Rów, w którym płynie mętna rzeka

Rów, w którym płynie mętna rzeka

Dość biadolenia, że premier nie taki, że nie rozumie, co mówi, że mówi rzeczy wykluczające się wzajemnie, że artykułuje samosprzeczne tezy, że niedouczony, choć ponad miarę opłacany, że słaby płynny angielski, że endek lub faszol czystej wody. A prezydent… nie, nawet nie mam siły zaczynać wyliczanki. Doszukałem się pozytywu, znalazłem coś, co mogę wydobyć na światło dzienne, bez wahania pochwalić, i co ma realną wartość.

Otóż dzięki Mateuszowi Morawieckiemu wreszcie wracają pytania i kwestie zasadnicze. Wreszcie ktoś miał odwagę wypowiedzieć głośno niewypowiadalne. No, może nie wprost. W rzeczy samej trochę jednak co innego powiedział. Ale można przy dobrej woli to dostrzec i docenić, co z tego, że na siłę. Premier Morawiecki oznajmił, że Polski w 1968 r. nie było. Na szczęście nie powiązał tego faktu z tym, że wtedy przyszedł (co za idiotyczne określenie swoją drogą, ludzkie noworodki nie chodzą wcale, a tym bardziej w czasie porodu ani długo po nim) na świat. Na świat, a nie do Polski. Jeśli wtedy jej nie było, to można zapytać: a kiedy jeszcze jej nie było? A co z teraźniejszością? I wówczas jesteśmy o krok (bo już chodzimy) od pytania straszliwego, niewyobrażalnego, niesłychanego: czy Polska w ogóle istnieje? Co takiego nie istniało wówczas, że obrodziło nieistnieniem Polski? A co takiego istniało, że mimo wszystko istnienia Polski nie podtrzymywało w istnieniu? Co musi istnieć, żeby istniała Polska?

Podeprzyjmy się samym, naonczas nowo narodzonym przyszłym premierem, czyli maleńkim, niespełna parokilogramowym Mateuszkiem. Zakładam, że jak to wówczas na „tej” ziemi było w zwyczaju, mateńka powiła Mateuszka w szpitalu położniczym albo choć na takimż oddziale. Czyli były szpitale, choć nie było Polski. Ktoś się Mateuszkiem opiekował: tatulu albo matula, albo na zmianę, albo jeszcze jakiś żłobek czy przedszkole. Czyli były żłobki i przedszkola, a Polski nie było. Może i ochrzczony został nasz Mateuszek, chociaż ostatnio coś było i o tym, że jedna ciotka to jakby nie bardzo taka katoliczka z narodowości. Czyli był kościół i Kościół, a Polski nadal nie było. Musiał coś nasz Mateuszek jeść, a ponieważ od narodzin był miastowy, trzeba było to kupować. Były więc sklepy i pieniądze (do pieniędzy trzeba będzie jeszcze wrócić, bo one są ważne w życiu Mateuszka), a Polski nie było. Tyle instytucji wokół podtrzymania życia Mateuszka, tylko Polski nie ma. Idzie do szkół pobierać nauki, coby nie być analfabetą i móc potem w bankach pracować i Polską rządzić – a Polski jak ni ma, tak ni ma. I mundurki, i kredki, i zeszyciki, i podręczniki, i lektury Mateuszek ma i się zapoznaje – a Polski nie ma. Ciekawe, w jakim języku Mateuszek literki uczy się odczytywać i składać na nowo. A, ku zdumieniu nas wszystkich – po polsku. Jest więc język polski, a Polski nie ma. Idzie w edukacji dalej, już liceum – polski wszędzie, polskiego pełno, nawet matematyka po polsku i fizyka, i chemia, i biologia. O teorii ewolucji – po polsku, o grawitacji – po polsku, o całkach (wtedy były w liceum…) – po polsku. A Polski nie ma.

Strajki wybuchają, polscy robotnicy – a są nimi inni Polacy i Polki – strajkują, profesor z Wrocławia (w jakim kraju ten Wrocław???), historyk, wymyśla nazwę związku zawodowego z dziwnie brzmiącego słowa solidarność. Ale nie, nie… to polskie słowo. Jest więc Solidarność – a Polski nie ma. Potem nie ma Solidarności, a Polski oczywiście nie ma tym bardziej. Tatuś w areszcie – Polski nie ma. Tatuś emigruje z… no właśnie, skąd? Nie wiadomo skąd, wiadomo, że do Włoch i że chciał potajemnie wrócić, ale na granicy tego kraju, z którego wyjechał, zawrócono go do Wiednia. Maturę zdaje Mateuszek – z polskiego. Matura polska, po polsku, z polskiego – a Polski wciąż ani widu, ani słychu. Mateuszek na studia idzie, całe studia w tym dziwnym kraju po polsku – nie do uwierzenia dzisiaj. Tatuś z zagranicy wraca do Mateuszka albo gdzieś w okolicę. A Polski nie ma.

Stoły okrągłe nastają, PZPR władzę oddaje – o Polsce nikt nie słyszał. Wybory jedne, drugie, pięćdziesiąte – nic. Nikt Polski do życia nie powołuje. W 2005 r. PiS władzę zdobywa, ale nic o Polsce powoływanej do życia nie mówi, rząd wedle reguł w konstytucji zapisanych tworzy, budżet uchwala, wydaje. Może nie wie, że Mateuszek w banku hiszpańskim-globalnym za miliony pensji się męczy, coby tylko tę Polskę zobaczyć. I nie widać. Rząd Jarosława upada, Polski nie ma. Wybory wygrywa kto inny – Polski nie ma. I prezydentem zostaje Lech Kaczyński. Ale czego prezydentem, jak Polski wciąż Mateuszek nie widzi? Lata niedoli pod Platformy rządami mijają. Prezydent ginie w Rosji. Po długich ośmiu latach PiS wraca do władzy. Mateuszek, który już też po angielsku mówi, w banku pracował, na pieniążkach się zna – do rządu dołączył. Nic nie mówi nam, że ministrem jest rządu nie w Polsce. Aż Beatę, Polkę nad Polkami, z siodła wysadza i sam zostaje premierem. Uf… Jest Polska. Cud. Nie wiadomo skąd i kiedy. Ale teraz już jest.

Może niepotrzebnie? Dla jednego Mateuszka?

Wydanie: 11/2018

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Komentarze

  1. Anonim
    Anonim 13 marca, 2018, 08:11

    bo ludziom tak się w d… poprzewracało że o głowy zachaczyło

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na „AnonimAnuluj pisanie odpowiedzi