Moje powolne umieranie z Maćkiem

Moje powolne umieranie z Maćkiem

Krzysztof Wielicki przyznał potem, że już dzwoniąc do Ewy, wiedział, że Maciek nie żyje. Przypuszczał, że spadł do szczeliny, światło jego czołówki bowiem widać było do siódmej rano. Potem nagle znikło.

Do siódmej rano! Ta informacja była dla Ewy niezwykle ważna. Dlaczego? Bo siódma rano na Broad Peaku to była trzecia w nocy polskiego czasu. Światło czołówki zgasło dokładnie w momencie, w którym Ewa skończyła nocną modlitwę. On zginął, a ona, po męce towarzyszenia mu w jego ostatniej drodze, zasnęła.

Wyprawa w Karakorum to nie jest „zwykły” trekking, jaki można odbyć choćby w Nepalu. W Pakistanie nie pojawia się, a w każdym razie nie powinien się pojawiać, nikt przypadkowy, nikt, kto nie ma sporego doświadczenia górskiego. Tam trzeba być na tyle sprawnym i odważnym, by pokonać cały szereg górskich utrudnień. Pakistańscy przewodnicy nie wiążą się z klientami liną i nie obserwują każdego ich kroku. Co najwyżej pomogą przejść ich zdaniem najniebezpieczniejsze miejsca, resztę zaś, choć często równie trudną, śmiałek musi pokonać sam.

Głównym zadaniem przewodników jest znalezienie najlepszej, a czasami jedynej bezpiecznej drogi wędrówki. Trasa bowiem – właśnie w związku z ciągle pracującym lodowcem – nieustannie się zmienia. Lawiny kamienne i błotne potrafią w chwilę zasypać znane przejście, odsłaniając zupełnie inne drogi. Ale czy wystarczająco dobre, pewne – to właśnie muszą ocenić przewodnicy.
– (…) Broad Peak pokazał nam się po czterech dniach marszu. Kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy, bardzo się wzruszyłam. Góra stała dumnie w blasku zachodzącego słońca, urzekając swoimi kształtami. Na szczęście (…) przez całą drogę mieliśmy cudowną pogodę, na niebie nie było ani jednej chmurki, a nawet smużki czy dymku, mogliśmy więc podziwiać ośmiotysięcznik w całej okazałości.

Widok, który zapiera dech w piersiach, rozciągał się jednak z Concordii. To miejsce opisane w encyklopediach jako najlepszy przystanek dla wspinaczy z powodu wyjątkowej panoramy na najwyższe szczyty Karakorum. (…)

– Concordia była ostatnim postojem przed Broad Peakiem. Tam pożegnaliśmy się z Karimem, który ruszał na inną wyprawę, zostawiając nas pod opieką Rachiba, drugiego przewodnika. Wcześniej jednak dokładnie omówił z nami cały plan. Zakładał on, że z bazy pod Broad Peakiem na kopiec pod K2, gdzie znajdują się pamiątkowe tablice tragicznie zmarłych himalaistów, w tym Maćka, pójdą wyłącznie najsilniejsi, czyli Staś i Franek.

Pod Broad Peakiem spędzimy jedną noc, a rano po odprawieniu mszy świętej maksymalnie szybko, czyli bez dodatkowych przestojów, tniemy w dół. Chodziło o to, żeby dotrzeć do Skardu jak najwcześniej i mieć czas na załatwienie powrotnego lotu. Moja przyjaciółka Becia oświadczyła bowiem, że już nigdy w życiu nie pojedzie Karakorum Highway, nawet gdyby to miało oznaczać, że zostaje w tych górach na zawsze. Doskonale ją rozumieliśmy, plan więc przypadł nam do gustu, a jego realizację rozpoczęliśmy następnego dnia o piątej rano.
6 lipca o 11 osiągnęliśmy nasz cel.

Stanęliśmy w bazie pod Broad Peakiem.

Górę widać było jak na dłoni. Jakby ktoś podsunął nam ją pod nos niczym makietę, na której można dostrzec najdrobniejsze szczegóły jej ukształtowania, w tym szczelinę, w której zginął Maciek. Nie mogliśmy jej nie zauważyć ani pomylić z niczym innym, ponieważ od gładkiego ramienia ściany oddziela ją ogromny śnieżny nawis.

Świadomość, że jestem najbliżej Maćka, jak się da, była dla mnie bardzo pocieszająca, ale oglądanie miejsca tragedii okazało się trudnym przeżyciem. (…)

Pod K2 pojechała też gałązka zerwanej w Tatrach kosodrzewiny. Ratownicy TOPR-u mają taką tradycję, że groby ich kolegów przystrajane są właśnie kosówką, która jako symbol Tatr znajduje się w logo Rycerzy Błękitnego Krzyża. (…)

Dla mnie z kolei momentem prawdziwej satysfakcji była chwila, gdy zaraz po dojściu do bazy zadzwoniła na nasz satelitarny telefon Kinga Baranowska. Chciała się dowiedzieć, gdzie jesteśmy i jak nam idzie. „Wiesz, co teraz przed sobą widzę?”, zapytałam przewrotnie i natychmiast dodałam: „Broad Peak!”. W słuchawce zapadła cisza, po której usłyszałam prawdziwie wzruszony głos Kingi: „Jestem z ciebie dumna, że tam doszłaś”. Wtedy dotarło do mnie, że jednak dokonałam czegoś wielkiego. (…)

Do domu wróciliśmy bardzo szczęśliwi, z poczuciem dobrze wypełnionej misji. Ale też mocno zmęczeni. I dopiero w domu dotarło do nas, jak wymagającą przeszliśmy drogę. Jak wiele pułapek na nas czyhało i jak często balansowaliśmy na granicy kontuzji, a nawet czegoś znacznie gorszego. Bo przecież nietrudno było o skręcenie kostki, złamanie nogi czy zapadnięcie na chorobę wysokościową. Dopiero w domu doceniliśmy to, że nikomu nic się nie stało.

Teraz, gdy to wszystko spokojnie analizuję, wydaje mi się, że przez cały okres przygotowań do wyjazdu odpychałam od siebie wszelkie informacje o tym, jak bardzo jest tam ciężko. Nie chciałam słuchać o zagrożeniach i morderczej wędrówce. Wypierałam z pamięci także to, co opowiadał mi Maciek. Dopiero teraz zrozumiałam, dlaczego nigdy nie brał pod uwagę wspólnego trekkingu w Karakorum. Gdy dopominałam się o taką wyprawę, rzucał tylko: „Tam? W życiu cię nie zabiorę!”. (…)

Zakopane-Kościelisko, sierpień 2014 – wrzesień 2015

Tytuł i skróty pochodzą od redakcji

Fragmenty książki Beaty Sabały-Zielińskiej Jak wysoko sięga miłość? Życie po Broad Peak. Rozmowa z Ewą Berbeką, Prószyński i S-ka, Warszawa 2016


W marcu 2013 r. świat przeżywał sukces czterech polskich himalaistów – pierwsze zimowe wejście na Broad Peak. Dzień później Polska zamarła. Dwóch wspinaczy rozpoczęło walkę o życie, niestety bez skutku. W górach zostali Tomasz Kowalski i doświadczony himalaista Maciej Berbeka. W 2015 r. żona Maćka Ewa i ich synowie wyruszyli w Karakorum, by symbolicznie pożegnać męża i ojca.

Foto: archiwum rodzinne

Strony: 1 2 3

Wydanie: 15/2016

Kategorie: Reportaż

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy