PiS, czyli nic nie jest takie, jak sądzisz

PiS, czyli nic nie jest takie, jak sądzisz

Jacek Kurski na czele wyścigu potencjalnych następców Kaczyńskiego

Środa, 11 maja, czy czwartek? Raczej czwartek, ale to wciąż domysły, bo te terminy zmieniają się z godziny na godzinę. W każdym razie któryś z nich będzie w Sejmie dniem prawdy. Wreszcie, po tygodniach wahań i uzgodnień, ma się odbyć głosowanie nad najważniejszymi sprawami. Chodzi, po pierwsze, o prezydencki projekt ustawy likwidującej Izbę dyscyplinarną Sądu Najwyższego. Po drugie, o przegłosowanie na drugą kadencję Adama Glapińskiego jako prezesa Narodowego Banku Polskiego.

To są kluczowe dla Jarosława Kaczyńskiego sprawy, które ślimaczą się od miesięcy. Projekt ustawy likwidującej Izbę Dyscyplinarną Andrzej Duda złożył w Sejmie jeszcze w lutym. Gdyby została przyjęta, odblokowane zostałyby unijne pieniądze w ramach Krajowego Planu Odbudowy. Polska otrzymałaby wreszcie miliardy z Unii Europejskiej, na które czeka od miesięcy. Taką obietnicę Duda otrzymał ze strony USA (sic!) i Komisji Europejskiej. Cóż więc stoi na przeszkodzie? Zbigniew Ziobro i jego Solidarna Polska, która nie zgadza się z prezydencką ustawą. I jest pat.

Problem z Adamem Glapińskim trwa jeszcze dłużej. 29 stycznia prezydent zgłosił jego kandydaturę na drugą sześcioletnią kadencję. Ta pierwsza upływa 21 czerwca. Teoretycznie PiS powinno sprawę Glapińskiego szybko zamknąć, ma przecież w Sejmie większość. Tyle że to taka większość, która raz jest, a innym razem jej nie ma. A ponieważ Kaczyński nie może sobie pozwolić na przegrane głosowanie, bo spaliłoby ono kandydaturę, przekłada je i zbiera głosy.

Czy już zebrał? Widocznie tak. Choć pewnie łatwe to nie było. Wszyscy o tym wiedzą – to jest dla Kaczyńskiego najważniejsze głosowanie. Pozycja prezesa NBP zapewnia kontrolę nad systemem bankowym, Kaczyński nie może sobie pozwolić, by taka władza przeszła w jakieś nieznane mu ręce. A, zauważmy, gdy okazało się, że mogą być kłopoty z przepchnięciem przez Sejm kandydatury Glapińskiego, momentalnie ruszyła giełda nazwisk jego potencjalnych następców. Widać zatem, jak czujne są poszczególne koterie w PiS. I Kaczyński o tym wie. Wie – i co dalej?

Lew, który wyliniał

Przykład tych dwóch głosowań pokazuje nam wyraźnie, jak wygląda dziś Zjednoczona Prawica i władza Kaczyńskiego. Czasy, kiedy PiS wnosiło jakąś ustawę do Sejmu nad ranem, wieczorem nad nią głosowano, a następnego dnia przyklepywane/odrzucane były poprawki Senatu, dawno się skończyły. Podobnie jak czasy, gdy Kaczyński narzucał ton, a jego słowa były jak drogowskazy. Geniusz prezesa? Piątka dla zwierząt, którą lansował, o mały włos nie wywróciła całej Zjednoczonej Prawicy. Odwoływanie Banasia ze stanowiska szefa Najwyższej Izby Kontroli też trwa lata całe, PiS jest tu bezradne i bezzębne. Inicjatywy polityczne? Gdy demonstrowały kobiety, Kaczyński rzucił hasło obrony kościołów. W ten sposób lansował… Bąkiewicza. Pomysł, by postawić się Amerykanom, nie dać TVN koncesji i zmusić Discovery do sprzedania stacji, przez kilkanaście dni wzbudzał na prawicy emocje, ale i tak wszystko skończyło się sromotnym odwrotem. Inną ideę – budowy w Europie międzynarodówki nacjonalistów – PiS chciałoby jak najszybciej wymazać z pamięci. Bo dziś te wszystkie spotkania z Orbánem, Le Pen i Salvinim są mu wypominane.

Ostatnia wielka akcja Kaczyńskiego dotyczyła Smoleńska. Przed kolejną rocznicą katastrofy chciał narzucić nam wszystkim narrację, że był to zamach. I spotkał się z najszczęśliwszą chyba dla niego reakcją: naród na jego okrzyki wzruszył ramionami.

Tych politycznych pudeł jest za dużo, by przejść nad nimi do porządku dziennego. To nie są tzw. wypadki przy pracy, tylko coraz bardziej widoczny trend. Lew, rocznik 1949, wyliniał. A jeżeli tak, to wzmacnia się pozycja partyjnych baronów. I to też widać gołym okiem. Dziś najciekawiej jest w Zjednoczonej Prawicy. Trwa tam walka o pozycję, o wpływy i ewentualną schedę po prezesie. A prezes może jedynie temu się przyglądać.

Głupia flanka

Wyrosła mu bowiem pod opiekuńczymi skrzydłami grupa ludzi, najbliższych współpracowników, praktycznie nietykalnych. Takich, których nikt nie może ruszyć.

Spójrzmy na rząd. Kogo premier może wymienić, a przynajmniej zdyscyplinować? Zbigniewa Ziobrę, o którym wspominaliśmy wyżej? Cóż, jego nie może ruszyć nawet Jarosław Kaczyński z obawy, że Zjednoczona Prawica straci w Sejmie większość. No to co może Morawiecki? Wszyscy wiemy, że z Ziobrą się nie cierpią, ale nic z tego nie wynika. Obaj muszą się tolerować.

Podobnie jest w Sejmie. Gdy ziobryści mówili „nie” ustawie o Izbie Dyscyplinarnej, do akcji wkroczył szef klubu PiS Ryszard Terlecki. Zagroził wyrzuceniem ziobrystów z rządu i z list PiS w najbliższych wyborach, nazwał nie prawą, ale „głupią” flanką Zjednoczonej Prawicy. Odpowiedział mu Ziobro, apelując o „mądrość i rozsądek, zwłaszcza u człowieka, który ma doświadczenie życiowe”.

Tych 18 szabel, którymi dysponuje w Sejmie Solidarna Polska, czyni Ziobrę nietykalnym. Oczywiście nasuwa się pytanie: jeżeli Kaczyński mógł rozbić Porozumienie Jarosława Gowina, to dlaczego nie może rozbić Solidarnej Polski? Ale odpowiedź jest dosyć prosta. Po pierwsze, już sama operacja wyrzucenia Gowina skończyła się dla Kaczyńskiego tym, że jego większość w Sejmie wisi na dwóch posłach Kukiza. Podobnej zagrywki Zjednoczona Prawica już by nie przeżyła. Po drugie, ziobryści chyba są bardziej zdeterminowani od gowinowców, trudniej ich rozbić. I po trzecie, przynoszą oni Kaczyńskiemu wartość dodaną – jako przeciwwaga Konfederacji. Kaczyńskiemu potrzebne jest skrzydło antyeuropejskie, przyciągające wyborców spod prawej ściany – więc je ma.

Nietykalni

Nietykalnych w rządzie jest zdecydowanie więcej. Mariusz Kamiński? A co może zrobić premier człowiekowi, który kontroluje ABW, CBA, policję, wywiad, kontrwywiad i Straż Graniczną oraz SOP, czyli dawny BOR? I słynnego Pegasusa przy okazji? Jest w „Tygodniku Powszechnym” opowieść Karoliny Lewickiej, jak to Kaczyński z Morawieckim doszli do wniosku, że Kamiński wyrósł zbyt wysoko: „Odbyła się z Kamińskim rozmowa o ograniczeniu jego wpływów, ale Kaczyński i Morawiecki usłyszeli od niego krótkie: tylko spróbujcie mnie tknąć. To, że zbiera haki na wszystkich, było tajemnicą poliszynela, ale wówczas wprost zagroził prezesowi ich użyciem”.

Poza zasięgiem premiera jest także inny „siłowik”, Mariusz Błaszczak. Jeszcze kilka lat temu Morawiecki mógł go hamować, choćby w roku 2018, kiedy prezydent Duda i Mariusz Błaszczak polecieli do Australii. Jednym z punktów ich wizyty było podpisanie listu intencyjnego w sprawie zakupu dwóch fregat. Duda z Błaszczakiem byli w samolocie lecącym na antypody, kiedy dowiedzieli się, że premier ten zakup anulował. Ale to było prawie cztery lata temu. Dziś minister obrony jeździ do Stanów Zjednoczonych, odwiedza siedziby amerykańskich koncernów i w zasadzie może zamawiać, co chce. Morawiecki może robić najwyżej za kasjera.

Nietykalny dla Morawieckiego jest też wicepremier, minister aktywów państwowych, Jacek Sasin. Można rzec, jest on zmorą premiera, bo wcześniej, w poprzedniej kadencji, był sekretarzem stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i sekretarzem Stałego Komitetu RM, czyli ciała, które kieruje ruchem projektów aktów prawnych przechodzących przez rząd. Otwarcie wówczas mówiono, że Sasin jest okiem i uchem Kaczyńskiego. W nowym rozdaniu Morawiecki pozbył się Sasina z KPRM, ale wiele radości z tego nie miał – bo Sasin został ministrem aktywów państwowych. Czyli nadzorcą spółek skarbu państwa, a mówiąc językiem politycznym, kramiku z konfiturami.

Wojny zastępcze

Nic dziwnego, że historia ostatnich miesięcy jest aż gęsta od przepychanek Morawiecki-Sasin. I nie są to jedynie słowne potyczki. Gdy okazało się, że Polski Ład jest bublem i zaczyna ciągnąć PiS w dół, Kaczyński zadecydował, że ktoś musi za to zapłacić. Na ofiarę wyznaczony został, co naturalne w takiej sytuacji, minister finansów Tadeusz Kościński, który 7 lutego złożył rezygnację. Kościński był związany z Mateuszem Morawieckim, więc jego dymisję oceniano jako uderzenie w premiera. W tę wyrwę próbował wejść Jacek Sasin, który zaczął lansować na szefa finansów Piotra Nowaka, ministra rozwoju i technologii.

Nowak, minister od października 2021 r., był objawieniem w rządzie. Przyszedł wprost z Międzynarodowego Funduszu Walutowego, gdzie był doradcą szefowej MFW Kristaliny Georgiewej i wicedyrektorem departamentu zajmującego się polityką monetarną oraz rynkami kapitałowymi. Miał opinię technokraty i przebijał znajomościami w światowych finansach Mateusza Morawieckiego. Zaczęto już zresztą mówić, że byłby znakomitym kandydatem na jego następcę.

To było dla Morawieckiego jak syrena alarmowa. Przystąpił do kontrataku. Najpierw zdecydował, że czasowo sam będzie kierował Ministerstwem Finansów. A potem wykorzystał sytuację, kilka niezręcznych słów Nowaka, i pod koniec marca ogłosił jego dymisję. Zrobił to osobiście, podczas konferencji prasowej, prezentując zmiany w Polskim Ładzie.

Tak oto Piotr Nowak padł ofiarą „wojny zastępczej” Morawieckiego z Sasinem. A zakończeniem tej rozgrywki była niedawna nominacja Magdaleny Rzeczkowskiej na stanowisko ministra finansów. Rzeczkowska była wcześniej wiceministrem w MF, szefową Krajowej Administracji Skarbowej. Jest prawniczką, a nie finansistką. Podobno jest dobrze zorganizowana, choć zastrajkowali jej pracownicy KAS. Takimi zaś sprawami jak polityka finansowa, podatkowa czy budżetowa raczej się nie zajmowała. Innymi słowy, trzy miesiące trwało poszukiwanie następcy Kościńskiego, aż wreszcie padło na specjalistkę od ceł.

Ta sytuacja pokazuje miejsce w systemie władzy Ministerstwa Finansów, które jeszcze kilka lat temu uważane było za najważniejsze w rządzie.

Kto lewaruje Dudę?

Podobną degradację przeżywa Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Sprawy europejskie zostały z niego wyprowadzone, kancelaria premiera prowadzi własną politykę i np. wyjazd Morawieckiego do Kijowa nie był w ogóle z MSZ uzgadniany. I znów tajemnicą poliszynela jest, że Morawiecki bardzo chciałby odwołać kierującego resortem Zbigniewa Raua. Ale też nie może, bo Rau cieszy się poparciem Jarosława Kaczyńskiego.

Podobnie poza zasięgiem Morawieckiego są wicepremier Piotr Gliński i minister edukacji Przemysław Czarnek. Inna sprawa, że ich zakres obowiązków (kultura, edukacja) jest poza zainteresowaniami premiera.

Mamy zatem strukturę władzy zupełnie nieprzejrzystą, gdzie formalne stanowisko o niczym nie świadczy. Minister finansów jest postacią trzeciorzędną, minister ds. europejskich to urzędnik premiera. Wicepremier ds. bezpieczeństwa, czyli Jarosław Kaczyński, formalnie jest nadzorcą ministrów spraw wewnętrznych i sprawiedliwości, ale wpływ ma na nich minimalny. Z kolei jego formalny szef, premier Mateusz Morawiecki, jest jego podwładnym.

W tym pomieszaniu partyjnego z państwowym są jeszcze inne ośrodki władzy. Na przykład prezydent Andrzej Duda, który w ostatnim czasie bardzo się wzmocnił. Lewarowany jest, jak z przekąsem mówią w PiS, przez ambasadę USA w Warszawie. Coś w tym musi być, dorobek ostatnich miesięcy prezydenta Dudy to weto do lex TVN oraz do lex Czarnek, własny projekt ustawy o Izbie Dyscyplinarnej i coraz bliższe kontakty z amerykańskimi przywódcami. Duda buduje więc swoją pozycję poprzez politykę zagraniczną i specjalne stosunki ze Stanami Zjednoczonymi.

Delfin numer 1

Swoją pozycję buduje także prezes TVP Jacek Kurski. Posadę ma niełatwą – przeżył już na niej kilka politycznych zamachów. I to kierowanych z różnych stron Zjednoczonej Prawicy. Zawsze, i to w ostatniej chwili, kiedy de facto był już pozbawiony funkcji, ratował go Jarosław Kaczyński.

Ale nie tylko wola prezesa prezesów decyduje, że Kurski zasiada w fotelu na Woronicza. To również umiejętności. Porównajmy zresztą jego pozycję z pozycją szefowej publicznego radia Agnieszki Kamińskiej. On jest królem, ona nikim.

Kurski rozgrywa zręcznie dwie, trzy karty, które ma w rękach. Po pierwsze, udało mu się przekonać polityków obozu rządzącego, że dobre sondaże to głównie zasługa telewizji. Że propaganda, którą sieje TVP, osłabia opozycję i wzmacnia PiS. Politycy PiS, wiemy to z mejli Dworczyka, z jednej strony kompletnie nie poważają mediów publicznych, ale z drugiej wierzą, że są one kluczowe w walce o zachowanie wpływów w społeczeństwie.

Ta wiara to samospełniająca się przepowiednia. Kurskiemu łatwiej jest w takiej sytuacji otrzymać miliardy z budżetu państwa. A mając pieniądze, łatwiej mu konkurować z mediami komercyjnymi. O widza, oczywiście.

Po drugie, Kurski rozgrywa polityków Zjednoczonej Prawicy. Raz ich dopuszcza do programów, innym razem odcina. Są już znawcy, którzy monitorują TVP i, obserwując, którzy politycy są zapraszani do programów, a którzy pomijani, potrafią powiedzieć, jak wygląda sytuacja w obozie władzy, kto jest w niełasce, a kto idzie w górę. Oto kremlinolodzy naszych czasów.

W ten sposób Jacek Kurski wysforował się na czoło w wyścigu potencjalnych następców Kaczyńskiego. To on, a nie nadaktywny, nielubiany w PiS Morawiecki ani tchórzliwy Ziobro, ani też powolny Sasin czy kanciasty Błaszczak, wskazywany jest jako delfin numer 1. Piękne określenie, choć powinien pamiętać, że od roli delfina do roli leszcza jeden krok.

Fot. REPORTER

Wydanie: 20/2022

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy