Zwolniony za Kima

Zwolniony za Kima

Przypadek dyrektora Poniewierskiego pokazuje, że w III RP można zwalniać ludzi za przekonania

Jak doniosły media, w trybie natychmiastowym ze stanowiska dyrektora Biura Strategii PKP PLK został zwolniony Jacek Poniewierski – prywatnie, po godzinach pracy przewodniczący Towarzystwa Polsko-Koreańskiego.
Przedstawione przez prezesa PKP Jakuba Karnowskiego uzasadnienie de­cyzji o zwolnieniu jest kuriozum w państwie prawa, a także kpiną z tego, co opozycja demokratyczna za czasów PRL zarzucała ówczesnemu porządkowi administracyjno-prawnemu – zwal­niania ludzi za poglądy polityczne niezwiązane w jakikolwiek sposób z zakresem wykonywanych obowiązków służbowych i niemogące mieć wpływu na merytoryczną ocenę danego pracownika. Karnowski skomentował swoją decyzję tym, że „To skandal, żeby osoba pracująca w spółce państwowej popierała reżim, w którym są obozy koncentracyjne” („Gazeta Wyborcza”, 13.05.2013).

Wybiórcze zasady

Takie rozwiązanie sprawy jest przykładem pogrążania się naszego kraju w otchłani demagogii, hipokryzji, czystego szaleństwa i jawnego łamania prawa oraz podstawowych zasad wolności obywatelskich obowiązujących w państwie demokratycznym.
Po pierwsze – Polska utrzymuje kontakty dyplomatyczne z KRLD na zasadzie wzajemności. KRLD jest uznawanym podmiotem prawa międzynarodowego. Co prawda istnieją poważne zastrzeżenia natury cywilizacyjno-jurydycznej wobec tego kraju, ale nie upoważnia to prezesa Karnowskiego do stosowania w XXI w. norm à la Berufsverbote.
Po drugie – jest na świecie wiele reżimów łamiących prawa człowieka, np. Arabia Saudyjska, Kuwejt czy Katar (gdzie stosowany szarijat nie pozostawia żadnych wątpliwości co do jakości tych reżimów), z którymi Polska jest w sojuszach, nie mówiąc o stosunkach dyplomatycznych. Czy utrzymywanie z nimi kontaktów pozasłużbowych w formie wymiany osobowej lub kulturalnej na płaszczyźnie prywatnej, też winno się wiązać ze zwolnieniami z pracy?
Po trzecie – jak traktować w takim razie obóz Guantanamo, gdzie od dekady przetrzymywane są bez decyzji sądu, bez formalnego postawienia zarzutów, bez nadzoru komisji międzynarodowych zajmujących się przestrzeganiem i respektowaniem praw człowieka osoby podejrzewane (podkreślam – podejrzewane) o związki z organizacjami terrorystycznymi, ze światowym dżihadem i zamachami? Czy z powodu oficjalnych i prywatnych kontaktów z USA, krajem, który ten obóz zorganizował i sprawuje nad nim pieczę, można kogoś wyrzucić z pracy?
Po czwarte – taka decyzja łamie kilka artykułów oenzetowskiej Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka z 1948 r., a przede wszystkim artykuły 19 i 20 stanowiące o wolności zrzeszania się i przynależności do różnego rodzaju organizacji, o swobodzie wypowiedzi i opinii, jak również rozpowszechniania informacji oraz poglądów wszelkimi środkami, bez względu na granice.

Czy za Opus Dei też by zwolnił?

Chciałoby się zadać pytanie prezesowi Karnowskiemu, czy członków Opus Dei (struktury wewnątrz Kościoła katolickiego, tajnej, działającej de facto na rzecz „obcego podmiotu prawa międzynarodowego”) umiejscowionych w hierarchii kierowniczej PKP SA, którzy w Polsce nie chcą się ujawnić, co jest w innych cywilizowanych krajach demokratycznych normą, potraktowałby tak jak szefa Towarzystwa Polsko-Koreańskiego?
Zwolniony dyrektor Biura Strategii PKP PLK nie jest moim bratem, swatem, nie wiem nic o jego predyspozycjach i merytorycznym przygotowaniu do pełnienia takiej funkcji. W tym akurat przypadku jest to nieistotne. Gdy prezes Karnowski godził się na ów awans, miał na pewno przesłanki merytoryczne (bo ponoć tylko takie decydują o nominacjach tego typu) uzasadniające taką, a nie inną decyzję.
Należy jeszcze dodać, że Jacek Poniewierski posiadał stosowne poświadczenie bezpieczeństwa wydane przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Od monitorowania spraw związanych z bezpieczeństwem kraju i prawidłowymi relacjami między podmiotami skarbu państwa a zagranicą są odpowiednie służby i komórki MSW i MON. A na ile znam temat, one nie sygnalizowały żadnych zagrożeń ani nieprawidłowości.

Radocha dla mediów

Na koniec warto jeszcze podkreślić negatywną rolę mediów w tej sprawie. Szczucie, ironia, niemalże czyste donosicielstwo – a po odwołaniu słabo ukrywana schadenfreude. I nie liczą się tu, widać, zasady państwa prawa. Antykomunizm i niechęć do wszystkiego, co kojarzyć można z lewicą, do wszystkiego niemieszczącego się w political correctness i mainstreamowym opisie świata to podstawowa norma obowiązująca w środowisku dziennikarskim. W tym przypadku nawet nie o to chodzi – bo trudno KRLD uznawać za ikonę lewicowości – jest to kolejna manipulacja mediów głównego nurtu opinii starających się pożenić reżim Kimów z lewicowością. Jest tylko jeden szkopuł – wystarczy raz zacząć łamać cywilizowane zasady i uzyskać na to przyzwolenie społeczne. Potem idzie już łatwiej. Uzasadnienia zawsze potem się znajdują, bo jak mawiał Voltaire: „Myśli służą usprawiedliwieniu ludzkich występków, słowa – ukryciu tych myśli”.
Nie jestem – powtarzam – fanem ani pana Poniewierskiego, ani tym bardziej reżimu Kimów. Ale jeśli głosi się określone zasady, podpierając je argumentacją etyczno-moralną, trzeba być konsekwentnym i zaczynać od siebie. Piszę to, bo cały dziennikarsko-elitarny polski mainstream odwołuje się stale do tradycji „Solidarności” i walki opozycji demokratycznej z porządkiem prawnym PRL. Ten przypadek, po dwóch dekadach żywota III RP, pokazuje, że można jednak w Polsce zwalniać ludzi za najszerzej pojęte przekonania. I to właśnie jest nie do przyjęcia.

Wydanie: 21/2013

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy