicowych kanap, na których zazwyczaj siedzą generałowie pozbawieni armii. Trzeba zgromadzić lewicową i pozbawioną reprezentacji politycznej (to prawie 60% ludzi!) część społeczeństwa wokół nowej opowieści o Polsce. Nowy projekt lewicowy powinien też być wolny od różnego rodzaju odgrzewanych bohaterów z przeszłości – oni mogą doradzać i wspierać, ale z pewnością nie powinni go firmować.

Ważniejsze są sprawy, na których taką nową opowieść o innej Polsce chce się osnuć. Z pewnością należą do nich kwestie rosnących nierówności społecznych czy obrony szeroko rozumianych praw obywatelskich (zarówno w miejscu pracy przed szefem bądź firmą, jak i przed organami państwa: bezkarną prokuraturą, aroganckimi urzędami skarbowymi albo pozbawionymi empatii komornikami). Nie da się ominąć wciąż aktualnej sprawy świeckości społeczeństwa i oddzielenia Kościoła od polskiej polityki. Tak zainicjowana debata powinna również pokazać trochę świeżych twarzy.

Nie każdy kryzys musi być zły. Czasem jest konieczny, aby dostrzec nowe możliwości i przekroczyć dotychczasowe ograniczenia. Właściwie nigdy nie było postępu bez kryzysu. Ale czy polska lewica potrafi wykorzystać swoje gorsze dni do wypracowania lepszej kondycji w przyszłości? To zależy tylko od niej i od ludzi, którzy chcą ją tworzyć.

Wydanie: 48/2014

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy