Paszport zbrojny

Paszport zbrojny

Lata całe paszportu nie miałem. Stary się unieważnił i zagubił gdzieś przy przeprowadzkach, nowego nie potrzebowałem, bo nie wyjeżdżałem poza Unię Europejską, zarazem jednak zaciekle podróżując w jej obrębie. Lubię bowiem baczyć na okoliczności najbliższe, transatlantyckie podróże mnie nie interesują, co najmniej od kiedy przed ćwierćwieczem spędziłem miesiąc w Andach – wiem, że weltschmerz jest na drugiej półkuli dokładnie taki sam, dogania człowieka, choćby ten się wyprawiał z prędkością ponaddźwiękową na krańce świata.

Z Andów pamiętam rozczarowanie nadmiarem; wcześniej Alpy miałem za bezkresne morze gór, ale dopiero pod Aconcaguą poczułem ten odpychający bezmiar, w którym wszystko jest za duże, za wysokie na europejskie przyzwyczajenia; nie umiałem tak zadzierać karku, nie mieściły mi się te góry w kadrze ani w głowie. Na domiar złego niewiele było w nich życia, nie licząc trucheł padłych mułów, obżeranych do szkieletów przez kondory – wszystko suche, kruche, prawie żadnej roślinności, tylko skały i żwirowe pustkowia, miałem nieodparte skojarzenie z krajobrazem marsjańskim, znanym ze zdjęć przesłanych przez łazik. Po drodze pyliste ścieżki i silny wiatr, na szczęście błyskawicznie suszący przepocone koszulki, gdzieniegdzie mchy kolczaste, suche jak wiór, wyżej już nic poza żwirem i pyłem. Dołowały mnie brudne penitenty, przygnębiał łoskot wielkich wodospadów walących z topniejących lodowców, przerażał hałas lawin kamiennych odrywających się od lodu, przytłaczały wyschnięte korytarze i niekończące się piarżyska, wyglądające jak hałdy w gigantycznym kamieniołomie.

Życie odnalazłem dopiero na 4500 m, w bazie pod ścianą królowej Andów, ale niezupełnie takiego życia mi brakowało: w namiocie barowym napotkałem pełno rozwrzeszczanych, pijanych Polaków z wypraw komercyjnych – ci, którzy dopiero co zeszli ze szczytu, bratali się z tymi, którzy tyle co wdrapali się do obozowiska. Tęskniłem diablo za moją trzyletnią podówczas córeczką, która obchodziła akurat urodziny. W Refugio Plaza de Mulas stoją bodaj najwyżej na świecie położone budki telefoniczne, dzięki którym mogłem

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2026, 40/2026

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok