Qulturalia nr 12/2015

Qulturalia nr 12/2015

KURTYNA W GÓRĘ

Spirala awarii
Wszystko się sypie: drzwi się zatrzaskują, nieboszczyk ma katar i kicha, nosze pękają, klucze giną, whisky ktoś chowa, a na jej miejsce stawia płyn do naczyń, pies się zawierusza, nawet schody zamieniają się w zjeżdżalnię. Szacowni wykładowcy pewnej uczelni, członkowie trupy amatorskiej wystawiającej „Morderstwo w domu Havershamów”, nieustannie są poddawani zaskakującym próbom. Prapremiera sztuki o morderstwie to właściwie składanka niezliczonych awarii tworzących obraz katastrofy scenicznej, a nic bardziej nie cieszy od kłopotów, z którymi borykają się inni. Śmiech przycicha więc tylko chwilami. Publiczność bawi się wyśmienicie, zwłaszcza że pomysłowo skonstruowane przedstawienie znalazło grono wykonawców, którzy doskonale znają się na tej robocie (rewelacyjna, jak zwykle, Iza Dąbrowska w roli oddanej teatrowi pani dziekan). Bez pretensji do udawania dramatu o głębszym znaczeniu „Prapremiera dreszczowca” doskonale służy jako środek na dobre samopoczucie.
Tomasz Miłkowski
Henry Lewis, Jonathan Sayer, Henry Shields, „Prapremiera dreszczowca”, tłumaczenie Elżbieta Woźniak, reżyseria Grzegorz Warchoł, scenografia Maciej Preyer, Och-teatr w Warszawie, premiera 5 marca 2015

Fellini do śpiewania
Wrocławski Teatr Muzyczny Capitol wystawił spektakl „Nine” oparty na fabule „8 i pół” Felliniego. Jest więc sfrustrowany 40­letni reżyser o mentalności dziewięciolatka, konsultujący wszystkie sprawy z matką i przeżywający kryzys w małżeństwie (nie może się też ułożyć z kochanką, gwiazdami angażowanymi do filmów ani producentką). Musical Arthura Kopita z piosenkami Maury’ego Yestona nie korzysta z muzyki Nina Roty, ale zachowuje włoski koloryt. Na plan pierwszy wybijają się fantazyjne stroje Wojciecha Dziedzica. Grający główne role artyści śpiewają w rozmaitych stylach i manierach. Są tutaj głosy operowe, charakterystyczne, kabaretowe, popowe i… dziecięce. Maciej Ceglarek jako Mały Guido wykonuje całkiem trudny song i radzi sobie nie gorzej niż Guido dorosły (Błażej Wójcik).
Bronisław Tumiłowicz

„Nine”, musical Arthura Kopita, reżyseria Pia Partum, dyrygentka Beata Wołczyk, scenografia Magdalena Maciejewska, choreografia Saar Magal, kostiumy Wojciech Dziedzic, Teatr Muzyczny Capitol, Wrocław, premiera 3 października 2014

NA KOŃCU JEST KONIEC

Tymi słowy kończy się groteska Levina, w której ukazuje on miłość jako uczucie idealne, niemożliwe i dręczące. To słowa pocieszenia na udrękę życia (jak brzmi tytuł innej jego znanej sztuki), której bohaterowie poddawani są z własnego wyboru, choć zarazem bezradni wobec już rozpoczętej gry. Sędzia Lamka (Waldemar Barwiński) będzie trwał w przeświadczeniu o wielkiej miłości łączącej go z szansonistką Laląlalą (Agata Wątróbska) i zadręczał swymi doznaniami jedynego przyjaciela, Pszoniaka (Robert T. Majewski) – tym zaś pomiatać będzie ślubna małżonka Jako-taka (Magdalena Smalara). Roje klientów, którym Lalalala udostępnia swoje wdzięki, nie zmienią jego wyobrażenia. Oto ludzie uwięzieni w swoim losie, przegrani i na swój sposób heroiczni.
To nie jest banalna opowiastka obyczajowa, nawet coś więcej niż groteska – to rodzaj metafory ludzkiego losu, doprawionej wieloma przyprawami, wśród których wysmakowana zabawa językiem i nawiązania do wielu gatunków repertuaru rozrywkowego grają niepoślednią rolę. Na Scenie na Woli wystawione to zostało z przemyślaną dekoracją, w której ukrytych początkowo wnękach spoczywają perfekcyjnie obmyślone sprzęty, wysuwana szafa z garderobą, a także bar, pokój hotelowy, a nawet parking. Od początku do końca stoi na scenie smętna latarnia uliczna, niemy świadek udręk bohaterów.
Polskiemu widzowi nie umkną rodzime akcenty: nazwisko Pszoniak (bez wątpienia nawiązanie do znanego aktora, z którym Levin się zetknął), inne z polska brzmiące przezwiska, a także nastrój straceńczego nieudacznictwa przepełniający tę sztukę. Chociaż więc rzecz toczy się w Izraelu, to także nad Wisłą.
Tomasz Miłkowski
Hanoch Levin, „Wzrusz moje serce”, tłumaczenie Michał Handelzalc, reżyseria Małgorzata Bogajewska, scenografia Jan Kozikowski, muzyka Bartłomiej Woźniak, Scena na Woli, Teatr Dramatyczny m.st. Warszawy, prapremiera 6 marca 2015

MIĘDZY OKŁADKAMI

Lucjan i Maciej
Make life harder
Prószyński i S-ka, Warszawa 2015
Lucjan i Maciej, autorzy bloga Make life harder, najpopularniejsi szydercy celujący w popularny blog znanej szafiarki, oficjalnie nie ujawniają tożsamości i piszą pod pseudonimem. Opisy walki z kacem i brakiem kasy oraz żółć wylewana na medialno-popkulturowy establishment błyskawicznie przyciągnęły fanów, a teksty duetu z czasem doceniły także media. Właśnie ukazała się książka, którą wcześniej ocenzurowało wydawnictwo Znak (samo zresztą zwróciło się do nich z pomysłem jej napisania). Okazało się, że żarty Lucjana i Macieja nie przystoją krakowskim konserwatystom. I pewnie tak jest w istocie. Make life harder obrażają wszystkich i wszystko. Można tylko się domyślać, że świetnie się przy tym bawią. A książka? Fani bloga będą zachwyceni, ale trudno sobie wyobrazić, by Lucjan i Maciej przekonali do swojej „literackiej twórczości” oponentów.
Łukasz Grzesiczak

ZASŁUCHAJ SIĘ

Piotr Wójcicki
Moon City
Andante Media
Tym razem warto poświęcić nieco miejsca okładce. Obraz Tomasza Sętowskiego natychmiast przyciąga oko, ale też dobrze oddaje to, co nas czeka pod względem muzycznym. Zachęca, by pozwolić działać wyobraźni, domalowywać własne pejzaże. W tym jazzrockowym krążku jest przestrzeń, oddech, coś szczególnie elektryzującego w dźwiękach gitary i altówki. Głównemu bohaterowi, gitarzyście Piotrowi Wójcickiemu, towarzyszy bowiem altowiolista Kroke Tomasz Kukurba (popis w „Stories From Old Treasure Chest”). W roli pianisty i aranżera mamy niezmordowanego Krzysztofa Herdzina, a skład uzupełniają muzycy z jego jazzowego tria, Robert Kubiszyn na basie i Cezary Konrad na perkusji. Również realizator nagrań Piotr Łukaszewski pojawił się jako gitarzysta w dynamicznym „Best Month For Birthday”, napomykającym na „Jump” Van Halen. Można słuchać i słuchać.
Aleksandra Pańko

NA EKRANACH

Dojrzałość musi się wyszumieć
„Gloria”, reż. Sebastián Lelio, prod. Chile/Hiszpania, już w kinach
Gloria (znakomita Paulina García) jest w tym wieku, kiedy – przynajmniej u nas – kobiety stają się przezroczyste i pomijane. Dzieci odchowane, z mężem po rozwodzie, ale nie pora się chować, rezygnować z życia ani tym bardziej umierać. Szczęścia, nowej przygody i miłości Gloria szuka na potańcówkach dla samotnych, udziela się towarzysko. Wreszcie pojawia się Rodolfo, dżentelmen jak z telenoweli, też po przejściach, z tym że ciągle związany z rodziną, poczuwający się do odpowiedzialności za nią. Proza życia wygrywa z emocjonalnymi uniesieniami. Ale Gloria mimo przeciwności nie traci nic ze swojej siły, wdzięku, a przede wszystkim nie poddaje się. Chwała chilijskiemu reżyserowi, że wyniósł do rangi nagradzanego kinowego przeboju wycinek z życia ludzi dojrzałych, dla których świat się nie kończy koło sześćdziesiątki. A zwycięstwo Glorii polega na tym, że cały czas daje sobie szansę.
Agata Gogołkiewicz

Wąż w Alpach
„Sils Maria”, reż. Olivier Assayas, prod. Francja, w kinach od 20 marca
Przed laty Maria (Juliette Binoche) zadebiutowała w sztuce rolą Sigrid, kochanki młodej asystentki szefowej korporacji Heleny, którą doprowadza do śmierci. Po latach, dużo starsza i życiowo doświadczona, dostaje propozycję zagrania Heleny. Na początku broni się i odmawia, bo nie, bo to wbrew jej wyobrażeniom o sobie, bo to przypieczętowanie faktu przemijania, bo wie, że zagrałaby samą siebie. Choć te argumenty nie padają, domyślamy się, że Maria w ten sposób oprotestowuje przemijanie. Gdy wreszcie ulega namowom, życie zaczyna się mieszać ze sztuką do tego stopnia, że czasem nie wiadomo, kiedy kobieta szykuje się do roli z młodą asystentką (Kristen Stewart), a kiedy po prostu dyskutują. Tłem konfliktu, który między nimi narasta, jest monumentalna przyroda szwajcarskich Alp. Byłoby całkiem życiowo, gdyby teatr nie zdominował kina.
Agata Gogołkiewicz

Kategorie Kultura, Qulturalia
Tagi: numer 12

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy