Qulturalia

na poważnie
Poławiacze wzruszeń

Wielkie emocje miłosne są tematem słynnej „Carmen” Georges'a Bizeta. Emocje wcale nie mniejsze ukazuje mało znana opera tego samego twórcy, „Poławiacze pereł”. Z tej muzycznej opowieści Opera Wrocławska zrobiła megawidowisko dla wielu tysięcy widzów w ogromnej Hali Stulecia. Reżyser Waldemar Zawodziński odtworzył na scenie bajecznie kolorowy świat kultury dawnych Indii. Główną dekorację stanowi zresztą żaglowiec poławiaczy pereł, żagle zaś służą za ekrany do projekcji wzbogacającej efekty wizualne. Wzrok przykuwają też fantastyczne kostiumy, jak z Bollywood. I choć ten dramat rozgrywa się w zasadzie między trojgiem bohaterów, śledzimy akcję z zainteresowaniem, a pomaga w tym muzyka, wcale nie indyjska, lecz stuprocentowo romantyczna. Na scenie znakomici miejscowi śpiewacy. Słowiczy sopran Joanny Moskowicz, czyli kapłanki Leili, może zachwycić najsurowszych krytyków. Dobrze spisał się głosowo Michał Kowalik, nieco sztywny aktorsko jako szef poławiaczy pereł Zurga. Słynną arię Nadira zaśpiewał, przechodząc w falset, tenor Nikołaj Dorożkin, jednak największym przebojem w tej operze jest sławiący dozgonną przyjaźń duet Nadira i Zurgi, który powraca w kluczowych scenach spektaklu. Sukcesem jest to, że ogromna Hala Stulecia była przez sześć wieczorów nabita po brzegi, bo wrocławska publiczność już dobrze wie, że operowych megaprodukcji, niezależnie od tytułu dzieła, przepuścić nie można.
Bronisław Tumiłowicz
Georges Bizet, „Poławiacze pereł”, dyrygent Ewa Michnik, reżyseria i scenografia Waldemar Zawodziński, choreografia Janina Niesobska, kostiumy Małgorzata Słoniowska, przygotowanie chóru Anna Grabowska-
-Borys, Opera Wrocławska, 16 listopada 2013

Życie malowane baletem

Życie malowane baletem
O litewskim kompozytorze i malarzu, Mikalojusie Konstantinasie  Čiurlionisie wiedzą w Polsce tylko muzykolodzy, a przecież ten artysta spędził w naszym kraju większość swojego krótkiego życia. Był w równej mierze muzykiem i plastykiem, kształcił się w Warszawie u najwybitniejszych twórców przełomu XIX i XX w., m.in. Noskowskiego i Ruszczyca, jest też znakomitym symbolem więzi litewsko-polskich. Do Warszawy „wrócił” wraz z zespołem Litewskiego Narodowego Teatru Opery i Baletu w spektaklu biograficznym. Wybitny polski choreograf Robert Bondara opowiedział bez jednego słowa o jego życiu, myślach i obsesjach, bo Čiurlionis cierpiał na chorobę psychiczną. Pokazał jego sympatie i miłości, przyjaciół, wrogów, ale też całkiem nierealne zwidy i zmory. Oddał obrazem i ruchem nawet atmosferę starej Warszawy. Postać artysty została na scenie rozdwojona – Čiurlionisa wykreowało dwóch tancerzy, Marius Miliauskas oraz Martynas Rimeikis, z których jeden jest ciałem, a drugi duchem litewskiego twórcy.

Bronisław Tumiłowicz
„Čiurlionis”, choreografia Robert Bondara, muzyka Giedrius Kuprevičius, scenografia i kostiumy Diana Marszałek i Julia Skrzynecka, projekcje wideo Ewa Krasucka, spektakl Litewskiego Narodowego Teatru Opery i Baletu w ramach V Dni Sztuki Tańca w Teatrze Wielkim-Operze Narodowej, 9 listopada 2013

zasłuchaj się
Marek Napiórkowski  
Up!
V Records

Zacznę od końca – bo to ostatni utwór z nowej płyty gitarzysty jazzowego Marka Napiórkowskiego, ósemka, „Cafe Batavia”, zachwycił mnie natychmiast delikatną melancholią tak dobrze komponującą się z późnojesiennymi mgłami i potrzebą słońca. Muzyczne lekarstwo na dokuczliwą codzienność. Zaordynować mogłabym jeszcze np. piątkę, „Mill”, której początek przywodzi na myśl pierwsze dźwięki operowej uwertury, albo bardziej dynamiczną siódemkę, „Lunar Calendar”, bo nie jesteśmy tak całkiem w krainie łagodności, nastroje się przeplatają. „Up!” to szczęśliwe połączenie filmowej wizualności charakterystycznej dla Krzysztofa Herdzina, który odpowiada tu za aranżacje, jazzowych improwizacji, niemal rockowych gitarowych solówek i muzyki poważnej, dosłuchać się można też ukłonu w stronę Grzegorza Turnaua, a przy „Here Comes the Moon” dośpiewałoby się bitelsowskie: „Here comes the sun / And I say it’s all right”… Bogaty jest również skład, bo Napiórkowskiemu towarzyszą Krzysztof Herdzin na fortepianie, Clarence Penn na perkusji (ma swój mocny „Penn Drive”), Robert Kubiszyn na kontrabasie i gitarze basowej, Adam Pierończyk na saksofonach sopranowym i tenorowym oraz Henryk Miśkiewicz, który na tę okazję saksofon zamienił na klarnet basowy. Wszyscy, poza Amerykaninem, starzy znajomi. Dodatkową wartością jest udział w nagraniu muzyków klasycznych. Efekt – niezwykle interesujący.
 

Kategorie Qulturalia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy