Moje powolne umieranie z Maćkiem

Moje powolne umieranie z Maćkiem

Cisza.

– Powiedział: „No, fajnie, że dzwonisz, bo nie miałem do ciebie telefonu, a nie jest dobrze. Bielecki z Małkiem są w namiocie”. „A Maciek?”, zapytałam przerażona. „Maćka nie ma”, odpowiedział krótko. „Co się tam dzieje?”, dopytywałam, ale wszystkie jego odpowiedzi były lakoniczne. „No, muszą biwakować!”, odpowiedział lekko poirytowany. „A mają wszystko do biwaku?”, nie dawałam za wygraną. „Nic nie mają!”, odpowiedział szczerze i dodał: „Nie będę spać całą noc!”. Po chwili wahania zapytał: „A ty jesteś sama w domu?”. „A dlaczego pytasz, czy jestem sama?”, ta rozmowa przybijała mnie coraz bardziej. „No nie wiem, ale czy ktoś tam z tobą jest?”. „Tak, są moi dwaj synowie”. „No to bardzo dobrze”, odpowiedział i skończył rozmowę. Myślę, że już wtedy wiedział albo przeczuwał, że będzie źle.

Ja też to wiedziałam.

I się zaczęło.

Moje powolne umieranie z Maćkiem. (…)

Artur Hajzer ponownie zadzwonił do domu Berbeków 6 marca, dwie godziny [!] po konferencji prasowej, na której ogłosił całej Polsce, że Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski oficjalnie zostali uznani za zaginionych! Gdyby Rysiek Gajewski nie nakazał Ewie wyłączyć telewizora i radia, to o tym, że jej mąż prawdopodobnie nie żyje, dowiedziałaby się z MEDIÓW!!! Rzecz niedopuszczalna i karygodna!

A jednak Artur Hajzer nie miał z tym najmniejszego kłopotu. Mało tego, bezrefleksyjnie brnął tą ścieżką.

– Zacytować ci, co mi powiedział? – pyta Ewa, nie do końca przekonana, czy powinna to ujawniać.

– Oczywiście! – moja reporterska natura natychmiast bierze górę. Tłumaczę Ewie, że trzeba pokazać, w jakiej atmosferze rodziny zaginionych czekały na najważniejsze dla nich wiadomości i ostatecznie, w jaki sposób dowiedziały się o największej tragedii ich życia.

– No dobra. Cytuję: „Słuchaj, strasznie cię przepraszam, ale rozumiesz sama, medialna wyprawa, więc musiałem to powiedzieć”, zaczął Hajzer. „No tak”, odpowiedziałam zbita z tropu, łapiąc się jednocześnie ostatniej deski ratunku. „Ale tam jest jeszcze piękna pogoda. Może jest jeszcze nadzieja”, dodałam, licząc na wsparcie. Usłyszałam tymczasem: „No wiesz, nadzieja jest, jest, a potem… DUPA!”. I nic. Nic więcej.

To była nasza ostatnia rozmowa. Potem wszelkie kontakty z nim przejął mój najstarszy syn Krzyś.

– Po kilku godzinach zadzwonił Krzysztof Wielicki, z bazy. Nie mogliśmy się dogadać, strasznie przerywało, dlatego wyszłam na strych, by złapać lepszy sygnał – kontynuuje Ewa. – Wtedy Krzysztof powiedział, że nie ma dobrych wieści, że ściąga chłopaków. „A może on gdzieś przysiadł? Może czeka na pomoc? Może kogoś tam wysłać, jest jeszcze piękna pogoda!”, błagałam, ale nie wiem, co odpowiedział, bo sygnał się urwał.

Kilka godzin później w mediach pojawiła się informacja, że na prośbę rodziny w obozie czwartym, na wysokości 7400 m, zostają Artur Małek i pakistański wspinacz Karim Hayyat, który podjął heroiczną próbę samotnego dotarcia do szczeliny, czyli miejsca, gdzie po raz ostatni widziano światło czołówki schodzącego Maćka.
Karim nie doszedł jednak do tego miejsca. Zawrócił.

I to był koniec.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 15/2016

Kategorie: Reportaż

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy