Qulturalia nr 11/2015

Qulturalia nr 11/2015

między okladkami

Bękarty Wołgi

Klechdy miejskie
Ha!art, Kraków 2014
Wszystko zaczęło się od konkursu, który ogłosił magazyn kulturalno-literacki „Ha!art”. Numer 45. oddał w ręce czytelników i czytelniczek – złożyło się na niego kilkadziesiąt tekstów wybranych przez redakcję. Krakowskie wydawnictwo, które na koncie ma odkrycie i promocję takich gorących nazwisk polskiej literatury jak Sławomir Shuty czy Ziemowit Szczerek, postanowiło stworzyć z wybranymi autorami coś więcej. Efektem tej współpracy są „Bękarty Wołgi”. Pachną plotką, anegdotą i historią z opuszczonych bram wielkich miast, przesiąknięte są potem i pożądaniem. Nad wszystkim unosi się smog, który dusi i otumania mieszkańców miasta. Piątka autorów stworzyła opowiadania, których motywem przewodnim są legendy miejskie. Uważny czytelnik odkryje, że teksty tworzą całość niezbędną do rozwiązania literackiej zagadki.
Łukasz Grzesiczak

na poważnie

Tania wchodzi w życie
Opera „Eugeniusz Oniegin” Czajkowskiego jest w repertuarze większości teatrów na świecie. W Operze Wrocławskiej powrócono do tradycji, skupiając się na psychologii głównej postaci żeńskiej, Tatiany, oraz na pięknej muzyce. Wspaniały debiut w tak odpowiedzialnej roli może zapisać na swoje konto młoda sopranistka Joanna Zawartko, która sceniczną przemianę z naiwnej dziewczyny w dojrzałą kobietę wsparła tańcem i pantomimą. Ku XIX­-wiecznej tradycji kierowały wyobraźnię kostiumy Małgorzaty Słoniowskiej, wzmacniała zaś to wrażenie strona muzyczna przygotowana przez Marcina Nałęcz­-Niesiołowskiego. Gdy do tego dodamy świetny baryton tytułowego Oniegina – Mariusza Godlewskiego, mamy gwarancję sukcesu. Piotr Czajkowski określił swoją operę skromnie jako „sceny liryczne”, rosyjski reżyser Juri Alexandrow dodał do tego trochę prawdy o życiu z szacunkiem dla pierwowzoru i efekt powinien zachwycić najwybredniejszych.
Bronisław Tumiłowicz

Piotr Czajkowski, „Eugeniusz Oniegin”, kierownictwo muzyczne Marcin Nałęcz-­Niesiołowski, reżyseria Jurij Aleksandrow, scenografia Paweł Dobrzycki, kostiumy Małgorzata Słoniowska, choreografia Bożena Klimczak,
Opera Wrocławska, premiera 7 lutego 2015

byliśmy

Mniej piękna Helena
Jacques Offenbach, „Piękna Helena”, reżyseria Rudolf Zioło, libretto współczesne Krzysztof Czeczot, dyrygent Piotr Wajrak, scenografia i kostiumy Andrzej Witkowski, choreografia Jarosław Staniek, Opera Krakowska, premiera 1 marca 2015

Klasyczne operetki coraz rzadziej pojawiają się na polskich scenach, z tym większym zaciekawieniem oczekiwano krakowskiej inscenizacji „Pięknej Heleny”. Niestety, miłośnicy gatunku będą zawiedzeni. Operetka jest sztuką, w której tempo (muzyki i dialogów) ma największe znaczenie. Tutaj dialogi dłużyzny tempo zabijają, powodują, że traci nawet muzyka Offenbacha, która wydaje się wepchnięta na siłę między trzynastozgłoskowce, bo takim tekstem za sprawą librecisty mówią postacie. A są nimi nasi nuworysze wypoczywający gdzieś pod palmami, którzy urozmaicają sobie pobyt zabawianiem się w bohaterów „Iliady”. Kiepskie dialogi to wina Krzysztofa Czeczota, ale nie mniejsza reżysera Rudolfa Zioły, który nie ograniczył dłużyzn, a przecież mógł.

To, co zepsuli librecista i reżyser, w niemałym stopniu naprawili soliści z Andrzejem Lampertem (Parys) i Moniką Lendzion (Helena) na czele. Dobrą decyzją było też obsadzenie Moniki Korybalskiej w roli Orestesa. Ale nie tylko ich trzeba dostrzec. Widzowie docenią scenografię i kostiumy, słowa pochwały należą się także choreografowi, bo ruch sceniczny jest mocną stroną tego nierównego spektaklu. „Piękna Helena” w oryginale była satyrą na elity Napoleona III. Czeczot nie poszedł tym tropem, a szkoda, bo zgrabna satyra na nasze elity w połączeniu z muzyką Offenbacha byłaby nie mniej porywająca niż ta sprzed 150 lat.
Paweł Dybicz

kurtyna w górę

Dziewczyna z książki
To oczywiste echo mitu Pigmaliona. Postać z pisanej właśnie książki, dziewczyna jak marzenie, staje pewnego dnia przed swoim twórcą. Wygląda to na majak, ale nim nie jest. Ruby widzą wszyscy, ale tylko Calvin, autor głośnej powieści, który już od lat niczego nie zdołał napisać, ma możliwości modyfikowania jej charakteru. Co napisze, tak się stanie. Ta władza to straszliwa pokusa, ale i niebezpieczeństwo dla demiurga… Jakie? O tym przekonają się widzowie tej komedii inteligentnie napisanej przez Adama Sajnuka (także reżysera) na podstawie scenariusza filmu, który nigdy na polskie ekrany nie trafił. Aktorzy nie schodzą ze sceny przez półtorej godziny: Mateusz Banasiuk jako pan i stwórca rozkoszuje się, napawa mocą, potem coraz silniej niepokoi swoim dziełem, a sekundują mu w tym cztery kobiety: nieco zwariowana matka (Sławomira Łozińska), energiczna terapeutka (Edyta Olszówka), wysportowana siostra (Sonia Bohosiewicz) i dziewczyna z książki (Maja Bohosiewicz). Tempo, humor, ale i nutka refleksji nad tęsknotą za podporządkowaniem sobie kogoś bez reszty. A więc żart i głębsze znaczenie w równym koncercie aktorskim, prowadzonym w brawurowym tempie.
Tomasz Miłkowski

„Ruby” według scenariusza filmowego „Ruby Sparks” Zoe Kazan, scenariusz i reżyseria Adam Sajnuk, muzyka Michał Lamża, Teatr WARSawy, premiera 15 lutego 2015

na ekranach

Czekając na małą śmierć
„To właśnie seks”, reż. Josh Lawson, prod. Australia, w kinach od 13 marca

Nie ma co kokietować, wszyscy chcemy być akceptowani i rozumiani, z naszymi wadami, grzeszkami i… potrzebami erotycznymi. Bohaterowie tego wielowątkowego filmu – kilka par o różnym stażu i statusie plus kilkoro singli – pragną w sypialni trochę więcej pieprzu. W praniu okazuje się, że mogą go dodać masochizm, somnofilia, odgrywanie ról, dakryfilia czy skatologia telefoniczna – w kwestii szczegółów za dużo by tłumaczyć, odsyłamy do kina. Warto, bo to komedia lekka i inteligentna, która bez ośmieszania, ale z życzliwym śmiechem dotyka naszych odmienności i potrzeby samorealizacji seksualnej. To zalety, wadą jest niedogranie pewnych wątków, które mogłyby lepiej wybrzmieć. Realizatorzy nie mieli też chyba pomysłu na zakończenie. Ale to nie psuje ogólnego wrażenia.
Agata Gogołkiewicz

Brawa za całokształt

„Body/Ciało”, reż. Małgorzata Szumowska, prod. Polska, już w kinach

Tą rolą Maja Ostaszewska przejdzie do historii polskiego kina, a wcześniej – miejmy nadzieję – zgarnie za nią kilka nagród. I nie chodzi tylko o to, że się oszpeciła, bo przemiana fizyczna w kinie jest zawsze atrakcyjnym wyzwaniem dla aktora i swoistą przyjemnością dla widza. Chodzi o całokształt, płynne wejście w rolę i zbudowanie całej postaci z jej szczególną historią i teraźniejszością. No i Janusz Gajos, wybitny w roli prokuratora – operuje oszczędnymi środkami, bo więcej nie musi, wystarczy, że jest. Ta dwójka robi cały film, a towarzyszy im udanie debiutująca Justyna Suwała. Ale drugi plan i epizody też są bardzo ważne i celnie użyte. W tym filmie o życiu, śmierci, samotności, poszukiwaniu odpowiedzi i sensu nie ma scen ani ludzi niepotrzebnych. Prawdziwa rzadkość.
Agata Gogołkiewicz

Kategorie Kultura, Qulturalia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy