Polska jako defilada

Polska jako defilada

Ma być głośno, ma być hucznie, groźnie, dumnie, z przytupem, z przychrzęstem, łomotem, tupotem. Na kołach, skrzydłach, gąsienicach i na czym tam jeszcze się da. Taka defilada. Potężna, imponująca, majestatyczna. Taka, jaką bizantyjscy satrapowie lubią najbardziej. W Święto Wojska Polskiego. Będziemy świadkami narodowego prężenia chuderlawych muskułów i organizowania igrzysk dla ludu w miejsce uczciwego rozliczenia chociażby samoniszczycielskiej działalności byłego ministra „obrony” Antoniego Macierewicza, nad którą to działalnością trwa grobowa cisza.

Nad historią jego anihilacyjnej modernizacji armii – cisza. Nad niezrealizowanymi zakupami – cisza. Nad zapowiedzianymi kontraktami – cisza. Nad armią pospolitego ruszenia terytorialnego – cisza. Nad całą gamą prorosyjskich powiązań – cisza. Nad traktowaniem samolotów wojskowych jak taksówek dla nowej klasy politycznej – cisza. Nad wyrzuconymi w polityczne błoto pieniędzmi dla pseudokomisji smoleńskiej – cisza. I po to ten huk.

Defilada jest w ogóle figurą pustki i niemocy, próbą samooszukiwania się, żeśmy silni, zwarci i gotowi – zawsze wtedy, kiedyśmy słabi, lisi, podzieleni i nieprzygotowani. Defilady, takie jak najbliższa, urządzane są na użytek wewnętrzny, na krótką metę, nie bacząc na koszty ani na iluzoryczność. Mają zalegitymizować pozorną suwerenność, opartą na realnych błaganiach, żeby Amerykanie byli tu na zawsze i wszędzie. A oni chcą być na krótko, gdzieniegdzie, za to drogo. Ale o tym nie powie nigdy defilada. Defilada jest festynem, publicznym kłamstwem i tak naprawdę drwiną z armii i żołnierzy. Jest sztuką pozoru. Jest kamuflażem niewydolności i siatką maskującą rozprężenie. Defilada w czasach pokoju jest atrapą, jest udawaniem, jest picem nad picami. Jest okazją dla atrapy satrapy, zwanego prezydentem, do kuriozalnych min i pozbawionego jakiegokolwiek uzasadnienia dobrego samopoczucia i samozadowolenia.

Przecież jeszcze przed chwilą nieudacznik prezydent próbował przeforsować swoje referendalne dopytywania, czy Polacy chcą, aby był zwierzchnikiem sił zbrojnych (konstytucja coś o tym mówi, ale tej władzy konstytucja nie mówi niemal nic). Partyjni opiekunowie zablokowali jednak marzenie Andrzeja Dudy o referendum. W miejsce niezrealizowanego marzenia będzie zatem realna defilada pozorów i salutów. Defilada jest zabawą w rządzenie i złudzeniem zapewnienia poczucia bezpieczeństwa. Ale nie ma co się dziwować – to działa.

Będą nominacje, nowi generałowie, wysokie szarże. Będą pomalowane na czarno opony wozów bojowych. Będą wisiały nad warszawskim niebem jak zły symbol VIP-owski nowy gulfstream G550 i boeing 737. W otoczeniu F-16. Bo to jest prawdziwy wymiar tej demonstracji – symboliczna osłona i obrona kilku osób w państwie, a nie społeczeństwa. My do gulfstreama G550, ulubionego prywatnego samolotu miliarderów na całym świecie, się nie zapakujemy. W zamian zobaczymy szarżę w najlepszym straceńczym, ułańskim stylu: będzie to jedna wielka szarża na słońce, chyba że na szczęście już spadnie deszcz i się ochłodzi. Ale może słońce zabije. Na przestrogę, że dzieje się coś naprawdę niebezpiecznego.

Tego typu defilada jest nie tylko groteskowa, ona jest groźna naprawdę. A to dlatego, że trwa wojna – realna i zabójcza. Ta wojna dopiero się rozkręca, jest nastawiona na długie, bezlitosne trwanie i oddziaływanie, nie śpieszy się, nie potrzebuje blitzkriegu. To wojna zmian klimatycznych, które zaczynamy odczuwać na własnej skórze, które sieją spustoszenie, pożogę i śmierć. Ale na tę wojnę nie da się wysłać niemieckich czołgów z demobilu albo samolotów Iskra, które defilowały w roku 1966, na 1000-lecie chrztu obchodzone przez ówczesne ateistyczne władze. Na wojnę ze zmianami klimatycznymi i ich skutkami, jeśli chcemy podjąć próbę zapobieżenia zagładzie, trzeba wysłać mózgi. Jednak mózgi nie defilują, mózgi potrzebują do pracy ciszy. Na defiladę mózgów tu – i nie tylko tu – się nie zanosi. Ale jeśli równocześnie edukację wyższą demoluje minister Jarosław Gowin, to już nie dziwi nic.

Maszerujcie, chłopcy, defilujcie, oszukujcie siebie i nas. Prężcie się w zbrojach przedwiecznych husarzy, nie widząc realnej groźby przed nosem. Wybijajcie rytm zagłady świata. Już go słychać. Klimatyczna zapowiedź samousmażenia, spłonięcia, zatopienia – będzie tu surrealistycznym spektaklem pozornej siły.

W Londyńskiej Paradzie Zwycięstwa w 1946 r. amerykańsko-brytyjsko-francuska koalicja antyhitlerowska nie uznała za stosowne pozwolić polskim żołnierzom defilować. Rok wcześniej polscy żołnierze byli pełnoprawnymi uczestnikami w prawdziwej defiladzie zwycięstwa w Moskwie. Ale dzisiaj o tym cisza. Ale dzisiaj o tym sza.

No to ciszej nad tą defiladą. Na amen.

Wydanie: 33/2018

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Komentarze

  1. Anonim
    Anonim 13 sierpnia, 2018, 21:07

    stroszenie piórek przez cieniasów morawiecki razem z błaszczakiem i spółką powinni się podać do dymisji zrobili z polskiej armi zwykły burdel armia to powinna być armia a nie miejsce politycznej wojny o stołki

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. Anka
    Anka 15 sierpnia, 2018, 13:29

    No wreszcie Pana znalazłam, po Pana odejściu z TVN24 nie wiedziałam, jak Pana znaleźć a tak uwielbiam Pana felietony i komentarze, pozdrawiam serdecznie

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na „AnkaAnuluj pisanie odpowiedzi