Pianista – pacyfista

Pianista – pacyfista

Wielu mówi, że Krystian Zimerman się skompromitował, on jednak tylko popełnił świętokradztwo

Słowne wtręty muzyków podczas koncertu nie należą do rzadkości, ale najczęściej obejmują dodatkowe informacje o wykonywanych utworach, ewentualnie komplementy pod adresem publiczności. Częściej zdarzają się na występach jazzmanów, którzy zwykle mają do dyspozycji mikrofony. Muzycy klasyczni są pod tym względem w gorszej sytuacji.

Zakasował wszystkich

Dlatego długie filipiki przy muzyce poważnej zwykle budzą sensację. Wiedzą o tym bywalcy koncertów z udziałem naszego znakomitego dyrygenta Jerzego Maksymiuka, który ulega dosyć często pragnieniu „pogadania” z publicznością. Jednak to, co zaproponował światu Krystian Zimerman, zakasowało wszystkie znane przypadki. Siedząc przy klawiaturze fortepianu w Walt Disney Concert Hall w Los Angeles, między utworem Bacha a oczekiwanymi „Wariacjami” Karola Szymanowskiego powiedział dosyć cicho (brak mikrofonu), ale z wyraźną złością, że nie podobają mu się Stany Zjednoczone i ich militarystyczna polityka, więzienie w Guantanamo i śmiechu warte rakiety. Uderzył też w nutę patriotyczną, radząc USA, aby odczepiły się od jego kraju.
Dla kilkudziesięciu osób Zimerman przebrał miarę w serwowaniu wrażeń pozamuzycznych, te więc wyszły z sali, złorzecząc i radząc artyście, by „się zamknął”. Większość została na miejscach (najdroższe bilety kosztowały 92 dol. – niby nie tak drogo, jak na pianistę z najwyższej półki, ale zawsze) i czekała, co będzie dalej. Było dalej. Zimerman „odwinął się” tym, którzy wyszli, uwagą, że niektórzy na sam dźwięk słowa wojsko od razu zaczynają maszerować. Dodał jeszcze, że Stany Zjednoczone mają o wiele wartościowsze rzeczy do wyeksportowania niż armia. Dopiero po tych słowach zaczął grać długo oczekiwaną kompozycję Karola Szymanowskiego.

Skandal czy chwyt marketingowy?

Jak doniosły amerykańskie gazety, zwłaszcza „Los Angeles Times”, koncert Zimermana stał muzycznie na bardzo dobrym poziomie, ale dołączono też liczne komentarze. Jedni uważali, że nasz pianista skompromitował się, drudzy natomiast podziwiali odwagę artysty.
Próbowano też na gorąco interpretować, co Zimerman miał na myśli, mówiąc to, co powiedział. – Przecież – zastanawiano się – administracja Baracka Obamy zapowiedziała zamknięcie bazy w Guantanamo, więc ten protest był spóźniony. Byłby bardziej uzasadniony za prezydentury G.W. Busha. A może pianista nie zorientował się, że mamy nowego prezydenta?
Polonusi z kolei starali się zrozumieć, co muzyk miał za złe Ameryce w jej stosunku do Polski. Czy chodziło mu o instalację tarczy antyrakietowej, czy udział polskich kontyngentów w Iraku i Afganistanie, czy o domniemane więzienie CIA w Starych Kiejkutach na Mazurach?
Ponieważ sam Zimerman po tym incydencie zamilkł, skandal próbowała łagodzić amerykańska menedżerka muzyka.
– Krystian nieraz już wspominał, że na dłuższy czas chciałby się wynieść z USA – powiedziała agencji Associated Press Mary Pat Buerkle. – Składało się na to wiele czynników i wcale nie wszystkie dotyczyły polityki.
Faktycznie polski wirtuoz od dobrych kilku lat miał na pieńku z Amerykanami. Wkrótce po zamachach na WTC nowojorskie służby celne zniszczyły jego steinwaya, ponieważ ich podejrzenia wzbudził zapach kleju. Od tego czasu wwoził instrument w kawałkach i składał już po przejściu przez odprawę. Skrzynię fortepianu trzymał w USA.
Mimo tych wszystkich wyjaśnień nie da się wykluczyć tezy, że amerykański incydent mógł być sprytnym zabiegiem promocyjnym, bo nazwisko Zimermana dzięki tym kilku zdaniom obiegło cały świat. Tymczasem serie jego ostatnich koncertów właściwie nie wzbudziły większego medialnego zainteresowania. Teraz o Zimermanie się mówi, choć artysta koncertuje raczej rzadko. W Polsce np. bywa raz na 10 lat. Najczęściej przebywa w swoim domu w Bazylei w Szwajcarii.

Zemsta Bacha?

W istocie Krystian Zimerman znany jest od pewnego czasu ze swych pacyfistycznych poglądów i nonkonformizmu w ferowaniu opinii. Nikt nie miał mu tego za złe, bo choć artysta nie jest i nie musi być ekspertem w dziedzinie polityki, to ma jak każdy prawo do zdania także w tym względzie. Znana jest np. jego zdecydowana odmowa udziału w spotkaniu z byłym premierem Mieczysławem Rakowskim, choć akurat na tle poprzednich ekip osoba nieżyjącego już polityka jawiła się jako najbardziej liberalna, otwarta i sprzyjająca artystom. Także całkiem niedawno podczas konferencji prasowej w Katowicach, zapowiadającej ostatnie tournée Zimermana po Polsce w lutym br. z utworami Grażyny Bacewicz, artysta zapowiedział, że nie będzie już odwiedzał Stanów Zjednoczonych, bo prowadzą militarystyczną politykę. Trudno więc wytłumaczyć jego niekonsekwencję, skoro już w kwietniu znalazł się w Los Angeles.
Jest jeszcze inna interpretacja afery w sali koncertowej im. Disneya. Polski artysta z biegiem lat dziwaczeje i wygłasza coraz bardziej kontrowersyjne opinie. Prasa amerykańska przytaczała niedawno inną wypowiedź muzyka, tym razem w odniesieniu do „politycznych postaw” samego Jana Sebastiana Bacha (1685-1750), który wedle pianisty użył minorowej tonacji, komponując pewne preludium, bo chciał zaprotestować przeciwko polityce jakiegoś lokalnego księcia niemieckiego. Jeśli te doniesienia są prawdziwe, to trudno o większą bzdurę. Co najmniej połowa wszystkich kompozycji Bacha jest w tonacjach minorowych (moll) i to wcale nie świadczy o jakimś proteście. Tym bardziej że genialny kompozytor był raczej przykładem wielkiej pokory i uniżoności wobec możnych tego świata. Nieustannie zabiegał o zdobycie dobrej posady, i to do tego stopnia, że nawet on, gorliwy protestant, napisał ogromną katolicką „Mszę h-moll” z łacińskim tekstem, aby wkupić się w łaski polskiego króla Augusta III Sasa i znaleźć miejsce pracy na jego dworze. Szkoda, że August nie znał się na muzyce i nie wyczuł, że „lipski kantor” proponuje mu jedno z największych arcydzieł w całej literaturze światowej. Gdyby zatrudnił kompozytora choćby na jakimś podrzędnym stanowisku, moglibyśmy świętować nie tylko 200. urodziny Chopina w 2010 r., ale także wszystkie rocznice J.S. Bacha, który przynajmniej w części stałby się polskim kompozytorem.
Wracając do Krystiana Zimermana – dosyć wyważony komentarz wygłosił na temat ostatnich wydarzeń Bogusław Kaczyński. – Nie wolno, moim zdaniem, łączyć sztuki z polityką – powiedział znany prezenter i popularyzator klasyki. – Najlepiej dla artysty jest, jeśli stoi obok spraw politycznych, nie angażując się w nie. Owszem, Zimerman jest obywatelem świata, ale swoje poglądy powinien zachować zdecydowanie dla siebie. Jeśli już tak bardzo chciał się podzielić nimi ze światem, to mógł udzielić wywiadu albo sam napisać jakiś artykuł lub pojawić się w telewizji. Na jego miejscu nie łączyłbym polityki ze sztuką.
Trudno nie zgodzić się z tą opinią. Sala koncertowa jest przecież świątynią muzyki, nawet jeśli ma w swej nazwie Walta Disneya czy choćby Myszkę Miki. Ludzie przychodzą tutaj posłuchać muzyki, która ma wielostronne psychoestetyczne działanie, przychodzą, by przeżyć katharsis, by w przyjaznych murach przybytku Polihymnii zapomnieć na chwilę o tym, że istnieją zbrodnie i choroby, więźniowie w Guantanamo i teczki w IPN, prezydenci, premierzy i walczące wojska, zamachy, bomby i rakiety. Przychodzą na kilkadziesiąt minut pogrążyć się w uroczym śnie, a Zimerman im to odebrał. Zapewne nawet uchodzący za dziwacznego wesołka Jerzy Maksymiuk nie posunąłby się tak daleko.

Wydanie: 19/2009

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy